Do najbardziej zagadkowych przedmiotów w pokoju należały te, które Matthew postanowił zachować ze swoich licznych egzystencji. Na regale, obok muszli małża, oparty był obraz Vermeera. Nie było to żadne z nielicznych znanych płócien malarza. Przedstawiona na nim postać bardzo przypominała samego Matthew. Nad kominkiem wisiał miecz tak długi i ciężki, że nie mógł się nim posługiwać nikt inny, tylko jakiś wampir, a w jednym z kątów stała olbrzymia zbroja. Naprzeciwko niej wisiał na drewnianym stojaku ludzki szkielet, który wyglądał na bardzo stary. Poszczególne kości powiązane były drutem przypominającym struny fortepianowe. Obok niego stały na stole dwa mikroskopy, oba pochodzące z XVII stulecia, chyba, że źle oceniłam ich wiek. We wnęce w ścianie widać było ozdobny krucyfiks, nabijany wielkimi, czerwonymi, zielonymi i niebieskimi kamieniami, a obok niego stała przepiękna rzeźba Marii Panny z kości słoniowej.
Matthew przyglądał mi się w trakcie tej lustracji jego dobytku, a jego spojrzenia błądziły po mojej twarzy jak płatki śniegu.
– To prawdziwe muzeum – szepnęłam, zdając sobie sprawę, że za każdym ze znajdujących się tu przedmiotów kryje się jakaś historia.
– To mój gabinet.
– A skąd masz… – zaczęłam pytającym tonem, wskazując mikroskopy.
– Później – odparł znowu. – Masz jeszcze do pokonania trzydzieści schodków.
Poprowadził mnie na drugą stronę komnaty, do drugiej klatki schodowej. Także tu znajdowały się kręte schody prowadzące ku niebu. Wspiąwszy się powoli po trzydziestu stopniach, stanęłam u wejścia do innej okrągłej komnaty, nad której wyposażeniem dominowało ogromne łoże z orzechowego drewna, opatrzone czterema kolumnami, baldachimem i ciężkimi zasłonami. Wysoko nad nim widać było belki i krokwie, które podtrzymywały miedziany dach. Przy ścianie po jednej stronie stał stół, po drugiej wbudowano był kominek, przed którym ustawiono wygodne fotele. Naprzeciwko znajdowały się szeroko otwarte drzwi, przez które widać było ogromną wannę.
– Przypomina to gniazdo sokoła – powiedziałam, wyglądając przez okno. Matthew oglądał rozciągający się za nim krajobraz od czasów średniowiecznych. Przez chwilę zadawałam sobie pytanie, jakie inne kobiety mógł tu przyprowadzić przede mną. Byłam pewna, że nie jestem pierwsza, ale nie sądziłam, żeby było ich wiele.
Matthew stanął za mną i spojrzał przez moje ramię.
– Podoba ci się? – Ucho owiał mi jego łagodny oddech. Skinęłam głową.
– Ile ona ma lat? – spytałam, nie mogąc się pozbierać.
– Ta wieża? Około siedmiu stuleci.
– A miasteczko? Czy oni wiedzą, kim jesteś?
– Tak. Podobnie jak czarodzieje i czarownice wampiry czują się bezpieczniej, gdy należą do społeczności, która wie, kim są, ale nie zadaje zbyt wiele pytań.
W Madison mieszkały całe pokolenia Bishopów i nikt nie robił z tego powodu żadnych awantur. Podobnie jak Peter Knox byliśmy niewidoczni w pełnym świetle dnia.
– Dziękuję, że przywiozłeś mnie do Sept-Tours. Czuję się tu bezpieczniej niż w Oksfordzie. – Mimo obecności Ysabeau, pomyślałam.
– A ja dziękuję ci za to, że zawojowałaś moją matkę. – Matthew zachichotał, tak jakby usłyszał moje niewypowiedziane słowa. Jednocześnie poczułam wyraźny zapach goździków ogrodowych. – Jest zbyt opiekuńcza, jak większość rodziców.
– Czułam się jak idiotka… do tego źle ubrana. Nie przywiozłam ani jednego stroju, który mógłby zyskać jej uznanie. – Zagryzłam usta, marszcząc jednocześnie brwi.
– Uznania Ysabeau nie zdobyła nawet Coco Chanel. Być może celujesz trochę za wysoko.
Roześmiałam się i odwróciłam, szukając oczami jego spojrzenia. Gdy nasze oczy się spotkały, zaparło mi dech. Wzrok Matthew błądził powoli po moich oczach, policzkach, a w końcu zatrzymał się na ustach. Jego ręka powędrowała się do mojej twarzy.
