– Peter Knox! – wykrzyknęła Sarah. Matthew zamknął oczy, tak jakby od jej głosu pękały mu bębenki w uszach. – Od jak dawna on się tam kręci?
– Od samego początku – odpowiedziałam niezdecydowanym tonem. – To on był tym ubranym na brązowo czarodziejem, który próbował wedrzeć się do mojej głowy.
– Mam nadzieję, że nie pozwoliłaś, żeby wdarł się za daleko, prawda? – spytała przestraszona Sarah.
– Zrobiłam, co mogłam, Sarah. Nie wiem dokładnie, co właściwie robię, jeśli chodzi o magię.
Do rozmowy włączyła się Em.
– Kochanie, Peter Knox sprawia kłopoty wielu z nas. A co ważniejsze, twój ojciec nie ufał mu, absolutnie.
– Mój ojciec? – Podłoga zachwiała się pod moimi stopami. Matthew objął mnie w pasie, żeby mnie podtrzymać. Przetarłam oczy, ale nie mogłam usunąć widoku zdeformowanej głowy mojego ojca i jego rozpłatanego ciała.
– Diano, co jeszcze się stało? – spytała cicho Sarah. – Peter Knox mógł cię porządnie przerazić, ale wyczuwam w tym coś jeszcze.
Uwiesiłam się wolną ręką na ramieniu Matthew.
– Ktoś przysłał mi zdjęcie mamy i taty.
Po drugiej stronie linii zapadło przeciągające się milczenie.
– Och, Diano! – mruknęła Em.
– To zdjęcie? – spytała ponuro Sarah.
– Tak – szepnęłam. Sarah rzuciła przekleństwo.
– Daj mi go znowu do telefonu.
– On słyszy cię doskonale tam, gdzie stoi – zauważyłam. – Poza tym wszystko, co masz mu do powiedzenia, możesz powiedzieć także mnie.
Ręka Matthew przesunęła się na mój krzyż. Zaczął pocierać go nasadą dłoni, naciskając na sztywne mięśnie, aż zaczęły się rozluźniać.
– W takim razie posłuchajcie mnie oboje. Trzymajcie się daleko, jak najdalej od Knoxa. A ten wampir niech lepiej dopilnuje, żebyś go unikała, bo inaczej zwalę na niego odpowiedzialność. Stephen Proctor był najbardziej dobrotliwym człowiekiem na świecie. Trzeba go było długo przekonywać, żeby przestał kogoś lubić, ale i on pogardzał tym czarodziejem. Diano, masz natychmiast wrócić do domu.
– Nie wrócę, Sarah! Matthew zabiera mnie do Francji. – Ostatecznie przekonała mnie do tego mniej atrakcyjna propozycja Sarah.
Nastąpiła cisza.
– Do Francji? – spytała cicho Em. Matthew wyciągnął rękę.
– Matthew chce z wami porozmawiać. – Wręczyłam mu słuchawkę, zanim Sarah zdążyła zaprotestować.
– Pani Bishop? Ma pani w telefonie urządzenie identyfikujące osobę, która do pani dzwoni?
Prychnęłam. Brązowy aparat wiszący na ścianie w kuchni w Madison miał obrotową tarczę do wybierania numerów i sznur długi na milę, tak, żeby Sarah mogła chodzić podczas rozmowy. Godzinami trzeba było wykręcać zwykły miejscowy numer. Identyfikator? W żadnym wypadku.
– Nie? – W takim razie niech pani zapisze ten numer. – Matthew powoli podyktował jej numer swojej komórki i jeszcze jeden, prawdopodobnie domowy, wraz ze szczegółowymi instrukcjami dotyczącymi międzynarodowych kodów. – Proszę dzwonić o każdej porze.
Sądząc z przestrachu, jaki odmalował się na twarzy Matthew, Sarah musiała zareagować jakimś ostrym słówkiem.
– Dopilnuję, żeby była bezpieczna – obiecał i wręczył mi słuchawkę.
– Niedługo wyjeżdżam. Kocham was obie. Nie martwcie się o mnie.
– Przestań nam mówić, żebyśmy się nie martwiły – odparła zrzędliwym tonem Sarah. – Jesteś naszą siostrzenicą. A my się martwimy, bo chcemy twojego dobra, Diano, i pewnie tak będzie nadal.
Westchnęłam.
– Jak mam was przekonać, że nic mi nie jest?
– Na początek podnoś częściej słuchawkę – odparła ponuro.
Kiedy pożegnałyśmy się w końcu, przez chwilę stałam obok wampira, unikając jego wzroku.
– Wszystko to moja wina, tak jak powiedziała Sarah. Zachowywałam się jak zwykła nierozgarnięta kretynka.
