– Naprawdę potrzebny ci taki duży samochód do jeżdżenia po Francji? – spytałam, rozglądając się po gładkich drogach.
Matthew się roześmiał.
– Nie widziałaś jeszcze domu mojej matki.
Jechaliśmy na zachód przez piękną okolicę. Za oknem co chwilę otwierały się widoki na wielkie zamki i urwiste góry. We wszystkich kierunkach ciągnęły się pola i winnice i nawet pod ołowianym niebem kraj zdawał się płonąć barwami zeschłych liści. Zobaczyliśmy znak wskazujący drogę do Clermont-Ferrand. To nie mógł być przypadek, mimo trochę innej pisowni.
Nadal jechaliśmy na zachód. W pewnej chwili Matthew zwolnił, skręcił w wąską drogę i zatrzymał na poboczu, a potem wskazał ręką widoczny w oddali, niewyraźny kształt.
– Tam – powiedział. – Sept-Tours.
Pośrodku falistych wzgórz znajdował się płaski szczyt, na którym wznosiła się zwieńczona blankami budowla z żółtaworudego i różowego kamienia. Otaczało ją siedem mniejszych wież, a u jej stóp stała opatrzona wieżyczką stróżówka. Nie był to piękny zamek z baśni, wymarzony na bale w świetle księżyca. Sept-Tours było twierdzą.
– To twój dom? – spytałam z zapartym tchem.
– Tak. – Matthew wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer. – Maman? Jesteśmy prawie na miejscu.
Ktoś odpowiedział pod drugiej stronie linii, po czym Matthew wyłączył telefon. Uśmiechnął się niewyraźnie i wrócił na drogę.
– Oczekuje nas? – spytałam, z trudem opanowując drżenie głosu.
– Tak.
– I nie przeszkadza jej, że…? – Nie zadałam pełnego pytania: „Jesteś pewien, że przywożąc do domu czarownicę, nie sprawisz jej przykrości?” Ale nie potrzebowałam tego robić.
Matthew nie odrywał wzroku od drogi przed nami.
– W odróżnieniu ode mnie Ysabeau nie lubi niespodzianek – odparł niefrasobliwym tonem, skręcając w dróżkę, która przypominała ścieżkę wydeptaną przez kozy.
Prowadząca pod górę aleja, wysadzona drzewami kasztanowymi doprowadziła nas do stóp Sept-Tours. Range rover przejechał między dwiema z siedmiu wież i wjechał na wyłożony kamiennymi płytami dziedziniec przed wejściem do głównej budowli. Po lewej i prawej stronie widać było klomby i ogrody, które dalej przechodziły w las. Wampir zatrzymał samochód.
– Gotowa? – zapytał, uśmiechając się promiennie.
– Mniej więcej – odparłam niepewnie.
Matthew otworzył drzwi samochodu po mojej stronie i pomógł mi wysiąść. Obciągnęłam czarny żakiet i spojrzałam na imponującą kamienną fasadę. Groźne kontury zamku były niczym w porównaniu z tym, co czekało mnie w środku. Drzwi się otworzyły.
– Courage – powiedział Matthew, całując mnie delikatnie w policzek. Odwagi.
ROZDZIAŁ 18
W drzwiach ogromnego zamku stała Ysabeau, królewska i lodowata. Gdy wspięliśmy się po kamiennych schodach, posłała swemu wampirzemu synowi groźne spojrzenie.
Matthew pochylił się, żeby pocałować ją delikatnie w oba policzki.
– Wejdziemy do środka czy wolisz powitać nas na dworze?
Ysabeau usunęła się na bok, żeby nas wpuścić. Poczułam na sobie jej wściekłe spojrzenie i wyczułam zapach przypominający gazowany napój na bazie sarsaparyli i karmelu. Minęliśmy krótką, mroczną sień wyłożoną niezbyt przyjaźnie wyglądającymi pikami, które były wycelowane prosto w głowę gościa, i weszliśmy do pomieszczenia z wysokim sufitem i ściennymi malowidłami wykonanymi najwyraźniej przez jakiegoś obdarzonego fantazją XIX-wiecznego malarza, który pragnął oddać średniowieczną rzeczywistość, jakiej nigdy nie było. Na białych ścianach namalowane były lwy, lilie, wąż trzymający w paszczy własny ogon i małże przegrzebki w muszlach. Przy końcu sali widniały spiralne schody prowadzące na szczyt jednej z wież.
