Выбрать главу

– Już niedaleko – powiedział, ściskając mocniej moją rękę.

Nie wypuścił jej z dłoni, gdy mijaliśmy portiernię, skinął tylko głową portierowi i poprowadził mnie do siebie. Ruszyliśmy po schodach do jego mansardy, która wydała mi się tak samo ciepła i wygodna jak w sobotę wieczorem.

Matthew rzucił klucze na kredens i posadził mnie bezceremonialnie na kanapie. Zniknął w kuchni i wrócił ze szklanką wody. Podał mi ją, ale nie podniosłam jej od razu do ust. Rzucił mi tak chmurne spojrzenie, że wypiłam łyk i omal się nie zadławiłam.

– Jak myślisz, dlaczego nie dostałam tego manuskryptu po raz drugi? – Chodziło mi po głowie, że Knox mógł mieć słuszność.

– Powinienem był posłuchać przeczucia. – Matthew stał przy oknie, zaciskając i rozprostowując prawą dłoń. Nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. – Nie rozumiemy, co łączy cię z tym zaklęciem. Od czasu, jak zobaczyłaś ten manuskrypt, byłaś w wielkim zagrożeniu.

– Wiesz, Matthew, Knox wprawdzie mi groził, ale nie sądzę, żeby zrobił jakieś głupstwo w obecności tak wielu świadków.

– Na kilka dni przeniesiesz się do Woodstock. Chcę, żebyś się znalazła z dala od Knoxa… Żadnych przypadkowych spotkań w college'u, żadnego mijania się z nim w Bibliotece Bodlejańskiej.

– Knox miał rację. Nie otrzymam tego manuskryptu po raz drugi. Nie będzie już zwracał na mnie uwagi.

– To tylko pobożne życzenie, Diano. Knox chce poznać i zrozumieć sekrety Ashmole'a 782 równie mocno, jak ja i ty. – Matthew nie wyglądał dziś tak samo nienagannie jak zazwyczaj. Przeczesywał palcami włosy, aż stanęły mu dęba niczym u stracha na wróble.

– Skąd wy obaj macie pewność, że w tym tekście ukryte są jakieś tajemnice? – zastanawiałam się głośno, podchodząc do kominka. – To jest książka alchemiczna. Być może to wszystko, co można o niej powiedzieć.

– Alchemia to historia stworzenia opowiedziana za pomocą chemicznych symboli. Istoty o nadnaturalnych zdolnościach to chemia przeniesiona do biologii.

– Ale w okresie, w którym pisano Ashmole'a 782, jego autorzy nie znali pojęcia biologii ani nie wiedzieli o chemii tego, co ty wiesz obecnie.

Oczy Matthew zamieniły się w dwie szczeliny.

– Diano Bishop, jestem zszokowany faktem, że masz tak ograniczone horyzonty – orzekł z poważną miną. – Istoty, które sporządziły manuskrypt, mogły nie wiedzieć o DNA, ale jaki masz dowód na to, że nie zadawały tych samych pytań o istotę stworzenia, jakie zadają dzisiejsi naukowcy?

– Teksty alchemiczne są alegoriami, a nie podręcznikami. – Zwracałam się do niego tak, jakbym chciała przekazać mu strach i frustrację ostatnich kilku dni. – One mogą dotykać szerszych prawd, ale nie można przeprowadzić na ich podstawie wiarogodnego doświadczenia.

– Nigdy nie twierdziłem, że to możliwe – odparł, zwracając ku mnie oczy pociemniałe wciąż od tłumionego gniewu. – Ale rozmawiamy o potencjalnych czytelnikach, którymi są czarodzieje, demony i wampiry. Jeśli stworzenia o nadprzyrodzonych zdolnościach znajdą w tych księgach coś związanego z magią, dodadzą szczyptę twórczego podejścia nie z tego świata i wstawią w puste kratki jakieś pozostałości z najdawniejszych czasów, mogą otrzymać informację, której nie chcielibyśmy im udzielać.

– Informację, której ty nie chciałbyś im udzielić! – Przypomniałam sobie obietnicę, jaką złożyłam Agacie Wilson, i podniosłam głos. – Jesteś taki sam jak ten Knox. Ashmole 782 jest ci potrzebny, żebyś mógł zaspokoić własną ciekawość. – Zbierając moje rzeczy, czułam znajome świerzbienie w dłoniach.

– Uspokój się. – Jego głos nabrał ostrości, która nie podobała mi się.

– Przestań mi mówić, co mam robić. – Świerzbienie było coraz silniejsze.

