Przed oczami stanęła mi rozzłoszczona twarz Gillian i żywe przypomnienie, do czego jej zdaniem posunęli się czarodzieje, żeby wydrzeć sekrety moich rodziców. Żołądek podszedł mi do gardła i odsunęłam te myśli na bok, starając się skupić na słabych stronach rozumowania, po jakie sięgnął Matthew.
– Urok został rzucony przeszło sto lat przed moim urodzeniem. To niemożliwe.
– Fakt, że coś wydaje się niemożliwe, nie oznacza jeszcze, że to jest nieprawdziwe – stwierdził z posępną miną. – Newton wiedział o tym. Nie wiadomo, jak zachowa się Knox, gdy zrozumie powiązanie, jakie zachodzi między tym zaklęciem a tobą.
– Jestem zagrożona bez względu na to, czy zamówię ten manuskrypt znowu, czy nie – zauważyłam. – Knox nie wypuści przecież z rąk tej sprawy, nieprawda?
– Nie – zgodził się niechętnie Matthew. – I nie zawaha się użyć przeciwko tobie magii, choćby nawet przyszło mu to zrobić na oczach wszystkich zwykłych ludzi, jacy będą w Bibliotece Bodlejańskiej. Mógłbym nie zdążyć na czas z pomocą.
Wampiry są szybkie, ale magia działa szybciej.
– W takim razie usiądziemy razem, przy jednym stole. Dowiemy się wszystkiego, gdy tylko przyniosą mi manuskrypt.
– Cała ta sprawa mi się nie podoba – powiedział wyraźnie zaniepokojony Matthew. – Odwagę i lekkomyślność oddziela bardzo cienka granica, Diano.
– To nie jest lekkomyślność, ja tylko chcę wrócić do życia, jakie prowadziłam dotąd.
– A co, jeśli się okaże, że przeznaczone ci jest inne życie? – zapytał. – Życie, w którym koniec końców nie będziesz mogła obyć się bez magii?
– Zachowam z nią sporadyczne kontakty. – Przypomniałam sobie jego pocałunek, wraz z towarzyszącym mu nagłym poczuciem intensywnej witalności, i spojrzałam mu prosto w oczy, żeby dać mu do zrozumienia, że jest częścią tego wszystkiego. – Ale nie dam się zastraszyć.
Odprowadzając mnie do domu, Matthew był ciągle niespokojny, czy mój plan się powiedzie. Kiedy skręciłam w New College Lane, w kierunku tylnego wejścia, chwycił mnie za rękę.
– W żadnym wypadku – powiedział. – Widziałaś, jak ten portier mi się przyglądał? Chcę, żeby wiedział, że wróciłaś bezpiecznie do college'u.
Ruszyliśmy dalej po nierównym chodniku Holywell Street, minęliśmy wejście do pubu Turf i weszliśmy w bramę New College. Przeszliśmy obok czujnego portiera, trzymając się ciągle za ręce.
– Będziesz wiosłować jutro rano? – spytał Matthew u podnóża schodów.
Jęknęłam.
– Nie, mam do napisania tysiąc listów rekomendacyjnych. Posiedzę w domu i zrobię porządek na biurku.
– Co do mnie, to pojadę do Woodstock na polowanie – rzucił obojętnym tonem.
– W takim razie życzę miłych łowów – odparłam równie od niechcenia.
– Nie przeszkadza ci zupełnie świadomość, że zapoluję na własnego jelonka? – Matthew wydawał się zaskoczony.
– Nie. Ja od czasu do czasu jadam kuropatwy. Ty od czasu do czasu żywisz się jelonkami. – Wzruszyłam ramionami. – Uczciwie mówiąc, nie widzę różnicy.
W jego oczach pojawił się błysk. Naprężył palce, ale nie wypuścił mojej ręki, lecz uniósł ją do ust i złożył niespieszny pocałunek w miękkim zagłębieniu mojej dłoni.
– Idziemy spać – oznajmił, puszczając moje palce. Jego wzrok prześliznął się po mojej twarzy, a potem po całej sylwetce, pozostawiając za sobą ślady lodu i śniegu.
Spojrzałam na niego bez słowa zdziwiona, że pocałunek w dłoń może być tak intymny.
– Dobranoc – szepnęłam, wzdychając. – Do zobaczenia w poniedziałek.
Ruszyłam po wąskich schodach do mojego mieszkania. Ktoś, kto naprawiał poluzowaną gałkę u drzwi, namieszał też przy zamku, a jego metalowe części i drewno pokryte były świeżymi zadrapaniami. Zapaliłam światło. Automatyczna sekretarka oczywiście migała. Podeszłam do okna i uniosłam rękę na znak, że dotarłam bezpiecznie do domu.
