– Czyżbyś kwestionował moją lojalność? – mruknął Matthew.
– Nie, pytam jedynie, czy pokierujesz się rozsądkiem – odparł porywczo młodszy z wampirów, stając bez obawy przed ojcem. – Ten śmieszny romans jest wystarczająco niefortunny. Kongregacja ma już jeden powód, żeby cię ścigać. Nie dawaj jej następnego.
W czasie wizyty Marcusa we Francji jego wampirza babka wyjaśniła, że wiąże go teraz konwencja, która zakazuje bliskich związków ze stworzeniami innego rodzaju oraz mieszania się w religię i politykę ludzi. Że powinien też unikać wchodzenia w inne relacje z ludźmi, łącznie ze związkami miłosnymi, ale są one dozwolone, dopóki nie sprowadzają kłopotów. Marcus wolał spędzać czas z wampirami i zawsze się do nich ograniczał, więc aż do dzisiaj normy konwencji niewiele dla niego znaczyły.
– Nikogo to już nie obchodzi – odparł Matthew, spoglądając w kierunku drzwi do sypialni Diany.
– Mój Boże! Ona nie ma pojęcia o regułach konwencji – stwierdził Marcus – a ty nie zamierzasz jej o nich powiedzieć. Przecież wiesz, że nie będziesz mógł ukrywać tego przed nią w nieskończoność.
– Kongregacja nie chce chyba narzucać dotrzymywania przyrzeczenia złożonego prawie tysiąc lat temu w zupełnie innym świecie. – Matthew utkwił wzrok w starym sztychu przedstawiającym boginię Dianę mierzącą z łuku do myśliwego, który uciekał przez las. Przypomniał mu się fragment książki napisanej dawno temu przez przyjaciela: „bo oni nie są już łowcami, ale zwierzyną”. Wzdrygnął się.
– Pomyśl o tym, Matthew, zanim to zrobisz.
– Już postanowiłem – odparł, unikając wzroku syna. – Przypilnujesz jej, gdy mnie nie będzie?
Marcus skinął potakująco głową. Nie mógł odmówić. Gdy drzwi zamknęły się za Matthew, Marcus podszedł do Diany. Uchylił jedną z jej powiek, potem drugą sięgnął po jej nadgarstek. Pociągnął nosem, wyczuwając zapach strachu i szoku, który unosił się nad czarownicą. Odkrył też lek, który ciągle krążył w jej żyłach. Boże, pomyślał. Ojciec był przynajmniej na tyle trzeźwy, żeby dać jej środek uspokajający.
Kontynuował badanie, oglądając dokładnie skórę i wsłuchując się w oddech. Gdy skończył, stanął spokojnie koło łóżka czarownicy, przyglądając się, jak śpi. Na jej czole pojawiły się zmarszczki, tak jakby z kimś dyskutowała.
Badanie uświadomiło Marcusowi dwie rzeczy. Po pierwsze, Dianie nic nie będzie. Przeszła poważny wstrząs i potrzebowała odpoczynku, ale nie poniosła trwałego uszczerbku. Po drugie, unosi się nad nią zapach jego ojca. Naznaczając Dianę w ten sposób, Matthew zrobił to celowo, żeby każdy wampir wiedział, do kogo należy. Oznaczało to, że sprawy zaszły dalej, niż Marcus uważał za możliwe. Mogło się okazać, że ojcu byłoby trudno rozstać się z tą czarownicą. A musiałby to zrobić, gdyby historie, które opowiadała Marcusowi babka, okazały się prawdziwe.
Gdy Matthew wrócił, było już po północy. Był jeszcze bardziej gniewny niż przed wyjściem, ale wyglądał nieskazitelnie i nienagannie, jak zawsze. Przeczesał palcami włosy i poszedł prosto do pokoju Diany. Nie zamienił z synem ani słowa.
Marcus wolał nie zadawać mu żadnych pytań o szczegóły wyprawy. Gdy Matthew wyłonił się z pokoju czarownicy, spytał tylko:
– Omówisz z Dianą wyniki jest testów DNA?
– Nie – odparł krótko Matthew, nie okazując najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu ukrywania przed nią tak ważnej informacji. – Nie będę jej też mówił, co mogliby jej zrobić czarodzieje z Kongregacji. Przeszła wystarczająco wiele.
– Diana Bishop nie jest aż tak delikatna, jak ci się wydaje. Nie masz prawa trzymać tej informacji w tajemnicy, jeżeli nadal zamierzasz się z nią spotykać. – Marcus był świadom tego, że życie wampira mierzone jest nie w godzinach czy latach, ale w wyjawianych i zachowywanych sekretach. Wampiry strzegły swoich osobistych stosunków, przyjmowanych nazwisk i szczegółów wielu żywotów, jakie prowadziły. Mimo wszystko jego ojciec miał więcej tajemnic niż większość wampirów. I odczuwał coraz większą skłonność do ukrywania swoich spraw przed własną rodziną.
