Moje serce waliło jak oszalałe, gdy obudziłam się na nowo w ciemności. Odkopałam poluzowaną kołdrę i usiadłam na łóżku. Za moimi plecami Matthew zapalił lampę, której abażur był ciągle skierowany w drugą stronę.
– O co chodzi? – zapytał.
– Odnalazła mnie magia. A także czarownice. Moja magia sprowadzi na mnie śmierć i zostanę zabita jak moi rodzice. – Słowa płynęły prędko z moich ust, ponaglane przez wracający paniczny strach. Podniosłam się chwiejnie na nogi.
– Nie. – Matthew zerwał się i stanął między mną a drzwiami. – Musimy stawić temu czoło, Diano, cokolwiek to by było. Inaczej nigdy nie przestaniesz uciekać.
Jakaś cząstka mojej istoty wiedziała, że jego słowa są prawdziwe. Reszta chciała uciec w ciemność. Ale jak mogłam to zrobić, jeśli na mojej drodze stał wampir?
Wokół mnie zaczął się kręcić powietrzny wir, jakby próbował zatrzeć wrażenie, że jestem w pułapce. Jego zimne wstęgi skradały się ku górze wzdłuż nogawek spodni. Powietrze pełzło po moim ciele, unosząc łagodnym powiewem włosy wokół twarzy. Matthew rzucił przekleństwo i ruszył w moją stronę, wyciągając ręce w obie strony. Powiew wzmocnił się i zamienił w porywisty wiatr, który powiewał prześcieradłami i zasłonami.
– Nie przejmuj się, nic się nie dzieje. – Świadomie podniósł głos, żeby przekrzyczeć szum wiatru i mnie uspokoić.
Ale to nie wystarczyło.
Siła wiatru rosła, a wraz z nią unosiły się moje ręce, nadając powietrzu kształt kolumny, która zamknęła się wokół mnie niczym ochronna bariera jak wcześniej kołdra. Po drugiej stronie wiru stał Matthew z wyciągniętą ręką i wzrokiem utkwionym we mnie. Otworzyłam usta, żeby go ostrzec, ale wyszedł z nich tylko strumień lodowatego powietrza.
– W porządku – odezwał się znowu, nie przestając na mnie patrzeć. – Nie ruszę się.
Nie zdawałam sobie sprawy, że stanowi to jakiś problem, dopóki nie wypowiedział tych słów.
– Przyrzekam – oświadczył stanowczo.
Wiatr ucichł. Otaczająca mnie trąba powietrzna zamieniła się w wir, potem w wietrzyk, wreszcie i on zniknął zupełnie. Zabrakło mi powietrza i opadłam na kolana.
– Co się ze mną dzieje? – Każdego dnia biegałam, wiosłowałam, ćwiczyłam jogę i moje ciało robiło, co mu kazałam. Teraz wyprawiało niewyobrażalne rzeczy. Spojrzałam na dół, żeby się upewnić, czy moje ręce nie sypią iskrami, a stopy nie mocują się z porywami wiatru.
– To była czarnoksięska wichura – wyjaśnił Matthew, nie poruszając się. – Wiesz, co to jest?
Słyszałam o czarownicy z Albany, która potrafiła wywoływać burze, ale nikt nie nazwał tego nigdy „czarnoksięską wichurą”.
– Nie za bardzo – przyznałam, wciąż spoglądając na moje dłonie i stopy.
– Niektóre czarownice dziedziczą zdolność panowania nad żywiołem powietrza. Jesteś jedną z nich – powiedział.
– To nie było panowanie.
– To był twój pierwszy raz – wyjaśnił rzeczowo Matthew. Wskazał ręką na mały pokój: zasłony i prześcieradła były nietknięte, wszystkie ubrania leżały na komodzie i na podłodze dokładnie tam, gdzie zostały pozostawione tego ranka. – Oboje ciągle stoimy, a pokój nie wygląda, jakby przeszło przez niego tornado. To jest panowanie. Takie, jakie jest ci na razie dostępne.
– Ale ja tego nie chciałam. Czy te rzeczy, elektryczne wyładowania i wichury, przytrafiają się czarownicom ot tak, po prostu, choć one ich nie wzywają? – Odrzuciłam włosy z oczu i zachwiałam się z wyczerpania. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin wydarzyło się zbyt wiele. Matthew pochylił się w moją stronę, tak jakby chciał mnie chwycić, zanim upadnę.
– W tych czasach rzadko widuje się czarnoksięskie wichury i iskry z palców. W tobie jest magia, Diano, i ona domaga się uwolnienia, czy o to prosisz, czy nie.
– Czułam się jak w potrzasku.