Moje palce przybrały jasnosiny odcień i zaczęły strzelać maleńkimi ognistymi łukami, które wyskakiwały z czubków niczym iskry ze sztucznych ogni na urodzinowym torcie. Upuściłam komputer i uniosłam dłonie.

Matthew powinien być tym wstrząśnięty. Ale wydawało się, że jest tylko zaintrygowany.

– Czy to często ci się przydarza? – spytał całkowicie obojętnym tonem.

– Och, nie. – Pobiegłam do kuchni, sypiąc iskrami. Matthew zatrzymał mnie w drzwiach.

– Tylko nie woda – rzucił ostro. – To mi pachnie elektrycznością.

Ach, tak. To wyjaśniało, dlaczego ostatnim razem wywołałam pożar w kuchni.

Stanęłam przed nim bez słowa, trzymając uniesione dłonie. Przyglądaliśmy się im przez kilka minut, aż w końcu sine zabarwienie koniuszków palców i iskrzenie ustąpiły całkowicie, pozostawiając po sobie wyraźny zapach nadpalonego kabla.

Gdy ten mały pokaz sztucznych ogni dobiegł końca, Matthew oparł się o futrynę kuchennych drzwi z nonszalancką miną renesansowego arystokraty, który czeka na namalowanie swego portretu.

– No, cóż – powiedział, przyglądając mi się spokojnie, niczym orzeł gotowy rzucić się na swoją ofiarę – to było interesujące. Miewasz takie objawy zawsze wtedy, gdy wpadasz w złość?

– Ja nie wpadam w złość – odparłam, odwracając się w bok. Matthew sięgnął błyskawicznie ręką i zakręcił mną tak, że stanęłam twarzą do niego.

– Nie wykręcisz się tak łatwo – powiedział cichym głosem, w którym kryła się jednak ostrość. – Potrafisz się złościć. Widziałem to. Dowodem na to jest co najmniej jedna dziura w moim dywanie, jaką wypaliłaś.

– Puść mnie! – Zrobiłam minę, którą Sarah nazywała „udawaniem maszkarona”. Zazwyczaj wystarczała, żeby napędzić strachu moim studentom. Teraz miałam nadzieję, że na jej widok Matthew zwinie się w kłębek i odtoczy ode mnie. A przynajmniej zdejmie rękę z mojego ramienia, żebym mogła się ruszyć.

– Ostrzegałem cię. Przyjaźń z wampirem może być skomplikowana. Nie mógłbym wypuścić cię teraz ode mnie… nawet gdybym chciał.

Spojrzałam znacząco na jego dłoń. Matthew sapnął niecierpliwie, ale ją zabrał. Odwróciłam się, żeby sięgnąć po moją torbę.

Nie wolno odwracać się plecami do wampira, jeśli właśnie prowadzi się z nim kłótnię.

Matthew błyskawicznie objął mnie obiema rękami od tyłu i przycisnął tak mocno do piersi, że czułam każdy jego napięty mięsień.

– Teraz – wycedził mi prosto do ucha – porozmawiamy jak cywilizowane istoty o tym, co się wydarzyło. Nie uciekniesz przed tym… ani ode mnie.

– Matthew, pozwól mi już wyjść. – Zaczęłam szamotać się w jego ramionach.

– Nie.

Żaden mężczyzna nie odmówił mi nigdy, gdy prosiłam, żeby przestał coś robić, czy było to czyszczenie nosa w bibliotece, czy próba wsunięcia ręki pod moją bluzkę po wyjściu z kina. Szarpnęłam się znowu. Matthew zacisnął ręce mocniej.

– Przestań ze mną walczyć. – W jego głosie wyczuwałam rozbawienie. – Zmęczysz się dużo wcześniej niż ja, zapewniam cię.

Na kursach samoobrony dla kobiet uczono mnie, co robić, jeśli zostanę zaatakowana od tyłu. Uniosłam nogę, żeby nadepnąć piętą na jego stopę. Matthew zrobił unik i rąbnęłam stopą w podłogę.

– Jeśli masz ochotę, możemy się tak bawić przez całe popołudnie – mruknął. – Ale uczciwie cię ostrzegam. Mam dużo szybszy refleks niż ty.

– Puść mnie, to porozmawiamy – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.

Roześmiał się cicho, jego ostry oddech łaskotał moją szyję.

– To nie była udana próba podjęcia negocjacji, Diano. Nie, porozmawiamy, stojąc tak jak teraz. Chcę wiedzieć, jak często sinieją ci palce.