Выбрать главу

– Rozumiem. To jedna z trudności, na jakie naraża się wampir zapraszający do siebie czarownicę, która jest historyczką. – Matthew skrzywił usta w drwiącym uśmiechu, ale jego oczy błyszczały jak czarne gwiazdy.

– Jeśli chcesz, żeby te kłopoty ominęły cię w przyszłości, powinieneś unikać działu podręczników paleografii w Bibliotece Bodlejańskiej – powiedziałam z przekąsem.

– Jedna historyczka to wszystko, co mogę znieść w tym momencie. – Matthew zerwał się zręcznie na nogi. – Pytałem, czy jesteś głodna.

Było dla mnie tajemnicą, dlaczego o to pytał – czy kiedykolwiek nie byłam głodna?

– Tak – odparłam, próbując wydostać się z głębokiego fotela Morrisa. Matthew wyciągnął rękę. Chwyciłam ją i podniosłam się z łatwością.

Stanęliśmy naprzeciwko siebie, niemal się dotykając. Skupiłam uwagę na wybrzuszeniu pod jego swetrem kryjącym ampułkę z Betanii.

Jego oczy błądziły po mnie, sypiąc płatkami śniegu.

– Wyglądasz ślicznie.

Pochyliłam głowę i na twarz opadł mi niesforny kosmyk. Uniósł rękę, jak to ostatnio robił co najmniej kilka razy, i umieścił go za moim uchem. Tym razem jego dłoń powędrowała dalej. Odsunął z szyi moje włosy i pozwolił im spłynąć przez palce, jakby to była woda. Przeszedł mnie dreszcz pod dotknięciem chłodnego powietrza na mojej skórze.

– Uwielbiam twoje włosy – szepnął. – Mają wszystkie odcienie, jakie można sobie wyobrazić, nawet rude i czarne pasemka. – Usłyszałam, że wciąga ostro powietrze – znak, że odkrył nowy zapach.

– Co poczułeś? – spytałam ochrypłym głosem. Ciągle nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.

– Ciebie – szepnął.

Spojrzałam na niego.

– Może byśmy coś zjedli?

To zbliżenie sprawiło, że trudno mi było skoncentrować się na jedzeniu, choć robiłam, co mogłam. Matthew wysunął dla mnie fotel z plecionym siedzeniem, z którego miałam pełny widok na ciepły piękny pokój. Wyjął z maleńkiej lodówki dwa talerze. Na każdym z nich, na podłożu z kruszonego lodu, jaśniało niczym promienie gwiazdy sześć świeżych ostryg.

– Tematem pierwszego wykładu twojego stałego kursu dokształcającego będą ostrygi i szampan. – Matthew usiadł i poniósł w górę palec niczym wykładowca, który za chwilę rozpocznie wykład ze swojej ulubionej dziedziny. Sięgnął po wino, które stało w zasięgu jego długich rąk, i wyjął je z wiaderka. Jednym obrotem wyciągnął korek z szyjki.

– Zazwyczaj stwierdzam, że to nie jest takie łatwe – skomentowałam rzeczowo, spoglądając na jego silne eleganckie palce.

– Jeżeli chcesz, mogę cię nauczyć wyciągania korka szpadą – odparł z uśmiechem. – Oczywiście, sztylet też się nadaje, jeżeli nie ma pod ręką szpady. – Nalał do kieliszków trochę wina, które zaczęło musować i puszczać bąbelki w świetle świec.

Sięgnął po swój kieliszek, żeby wznieść toast.

– Å la tienne.

– Å la tienne. – Uniosłam własny i popatrzyłam na bąbelki, które wyskakiwały na powierzchnię. – Dlaczego te bąbelki są takie małe?

– Ponieważ wino jest bardzo stare. Przeważnie szampana wypija się znacznie wcześniej. Ale ja lubię stare wino… przypomina mi, jak dawniej smakował szampan.

– Ile on ma lat?

– Więcej niż ty – odparł Matthew, zabierając się do otwierania ostryg gołymi rękami, choć zazwyczaj czynność ta wymagała bardzo ostrego noża i sporej zręczności. Puste skorupy wyrzucał do szklanej miseczki na środku stołu. Podał mi jeden z talerzy. – Jest z roku 1961.

– Powiedz mi, proszę, że jest to najstarsze wino, jakie pijemy dziś wieczorem – powiedziałam, myśląc o winie, które przyniósł na kolację we czwartek. W butelce po nim umieściłam ostatnią z białych róż od niego i postawiłam ją na nocnej szafce.

– Nie, w żadnym razie – odparł z uśmiechem. Podniosłam zawartość pierwszej muszli do ust. Otworzyłam szeroko oczy, gdy wypełniły się smakiem Atlantyku.

