Выбрать главу

Uwagę wampira przykuło zdjęcie leżące na podłodze łazienki obrazkiem do góry. Diana ściskała je w ręku tego popołudnia. Gdy mu się przyjrzał, jego oczy zwęziły się tak, że zamieniły się w dwie wąskie szczeliny.

– Gdzie jesteś? – spytał chrapliwym tonem.

– W domu – odparł z zakłopotaniem Marcus. Matthew podniósł zdjęcie z podłogi i ruszył śladem jego zapachu do miejsca, w którym widać było kartkę wsuniętą do połowy pod kanapę. Przeczytał wypisane na niej słowo i zaczerpnął ostro powietrza.

– Przynieś wyniki i mój paszport do New College. Mieszkanie Diany znajduje się na dziedzińcu ogrodowym, na najwyższym piętrze, klatka schodowa numer siedem.

Gdy dwadzieścia minut później Matthew otworzył drzwi, włosy stały mu dęba na głowie, a na jego twarzy malowała się dzika wściekłość. Młodszy wampir powstrzymał się z trudem, żeby nie cofnąć się o krok.

Marcus z największą ostrożnością wyciągnął przed siebie złożoną kartonową teczkę, z której wystawał brązowy paszport. Cały czas stał za drzwiami. Wolał nie wchodzić do mieszkania czarownicy bez pozwolenia szefa, przynajmniej nie w chwili, gdy Matthew był w takim stanie.

W końcu Matthew sięgnął po teczkę i usunął się na bok, żeby wpuścić Marcusa do środka.

Gdy szef przeglądał wyniki badań Diany, Marcus mu się przyglądał. Jego czuły nos rozpoznał stare drewno mebli i podniszczone tekstylia wraz z zapachem strachu czarownicy i wzburzenia wampira. Ta niecodzienna mieszanka różnych woni sprawiła, że uniosły mu się włosy na karku, a w gardle utkwił odruchowy pomruk.

Z biegiem lat Marcus nauczył się doceniać najlepsze cechy charakteru szefa – współczucie i cierpliwość okazywaną tym, których kochał. Znał też jego wady – głównie popędliwość. Matthew zwykle łatwo wpadał w gniew i był zdolny do straszliwych czynów. Ale gdy tylko go z siebie wyrzucił, znikał na całe miesiące, a nawet na lata, żeby dojść do ładu i pogodzić się z tym, co zrobił.

Jednak nigdy dotąd Marcus nie widział ojca w stanie tak niepohamowanej wściekłości, jak teraz.

Matthew Clairmont wszedł do życia Marcusa w 1777 roku i zmienił je na zawsze. Pojawił się na farmie Bennettów, idąc koło prowizorycznych sań, które wiozły rannego markiza de Lafayette z pola zażartej bitwy pod Brandywine. Matthew górował nad innymi mężczyznami i rzucał rozkazy wszystkim bez względu na stopień.

Nikt nie podawał jego rozkazów w wątpliwość, nawet Lafayette, który mimo ran cały czas rozmawiał i żartował z przyjacielem. Jednak dobry nastrój markiza nie wystarczał, aby Matthew powściągnął swój ostry język. Gdy Lafayette powiedział, że może zaczekać, aż zostaną opatrzeni ciężej ranni żołnierze, z ust Clairmonta popłynął potok francuszczyzny tak kolorowej i pełnej gróźb, że jego ludzie popatrzyli na niego ze strachem i markiz poddał się w milczeniu.

Marcus przysłuchiwał się z szeroko otwartymi ustami, gdy francuski żołnierz zaczął urągać szefowi medycznego korpusu armii, szanowanemu doktorowi Shippenowi, odrzucając jego terapeutyczne plany jako „barbarzyńskie”. Clairmont żądał, żeby jego zastępca, doktor John Cochran, osobiście zajął się Lafayette'em. Dwa dni potem Clairmont i Shippen, na oczach zachwyconego personelu medycznego i generała Washingtona, prowadzili w płynnej łacinie dyskusję na temat szczegółów anatomii i fizjologii.

Matthew zabił większą liczbę brytyjskich żołnierzy niż ktokolwiek inny, zanim armia kontynentalna została pokonana pod Brandywine. Ludzie przyniesieni do szpitala opowiadali niestworzone historie o jego odwadze. Niektórzy twierdzili, że wszedł prosto w szeregi wroga, nie bacząc na pociski i bagnety. Gdy zamilkł ogień karabinów, Clairmont nalegał, żeby Marcus został przy markizie jako jego pielęgniarz.

Na jesieni, gdy Lafayette był już w stanie dosiąść konia, obaj zniknęli w lasach Pensylwanii i Nowego Jorku. Powrócili z armią wojowników z plemienia Oneida. W uznaniu kawaleryjskich umiejętności Lafayette'a Indianie ci nadali mu przydomek Kayewla. Natomiast Matthew, z racji zręczności, z jaką prowadził ludzi do walki, zyskał u nich miano atlutanu'n, czyli wodza.