Gdy wyjrzałam po kilku sekundach, wampira już nie było.
ROZDZIAŁ 15
W poniedziałek rano powietrze miało w sobie magiczny spokój, charakterystyczny dla wczesnej jesieni. Cały świat ukazywał swe rześkie i jasne oblicze, a czas zdawał się stać w miejscu. Wyskoczyłam z łóżka o świcie i wciągnęłam na siebie wioślarski strój, myśląc tylko o tym, żeby znaleźć się na dworze.
Przez pierwszą godzinę rzeka była pusta. Gdy nad horyzontem ukazało się słońce, mglisty welon spłynął ku powierzchni wody, tak że prześlizgiwałam się na zmianę przez pasma mgły i różowego światła.
Gdy podpłynęłam do przystani, Matthew czekał na mnie na zakrzywionych stopniach prowadzących na balkon hangaru. Z jego szyi zwisał stary szalik New College w brązowo-popielate paski. Wysiadłam z łódki, oparłam ręce na biodrach i przyjrzałam mu się z niedowierzaniem.
– Gdzieś ty to wytrzasnął? – spytałam, wskazując szalik.
– Powinnaś mieć więcej respektu dla dawnych studentów – odparł ze złośliwym uśmieszkiem, przerzucając koniec szalika przez ramię. – Wydaje mi się, że kupiłem go w roku 1920, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie. Na pewno po wielkiej wojnie.
Pokręciłam głową i zaniosłam wiosła do hangaru. Gdy wyciągałam z wody moją łódkę, koło przystani przemknęły dwie osady, pociągając wiosłami w doskonałym potężnym unisonie. Zmoczyłam sobie trochę kolana, a łódka kołysała się w górę i w dół, dopóki jej ciężar nie spoczął na mojej głowie.
– Dlaczego nie poprosisz, żebym ci pomógł? – spytał Matthew, podnosząc się ze swojej grzędy.
– W żadnym wypadku. – Stawiając równe kroki, wniosłam łódkę do hangaru. Matthew mruknął coś pod nosem.
Umieściwszy łódkę bezpiecznie na stojakach, dałam się z łatwością namówić na śniadanie w kawiarni Mary i Dana. Matthew zamierzał siedzieć blisko mnie przez cały dzień, a ja byłam głodna po porannym wysiłku. Ujął mnie za łokieć i poprowadził wśród innych gości, trzymając drugą rękę na moim krzyżu pewniej niż poprzednio. Mary przywitała mnie jak starą znajomą, a Steph nie zawracała sobie głowy jadłospisem, ale podeszła do stolika i oznajmiła po prostu: „jak zwykle”. W jej głosie nie było cienia wątpliwości, a gdy zjawił się talerz wyładowany jajkami, bekonem, grzybami i pomidorami, byłam zadowolona, że nie nalegałam na podanie czegoś bardziej wytwornego.
Po śniadaniu minęłam truchtem portiernię i wróciłam do siebie, żeby wziąć prysznic i zmienić ubranie. Fred wyjrzał przez swoje okienko, żeby się upewnić, czy to rzeczywiście jaguar Matthew podjechał pod bramę. Nie ulegało wątpliwości, że portierzy zakładają się między sobą i każdy z nich przepowiada inną przyszłość naszej dziwnie sztywnej znajomości. Tego ranka po raz pierwszy udało mi się przekonać eskortującego mnie wampira, żeby pozwolił mi po prostu wysiąść.
– Jest pełnia dnia i Fred będzie się mocno denerwował, jeśli zablokujesz bramę w godzinach dostaw – zaprotestowałam, kiedy Matthew zaczął wychodzić z auta. Rzucił mi ostre spojrzenie, ale doszedł widocznie do wniosku, że naraził się już wystarczająco, podjeżdżając pod bramę i stając na drodze ciężarówce, która mogła właśnie nadjechać.
Tego ranka odczuwałam potrzebę, żeby robić wszystko powoli i w przemyślany sposób. Długo i leniwie delektowałam się prysznicem, pozwalając gorącej wodzie spływać po moich zmęczonych mięśniach. Bez pośpiechu włożyłam wygodne czarne spodnie, potem golf, żeby nie kulić ramion w coraz chłodniejszej bibliotece, wreszcie prezentującą się nieźle granatową kamizelkę, żeby urozmaicić nieco jednostajną czerń ubrania. Włosy związałam nisko w koński ogon. Krótki kosmyk z przodu opadł mi jak zawsze na czoło, ale mruknęłam tylko i wcisnęłam go za ucho.