– Nie wtrącaj się do tego, Marcusie – rzucił mu ojciec. – To nie twój interes.
Marcus zaklął po nosem.
– Te twoje piekielne sekrety sprowadzą nieszczęście na rodzinę.
Zanim Marcus zdołał dokończyć, Matthew już trzymał go za kark.
– Moje sekrety zapewniały rodzinie bezpieczeństwo przez wiele stuleci, mój synu. Gdzie byś był dzisiaj, gdyby nie moje sekrety?
– Pożywieniem dla robaków w jakimś bezimiennym grobie w Yorktown, jak przypuszczam – wykrztusił Marcus przez zaciśnięte gardło.
Przez wiele lat Marcus próbował bez większego powodzenia odkryć niektóre z tajemnic ojca. Na przykład nigdy nie dowiedział się, kto doniósł jego ojcu, że Marcus wywołuje zamęt w Nowym Orleanie, gdy Jefferson zakupił Luizjanę. Stworzył tam z najmłodszych, najmniej odpowiedzialnych obywateli miasta coś w rodzaju wampirzej rodziny, która była równie zawadiacka i czarująca jak on sam. Ród Marcusa, do którego należała zatrważająca liczba hazardzistów i łazików, ryzykował odkrycie przez ludzi za każdym razem, gdy jego członkowie wychodzili po zmroku. Marcus pamiętał, że czarodzieje z Nowego Orleanu mówili otwarcie, że chcą się ich pozbyć z miasta.
Potem zjawił się niezaproszony i niezapowiedziany Matthew ze wspaniałą nieczystą rasowo wampirzycą, Juliettą Durand. Matthew i Julietta wszczęli kampanię, żeby zaprowadzić porządek w rodzinie Marcusa. W ciągu kilku dni zawarli nieświęte przymierze z wymuskaną młodą francuską wampirzycą z dzielnicy ogrodów, która miała niewiarygodnie złote włosy i była wyjątkowo bezwzględna. Wtedy zaczęły się prawdziwe kłopoty.
Pod koniec drugiego tygodnia nowa rodzina Marcusa znacznie i tajemniczo się zmniejszyła. Gdy liczba nieżywych i zaginionych wzrosła, Marcus poddał się i mruknął coś o tym, że Nowy Orlean jest niebezpieczny. Juliette, którą Marcus znienawidził już po kilku dniach znajomości, uśmiechała się tajemniczo i szeptała zachęcająco do ucha jego ojca. Wydawała się najbardziej intryganckim stworzeniem, jaki Marcus kiedykolwiek poznał. Był zachwycony, kiedy ona i jego ojciec się rozeszli.
Pod naciskiem pozostałych dzieci Marcus zapewnił gorąco, że będzie się dobrze prowadził, jeśli tylko Matthew i Juliette wyjadą.
Matthew przystał na jego propozycję, ale przedtem ustalił w najdrobniejszych szczegółach, czego będzie oczekiwał od członków rodziny Clermont.
– Jeżeli postanowiłeś zrobić ze mnie dziadka – poinstruował Marcusa ojciec w trakcie nader nieprzyjemnej rozmowy w obecności kilku najstarszych i najpotężniejszych wampirów z miasta – dołóż do tego więcej starań. – Na wspomnienie tego spotkania Marcus wciąż jeszcze bladł ze strachu.
Pozostało tajemnicą, skąd i od kogo Matthew i Juliette otrzymali upoważnienie do działania w taki sposób. Być może w zdobyciu wsparcia innych wampirów pomogły im siła jego ojca, spryt Juliette i świetność nazwiska Clermont. Ale musiało kryć się w tym coś więcej. Wszystkie istoty w Nowym Orleanie, nawet czarodzieje, odnosiły się do ojca Marcusa jak do monarchy.
Marcus zastanawiał się, czy jego ojciec był może przed wielu laty członkiem Kongregacji. To by wiele wyjaśniało.
Ze wspomnień wyrwał go głos ojca.
– Wiesz, Marcusie, być może Diana jest dzielną kobietą, ale nie musi wiedzieć wszystkiego. – Matthew puścił Marcusa i odszedł na bok.
– W takim razie, co ona wie o naszej rodzinie? O twoich innych dzieciach? Czy wie o twoim ojcu? – Ostatniego pytania Marcus nie wypowiedział głośno.
Tak czy owak Matthew wiedział, o czym myśli jego syn.
– Nie opowiadam historii innych wampirów.