– Nie powinienem był narzucać ci niczego wczoraj wieczorem – powiedział z zażenowaniem Matthew. – Ale czasami nie wiem, jak z tobą postąpić. Jesteś jak perpetuum mobile. Chciałem tylko, żebyś przez chwilę stała spokojnie i słuchała.
Jeśli ktoś jest wampirem, który rzadko wciąga powietrze do płuc, musi mu być jeszcze trudniej dawać sobie radę z moją nieustanną potrzebą ruchu. Znowu dzielące nas różnice okazały się nagle zbyt wielkie. Próbowałam się podnieść.
– Wybaczyłaś mi? – zapytał szczerze. Skinęłam potakująco głową. – Mogę? – spytał, wskazując na swoje stopy. Kiwnęłam ponownie.
Zrobił trzy szybkie kroki, a ja się podniosłam. Wpadłam na niego tak, jak tamtego wieczoru w Bibliotece Bodlejańskiej, gdy zobaczyłam jego arystokratyczną sylwetkę w czytelni księcia Humfreya. Jednak tym razem nie odskoczyłam równie szybko. Przywarłam do niego z własnej woli, a jego skóra wydała mi się raczej uspokajająco chłodna niż przerażająco lodowata.
Staliśmy w milczeniu, obejmując się. Moje serce uspokoiło się, a on trzymał mnie w rozluźnionych ramionach, chociaż jego nierówny oddech wskazywał, że nie było to łatwe.
– Ja też cię przepraszam. – Rozluźniłam się, czując na policzku dotyk jego szorstkiego swetra. – Spróbuję zapanować nad moją energią.
– Nie masz za co przepraszać. I nie powinnaś starać się tak bardzo, żeby być kimś innym niż jesteś. Zaparzyć ci herbaty? – zapytał, muskając ustami czubek mojej głowy.
Za oknem była ciągle noc, bez najmniejszych oznak świtania.
– Która godzina?
Matthew wykręcił rękę między moimi łopatkami, żeby móc spojrzeć na zegarek.
– Minęła trzecia.
Jęknęłam.
– Jestem taka zmęczona, ale napiłabym się herbaty z największą rozkoszą.
– W takim razie zaparzę. – Delikatnym ruchem uwolnił się z moich rąk, które obejmowały go w pasie. – Zaraz wrócę.
Nie chcąc utracić go z pola widzenia, powlokłam się za nim. Matthew przebierał w puszkach i torebkach, szukając herbaty.
– Mówiłam ci, że lubię herbatę – powiedziałam usprawiedliwiająco, kiedy znalazł w kredensie kolejną brązową paczkę utkniętą za ekspresem do kawy, którego rzadko używałam.
– Masz jakąś ulubioną? – spytał, wskazując na zapełnioną półkę.
– Proszę tę w czarnym opakowaniu ze złotym napisem. – Wydawało mi się, że najlepiej uspokoi mnie herbata zielona.
Matthew nastawił czajnik i wsypał herbatę do imbryka. Zalał zielone liście gorącą wodą, a kiedy się zaparzyły, podał mi wyszczerbiony kubek. Zapach zielonej herbaty, wanilii i cytrusów był odmienny od zapachu wampira, ale równie przyjemny.
Matthew nalał herbaty także sobie, rozdymając z uznaniem nozdrza.
– Rzeczywiście, zapach nie jest taki zły – przyznał, wypijając mały łyk. Nie widziałam dotąd, żeby pił co innego, niż wino.
– Gdzie usiądziemy? – spytałam, trzymając w dłoniach gorący kubek.
Matthew wskazał głową salonik.
– Tam, musimy porozmawiać.
Usiadł w rogu wygodnej starej kanapy, a ja usadowiłam się naprzeciwko niego. Czułam na twarzy parę unoszącą się z kubka, niczym delikatne wspomnienie czarnoksięskiego wichru.
– Chciałbym zrozumieć, dlaczego Knox uważa, że złamałaś zaklęcie rzucone na Ashmole 782 – zaczął Matthew.
Wróciłam pamięcią do rozmowy w mieszkaniu dyrektora.
– Powiedział mi, że zaklęcia tracą część swej mocy w okolicach rocznic ich rzucenia. Ten urok próbowały złamać inne czarownice znające czarnoksięskie formułki, ale się im nie udało. Przypuszczał, że znalazłam się po prostu na właściwym miejscu we właściwym czasie.
– Urok na Ashmole 782 rzuciła jakaś utalentowana czarownica. Podejrzewam, że zdjęcie go jest prawie niemożliwe. Nikt spośród tych, którzy wcześniej zamawiali ten manuskrypt, nie spełniał jego warunków, i to bez względu na znajomość czarnoksięstwa i porę roku. – Matthew utkwił wzrok w swoim kubku. – A ty je spełniłaś. Problem polega na tym, jak i dlaczego.