Matthew pozostał w armii długo po tym, jak Lafayette wrócił do Francji. Także Marcus służył nadal jako niższy pomocnik lekarza wojskowego. Dzień za dniem opatrywał żołnierzy ranionych kulami z muszkietów, dział czy od szabli. Clairmont wzywał go zawsze, gdy rany odniósł któryś z jego ludzi. Mówił, że Marcus ma talenty lecznicze.

W 1781 roku, krótko po przybyciu armii kontynentalnej do Yorktown, Marcus dostał febry. Jego lecznicze zdolności nie zdały się na nic. Leżał, dygocząc z zimna, doglądany tylko wtedy, gdy ktoś miał chwilę. Po czterech dniach cierpień Marcus zdał sobie sprawę, że umiera. Gdy Clairmont przyszedł odwiedzić kilku rannych żołnierzy, znowu w towarzystwie Lafayette'a, zobaczył Marcusa, który leżał na połamanej pryczy w kącie. Poczuł zapach śmierci.

Noc zaczynała już ustępować światłu dnia, gdy francuski oficer usiadł koło młodego człowieka i opowiedział mu historię swojego życia. Marcus był pewien, że śni. Człowiek, który pił krew i dzięki temu uwolnił się od śmierci? Usłyszawszy te słowa, Marcus doszedł do przekonania, że już umarł i prześladuje go jeden z diabłów, przed którymi ostrzegał go ojciec, twierdząc, że zapolują na niego z powodu jego grzesznej natury.

Wampir wyjaśnił Marcusowi, że może przeżyć febrę, ale będzie musiał za to zapłacić. Najpierw musi się odrodzić. Potem będzie musiał polować i pić krew, także ludzką. Przez jakiś czas odczuwane przez niego łaknienie krwi sprawi, że nie będzie mógł zajmować się rannymi i chorymi. Matthew przyrzekł, że gdy Marcus przyzwyczai się już do nowego życia, pośle go na uniwersytet.

Gdzieś przed świtem, gdy ból stał się nie do zniesienia, Marcus doszedł do wniosku, że pragnienie pozostania przy życiu przeważyło nad strachem przed nową egzystencją, jaką nakreślił mu wampir. Matthew wyniósł osłabionego i gorączkującego młodzieńca ze szpitala do lasu, gdzie czekali już wojownicy z plemienia Oneida, żeby poprowadzić ich w góry. Matthew wyssał z niego krew w oddalonej grocie, w której nikt nie mógł słyszeć krzyków chorego. Marcus wciąż jeszcze pamiętał potężne łaknienie, jakie go wówczas ogarnęło. Doprowadzony niemal do szaleństwa rozpaczliwie chciał przełknąć coś zimnego i płynnego.

W końcu Matthew własnymi zębami przeciął swój nadgarstek i dał mu się napić. Potężna krew wampira przywróciła go do nowego przerażającego życia.

Indianie czekali spokojnie u wejścia do groty, żeby uniemożliwić nowo narodzonemu wampirowi sianie spustoszenia w pobliskich farmach, gdy ujawni się w nim głód krwi. Gdy Matthew zjawił się w ich wiosce, natychmiast zorientowali się, kim on jest. Przypominał im czarodzieja Dagwanoenyenta, który żył w trąbie powietrznej i był wolny od śmierci. Pozostawało dla nich tajemnicą, dlaczego bogowie obdarzyli tymi zdolnościami francuskiego wojownika, ale bogowie byli znani ze swych zagadkowych decyzji. Wojownicy Oneida mogli jedynie zadbać o to, żeby także ich dzieci poznały legendę Dagwanoenyenta, i przekazać im dokładne instrukcje, jak zabić taką kreaturę. Należało go spalić, zemleć na proszek i rozrzucić na cztery strony jego kości, żeby nie mógł się odrodzić.

Nie mogąc zaspokoić głodu, Marcus zachowywał się jak dziecko, którym zresztą ciągle był, wył z frustracji i domagał się pomocy. Gdy Matthew upolował jelenia, żeby napoić młodzieńca, który odrodził się jako jego syn, Marcus szybko wyssał z niego całą krew. Zaspokoił w ten sposób głód, ale nie stłumił szumu krwi nowego ojca, która krążyła w jego żyłach.

Po tygodniu dostarczania do groty świeżo zabitych zwierząt Matthew doszedł do wniosku, że Marcus może już polować, żeby samodzielnie zapewnić sobie pożywienie. Ojciec i syn tropili jelenie i niedźwiedzie w głębokich lasach i na oblanych księżycowym światłem grzbietach gór. Matthew nauczył go wietrzyć zdobycz, wypatrywać w cieniu najmniejszych oznak ruchu i wyczuwać powiewy wiatru, który mógł nieść świeże tropy. I nauczył ozdrowieńca zabijać ofiary.