– A teraz spróbuj wina. – Uniósł swój kieliszek, przyglądając się, jak biorę na język łyczek złotawego płynu. – Jak ci smakuje?

Łagodność wina i ostryg starła się ze smakiem morskiej soli w najbardziej czarujący sposób.

– Czuję się tak, jakbym miała w ustach cały ocean – zachwyciłam się, popijając następny łyk.

Skończyliśmy z ostrygami i zabraliśmy się do ogromnej sałatki. Znajdowały się w niej wszelkie najdroższe warzywa i owoce, jakie zna ludzkość, orzechy, borówki i wyśmienity sos z octu winnego i oliwy z oliwek, który Matthew postawił na stole. Zdobiące ją cienkie plasterki mięsa pochodziły z kuropatw z terenów Old Lodge. Pociągaliśmy łyki wina, które Matthew nazywał „moim urodzinowym”, a które pachniało jak cytrynowa pasta do podłogi i tytoniowy dym, a smakowało jak kreda i irysy.

Następnym daniem było duszone mięso w pachnącym sosie. Po pierwszym kęsie stwierdziłam, że jest to podany na ryżu gulasz z cielęciny, przyprawiony jabłkami i odrobiną śmietany. Matthew przyglądał mi się, jak jem, i uśmiechnął się, gdy natrafiłam na pierwszy cierpki kawałek jabłka.

– Przyrządzone według starego przepisu z Normandii – powiedział. – Smakuje ci?

– Wyśmienite. Sam to dusiłeś?

– Nie – odparł. – Przygotował to kucharz z restauracji Old Parsonage… I dodał dokładną instrukcję, jak odgrzać to danie, nie przypalając go.

– Możesz podgrzać moją porcję w każdej chwili. – Ciepło gulaszu rozchodziło się po moim ciele. – Widzę jednak, że sam nie jesz.

– Nie, ale nie jestem głodny. – Przyglądał mi się jeszcze przez chwilę, a potem poszedł do kuchni, żeby przynieść inne wino. Była to butelka zapieczętowana czerwonym woskiem. Odciął warstwę wosku i odkorkował butelkę. – Doskonałe – oświadczył, ostrożnie przelewając purpurowy płyn do stojącej obok karafki.

– Wyczuwasz już jego zapach? – Byłam ciągle niepewna, jak dalece sięgają możliwości jego zmysłu powonienia.

– Och, tak. A szczególnie tego właśnie wina. – Nalał odrobinę mnie i sobie. – Jesteś gotowa posmakować czegoś cudownego? – spytał. Skinęłam potakująco głową. – To Chateau Margaux ze wspaniałego rocznika. Niektórzy uważają je za najlepsze czerwone wino wszech czasów.

Unosząc mój kielich, starałam się naśladować wszystkie jego ruchy. Gdy Matthew wetknął nos do swojego kielicha, ja zrobiłam to samo z moim. Owionął mnie zapach fiołków. W pierwszej chwili miałam wrażenie, że piję coś aksamitnego. Potem poczułam smak mlecznej czekolady, czereśni i całego potoku nieokreślonych woni, które przywołały tak już odległe wspomnienie oparów tytoniowego dymu w gabinecie mojego ojca i zapachu, jaki unosił się przy opróżnianiu temperówki ze strużyn, gdy byłam w drugiej klasie. Wreszcie na samym końcu wydało mi się, że rozpoznaję ostry smak, który przypominał mi zapach Matthew.

– Ono smakuje tak jak ty! – powiedziałam.

– Jak to? – spytał Matthew.

– Pikantnie – wypaliłam, czerwieniąc się nagle od policzków po włosy.

– Po prostu pikantnie?

– Nie. Najpierw pomyślałam, że smakuje jak kwiaty… jak fiołki… bo wydzielało taki zapach. Ale potem smakowałam w nim wszelkiego rodzaju rzeczy. A ty co w nim znajdujesz?

Wydawało się, że będzie to dużo bardziej interesujące i mniej żenujące niż moja reakcja. Matthew powąchał, zakręcił kieliszkiem i spróbował wina.

– Fiołki… Tak, zgadzam się z tobą. Purpurowe fiołki posypane cukrem. Elżbieta Tudor uwielbiała kandyzowane fiołki i one zrujnowały jej uzębienie. – Pociągnął znowu łyczek. – Dym z dobrych cygar, jak te, które miewali w Marlborough Club, gdy wstępował tam książę Walii. Dzikie jeżyny, zbierane koło żywopłotów za stajniami Old Lodge, i czerwone porzeczki namoczone w brandy.