Dopiero w środku stanęłam wobec pełnej siły groźnego spojrzenia Ysabeau. Matka wampira była uosobieniem przerażającej elegancji, która zdawała się być wrodzoną cechą francuskich kobiet. Podobnie jak jej syn, który robił niepokojące wrażenie, że jest trochę starszy od niej, zdradzała zamiłowanie do ubiorów utrzymanych w monochromatycznej palecie barw, które minimalizowały niesamowitą bladość jej cery. Ysabeau zdawała się preferować odcienie kolorów od kremowego do łagodnego brązu. Wszystko, co miała na sobie, było kosztowne i zarazem proste, od czubków miękkich butów z beżowej skóry po topazy, które zwisały z jej uszu. Wokół ciemnych źrenic jej oczu widać było promyczki w przerażająco zimnym szmaragdowym odcieniu, a wystające kontury jej kości policzkowych nadawały doskonałym rysom twarzy i oszałamiająco białej cerze charakter niemieszczący się w kategoriach zwykłej piękności. Jej włosy miały barwę i lejącą połyskliwość miodu, a ich złote, jedwabiste sploty zebrane były na szyi w zwykły ciężki kok.
– Mógłbyś okazać mi trochę zrozumienia, Matthew. – Wymówiła jego imię miękko, dzięki czemu zabrzmiało na starodawną modłę. Jak wszystkie wampiry, także ona miała uwodzicielski i melodyjny głos. W przypadku Ysabeau przypominał on brzmienie dalekich dzwonów, czyste i głębokie.
– Obawiasz się plotek, maman? Myślałem, że szczycisz się swoim nowoczesnym podejściem. – Matthew zdawał się zarazem wyrozumiały i niecierpliwy. Rzucił kluczyki na pobliski stolik. Pośliznęły się po jego doskonale gładkim blacie i wylądowały z klekotem u podstawy czarki z chińskiej porcelany.
– Nigdy nie byłam nowoczesna! – Ysabeau wydawała się zgorszona. – Stanowczo przecenia się zmienność obyczajów – odparła, a potem odwróciła się i przyjrzała mi się od stóp do głów. Zacisnęła doskonale ukształtowane usta.
To, co zobaczyła, nie spodobało się jej – i nic dziwnego. Próbowałam spojrzeć na siebie jej oczami – włosy w piaskowym odcieniu, które nie były ani gęste, ani dobrze utrzymane, twarz usiana piegami od przebywania na świeżym powietrzu, nos za długi w stosunku do reszty mojej twarzy. Najlepiej prezentowały się oczy, ale i one nie mogły nadrobić wszystkich braków. Stojąc obok Ysabeau i Matthew, czułam się jak niezdarna wiejska gąska, i pewnie tak wyglądałam. Wolną ręką obciągnęłam żakiet zadowolona, że nie ujrzałam na koniuszkach palców oznak budzenia się moich magicznych talentów. Miałam też nadzieję, że nie okazuję objawów widmowego „promieniowania”, o którym wspominał Matthew.
– Maman, przedstawiam ci Dianę Bishop. Diano, poznaj moją matkę, Ysabeau de Clermont. – Tradycyjne formułki gładko wypłynęły z jego ust.
Nozdrza Ysabeau rozszerzyły się odrobinę.
– Nie lubię zapachu czarownic. – Mówiła bezbłędnie po angielsku, skupiając na mnie spojrzenie błyszczących oczu. – Ta dziewczyna pachnie słodko i ma w sobie coś odpychająco zielonego jak wiosna.
Matthew zareagował niezrozumiałą tyradą, która brzmiała jak skrzyżowanie francuskiego, hiszpańskiego i łaciny. Mówił cicho, ale nie próbował ukryć irytacji.
– Qa suffit – odparła Ysabeau, przeciągając dłonią po gardle. Przełknęłam ślinę i odruchowo sięgnęłam do kołnierzyka żakietu. – Miło mi cię poznać, Diano – powiedziała do mnie, wymawiając moje imię raczej po francusku i akcentując pierwszą, a nie drugą sylabę. Wyciągnęła do mnie białą i zimną rękę, a ja ujęłam lekko jej palce. Matthew chwycił moją lewą rękę i przez chwilę tworzyliśmy dziwny łańcuch dwojga wampirów i czarownicy. – Encantada.
– Mama jest tobą oczarowana – pospieszył z wyjaśnieniem Matthew. Przetłumaczył słowa Ysabeau, rzucając jej znaczące spojrzenie.