Matthew odwrócił się i podszedł do drugiego końca kanapy, żeby znaleźć się najdalej ode mnie, jak tylko pozwalał na to mały pokój, i zatopił się w poduszkach.
– Myślę o postanowieniu, jakie podjęłaś w związku z magią i jej miejscem w twoim życiu… Podjęłaś je, gdy byłaś samotnym przerażonym dzieckiem. I teraz, przy każdym kroku zachowujesz się tak, jakby twoja przyszłość zależała od tego, czy uda ci się postawić stopę na właściwym miejscu.
Matthew wydawał się przestraszony, kiedy usiadłam obok niego i w milczeniu wzięłam go za rękę. Opierałam się pragnieniu, żeby mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
– Kiedy znajdziesz się we Francji, być może przez kilka dni będziesz mogła po prostu być, nie wysilając się, nie martwiąc, że popełniasz błąd – dodał. – Może wreszcie wypoczniesz… Chociaż nigdy nie widziałem, żebyś wytrzymała długo bez ruchu. Wiesz, kręcisz się nawet we śnie.
– Nie mam czasu na odpoczynek, Matthew. – Zaczęłam już zastanawiać się nad konsekwencjami wyjazdu z Oksfordu. – Za niecałe sześć tygodni ma się odbyć konferencja na temat alchemii. Organizatorzy spodziewają się, że wygłoszę odczyt na jej otwarcie. Ledwie zaczęłam go pisać, a bez dostępu do bodlejańskich zbiorów nie mam szans, żeby ukończyć go na czas.
Matthew zmrużył w zamyśleniu oczy.
– Domyślam się, że twój odczyt ma dotyczyć alchemicznych ilustracji?
– Tak, angielskiej tradycji alegorycznego ilustrowania tekstów.
– W takim razie nie przypuszczam, żebyś była zainteresowana obejrzeniem mojego XIV-wiecznego egzemplarza Aurora Consurgens. Niestety, został wydany we Francji.
Otworzyłam szerzej oczy. Aurora Consurgens była zagadkowym manuskryptem omawiającym przeciwstawne siły występujące w alchemicznej transformacji – srebra i złota, pierwiastka żeńskiego i męskiego, mroku i światła. Zamieszczone w nim ilustracje były równie złożone i zagadkowe.
– Najwcześniejsze znane wydanie tej księgi pochodzi z 1420 roku.
– Mój egzemplarz jest z 1356 roku.
– Ale w manuskrypcie z tak wczesnego okresu nie będzie ilustracji – zauważyłam. Znalezienie iluminowanego manuskryptu sprzed 1400 roku było równie nieprawdopodobne, jak odkrycie forda T stojącego na polu bitwy pod Gettysburgiem.
– Ten je ma.
– Zawiera komplet trzydziestu ośmiu iluminacji?
– Nie. Ma ich czterdzieści. – Matthew się uśmiechnął. – Można by pomyśleć, że dawniejsi historycy mylili się w niektórych szczegółach.
Odkrycia tej miary są rzadkie. Trafienie na ślad nieznanego, XIV-wiecznego ilustrowanego egzemplarza Aurora Consurgens stanowiło życiową szansę dla historyka alchemii.
– A co pokazują dodatkowe ryciny? Czy tekst jest taki sam?
– Będziesz musiała pojechać do Francji, żeby to sprawdzić.
– W takim razie jedziemy – odparłam. Po tygodniach frustracji okazało się nagle, że napisanie odczytu na otwarcie jest możliwe.
– Pojedziesz nie dla własnego bezpieczeństwa, ale z powodu manuskryptu? – Matthew pokręcił ze smutkiem głową. – To tyle, jeśli chodzi o zdrowy rozsądek.
– Nigdy nie byłam znana ze zdrowego rozsądku – zwierzyłam mu się. – Kiedy wyjeżdżamy?
– Za godzinę?
– Za godzinę. – Nie była to decyzja podjęta pod naciskiem chwili. Zaplanował całe przedsięwzięcie, gdy zapadłam w sen zeszłej nocy.
Matthew kiwnął głową.
– Samolot czeka na pasie lotniska koło dawnej bazy amerykańskich sił powietrznych. Ile czasu zajmie ci spakowanie rzeczy?
– To zależy od tego, co będę musiała zabrać ze sobą – odparłam, czując zawrót głowy.
– Nie zabieraj za wiele. Nie będziemy nigdzie wychodzić. Zapakuj ciepłe ubrania. I nie wyobrażam sobie, żebyś zapomniała o butach do biegania. Będziemy tam po prostu we dwoje, tylko z moją matką i jej gospodynią.