– Jest w tobie tyle życia – powiedział niskim, nieco szorstkim tonem. – Powinnaś znaleźć sobie dużo, dużo młodszego mężczyznę.
Uniosłam się na palce. Matthew pochylił głowę. Gdy nasze usta miały się już zetknąć, na stole zaklekotała taca.
– Vos etz arbres e branca – zaśpiewała Marthe, rzucając Matthew złośliwe spojrzenie.
Matthew roześmiał się i odpowiedział jej dźwięcznym barytonem.
– On fruitz de gaug s'asazona.
– Co to za język? – spytałam, opadając na pięty. Podeszłam za Matthew do kominka.
– Stary dialekt – odparła Marthe.
– Oksytański. – Matthew zdjął srebrną pokrywkę z talerza z jajecznicą. Po pokoju rozszedł się zapach gorącego jedzenia. – Marthe postanowiła umilić ci poezją siadanie do posiłku.
Marthe zachichotała i zdzieliła go po nadgarstku ręcznikiem, który zdjęła z pasa. Matthew odstawił pokrywkę i usiadł.
– Chodź tu, chodź – powiedziała Marthe, wskazując mi ręką krzesło naprzeciwko niego. – Siadaj, jedz. – Zrobiłam, jak mi powiedziano. Marthe napełniła czarkę wampira winem z wysokiego szklanego dzbanka ze srebrną rączką.
– Mercćs – mruknął i natychmiast zbliżył nos do kielicha, delektując się aromatem trunku.
Podobny dzbanek zawierał lodowatą wodę. Marthe nalała jej do drugiej czarki i podała mi ją. Napełniła filiżankę parującą herbatą, której zapach powiedział mi natychmiast, że pochodzi ze sklepu Mariage Freres w Paryżu. Najwyraźniej w czasie, gdy spałam ostatniej nocy, Matthew przejrzał zawartość mojego kredensu i sporządził bardzo dokładną listę zakupów. Marthe dolała do filiżanki gęstej śmietany, zanim Matthew zdążył ją powstrzymać. Spojrzałam na niego porozumiewawczo. W tym momencie potrzebowałam sprzymierzeńców. Poza tym za bardzo chciało mi się pić, żeby przejmować się drobiazgami. Matthew wyprostował się potulnie na swoim krześle, popijając wino.
Marthe wyłożyła ze swojej tacy kolejne przedmioty – srebrne sztućce dla jednej osoby, sól, pieprz, masło, dżem, grzankę i złotawy omlet posypany świeżymi ziołami.
– Merci, Marthe – powiedziałam z głęboką wdzięcznością.
– Jedz! – nakazała, zamierzając się ręcznikiem, tym razem na mnie.
Wydawała się zadowolona, widząc, jak ochoczo podnoszę do ust pierwsze kęsy. Potem pociągnęła nosem. Zmarszczyła brwi, wykrzyknęła coś z oburzeniem do Matthew i podeszła do kominka. Zapaliła zapałkę i po chwili rozległo się trzaskanie suchego drewna.
– Marthe – zaprotestował Matthew, wstając z czarką wina w ręku. – Sam to zrobię.
– Jej jest zimno – mruknęła Marthe wyraźnie zgorszona tym, że nie pomyślał o tym, zanim usiadł do stołu. – A ty masz wyschnięte gardło. Ja rozpalę ogień.
Po kilku minutach drewno płonęło już wysokim płomieniem. I choć żaden ogień nie nagrzałby ogromnej komnaty, powietrze nie było już tak wyziębione. Marthe otrzepała ręce i się podniosła.
– Ona musi iść spać. Wyczuwam, że czegoś się bała.
– Pójdzie spać po śniadaniu – obiecał Matthew, podnosząc prawą rękę na znak, że dopilnuje tego. Marthe przypatrywała mu się przez chwilę, a potem pogroziła mu palcem, tak jakby miał za sobą nie piętnaście stuleci, ale piętnaście lat życia. W końcu jego niewinna mina ją przekonała. Opuściła pokój i, mimo swego wieku, pewnym krokiem ruszyła w dół po niewygodnych schodach.
– Oksytański był językiem trubadurów, prawda? – spytałam po odejściu Marthe. Matthew potwierdził skinieniem głową. – Nie zdawałam sobie sprawy, że mówiono nim na terenach położonych tak daleko na północy.
– Nie jesteśmy tak znowu daleko na północy – powiedział z uśmiechem Matthew. – Kiedyś Paryż był zaledwie nic nieznaczącym granicznym miastem. Większość ludzi mówiła wówczas po oksytańsku. Z powodu gór ludzie z północy mówiący swoim językiem trzymali się z dala od tych okolic. Jeszcze teraz tutejsi mieszkańcy boczą się na przybyszów.