– Widzę, że nie możesz się już doczekać. – Podszedł do jednej z półek i zaczął myszkować wśród stojących na niej tomów. Wyciągnął małą książkę z tłoczeniami na czarnych okładkach i podał mi ją.
Rozejrzałam się za wyłożoną miękkim aksamitem kolebką, żeby ją położyć. Matthew się roześmiał.
– Po prostu ją otwórz, Diano. Nie powinna się rozlecieć.
Poczułam się dziwnie, trzymając w ręku tego rodzaju manuskrypt. Nauczyłam się już traktować je raczej jako rzadkie cenne przedmioty niż materiał do czytania. Starając się nie otwierać okładek zbyt szeroko, żeby nie złamać grzbietu oprawy, zajrzałam do środka. Buchnęły mi w oczy żywe kolory, złoto i srebro.
– Och – westchnęłam. Inne znane mi egzemplarze Aurora Consurgens nie były ani w części tak wspaniałe. – Te iluminacje są prześliczne. Wiesz, kto je wykonał?
– Pewna kobieta, nazywała się Bourgot Le Noir. Była dość znana w Paryżu w połowie XIV wieku. – Matthew wziął ode mnie książkę i otworzył ją całkowicie. – Proszę. Teraz możesz je obejrzeć jak należy.
Pierwsza iluminacja ukazywała królową, która stała na małym wzniesieniu i osłaniała rozłożonym szeroko płaszczem siedem małych stworzeń. Wokół obrazka wiły się po welinie delikatne motywy roślin pnących. Tu i tam pączki zamieniały się w kwiaty, a na gałązkach siedziały ptaki. W popołudniowym świetle zdobna złota suknia królowej lśniła na tle połyskującego cynobrowego tła. Na dole strony widać było mężczyznę w czarnej szacie wspartego na tarczy, na której odmalowano herb w kolorach czarnym i srebrnym. Mężczyzna wpatrywał się w królową z wyrazem zachwytu na twarzy, wznosząc błagalnie ręce.
– Nikt w to nie uwierzy. Nieznany egzemplarz Aurora Consurgens, do tego z iluminacjami wykonanymi przez kobietę? – Pokręciłam ze zdumieniem głową. – Jak ja go opiszę?
– Jeśli ci to pomoże, wypożyczę go na rok do Beinecke Library. Oczywiście anonimowo. A jeśli chodzi o tę Bourgot, specjaliści powiedzą, że to prace jej ojca. Ale wszystko to jest jej dziełem. Prawdopodobnie mamy gdzieś kwit potwierdzający odbiór tej książki – powiedział niepewnie Matthew, rozglądając się po pokoju. – Zapytam Ysabeau, gdzie są rzeczy Godfreya.
– Godfreya? – Nieznany herb przedstawiał lilię otoczoną przez węża, który trzymał ogon w paszczy.
– To mój brat. – Jego głos pozbył się niepewności, a twarz pociemniała. – Zmarł w 1668, walcząc w jednej z piekielnych wojen Ludwika XIV. – Zamknął ostrożnie manuskrypt i położył go na pobliskim stole. – Zabiorę go później do mojego gabinetu, żebyś mogła przyjrzeć mu się bliżej. Rano Ysabeau czyta tutaj gazety, ale poza tym ten pokój jest pusty. Możesz przeglądać półki, kiedy tylko zechcesz.
Wygłosiwszy te obiecujące słowa, Matthew poprowadził mnie przez salon do wielkiej sali przy wejściu. Stanęliśmy obok stołu z chińską wazą, po czym objaśnił mi specyfikę pomieszczenia. Pokazał galerię, na której w dawnych czasach występowali minstrele, zamykany otwór w suficie, przez który wylatywał dym, zanim zaczęto budować kominki i kominy, oraz wejście do kanciastej wieży strażniczej wychodzącej na okolicę głównej drogi do zamku. Wspinaczka na nią mogła poczekać do innego dnia.
Matthew poprowadził mnie teraz na dół, na niski parter, na którym znajdowało się mnóstwo spiżarni, piwniczek na wino, kuchni, pomieszczeń dla służby, schowków i kredensów. Z jednej z kuchni wyszła Marthe z rękami ubielonymi po łokcie mąką i podała mi gorącą zawijankę, dopiero co wyjętą z pieca. Chrupałam ją po kawałku, idąc za Matthew, który kroczył korytarzami, wyjaśniając mi, do czego służyły dawniej wszystkie te pomieszczenia, gdzie przechowywano mąkę, gdzie wisiała dziczyzna i robiono sery.
– Przecież wampiry nic nie jedzą – powiedziałam z zakłopotaniem.
– To prawda, ale robili to nasi dzierżawcy. A Marthe uwielbia gotować.
Obiecałam, że dostarczę jej zajęcia. Zawijanka była pyszna, a omlet doskonały.
Następny przystanek zrobiliśmy w ogrodach. Mimo że schodząc do pomieszczeń kuchennych i gospodarczych, pokonaliśmy kondygnację schodów, wyszliśmy z zamku prosto na dziedziniec. Ogrody były jak przeniesione z XVI wieku, podzielone na kwatery pełne ziół i jesiennych warzyw. Na ich obrzeżach rosły różane krzewy, na których tu i ówdzie pozostało jeszcze kilka samotnych kwiatów.
Ale zapach, który mnie intrygował, nie pochodził od roślin. Ruszyłam wprost do długiego niskiego zabudowania.
– Ostrożnie, Diano – zawołał Matthew, krocząc za mną po żwirze. – Baltazar gryzie.
– Który z nich ma na imię Baltazar?
Matthew okrążył wejście do stajni z zaniepokojoną miną.
– Ten ogier tutaj. Chętnie użyje twojego kręgosłupa, żeby się o niego podrapać – odparł przez zaciśnięte usta Matthew. Stałam plecami do wielkiego podkutego ciężkimi podkowami konia, podczas gdy koło moich stóp kręciły się, obwąchując mnie z zainteresowaniem, dwa psy – dog angielski i wilczur alzacki.
– Och, mnie nie ugryzie. – Olbrzymi perszeron pochylił głowę, tak że niemal ocierał się uszami o moje biodro. – A ci dżentelmeni? – spytałam, głaszcząc wilczura po sierści na szyi, podczas gdy dog próbował chwycić w pysk moją dłoń.
– Wilczur ma na imię Fallon, a dog Hector. – Matthew strzelił palcami i oba psy podbiegły do niego, usiadły posłusznie i uniosły głowy, czekając na dalsze instrukcje. – Proszę, odsuń się od tego konia.
– Dlaczego? Wygląda świetnie. – Baltazar najwyraźniej zgadzał się ze mną, bo uderzył kopytem o ziemię i zaczął strzyc uszami, spoglądając hardo na wampira.
– „Jeśli motyl leci do słodkiego światła, które go przyciąga, to tylko dlatego że nie zna niszczącej siły ognia” – mruknął pod nosem Matthew. – Baltazar jest spokojny, dopóki się nie znudzi. Wolałbym, żebyś się odsunęła, zanim rozwali kopnięciem drzwi stajni.
– Denerwujemy waszego pana tak, że zabrał się do recytowania urywków nieznanych wierszy, pisanych przez zwariowanych włoskich zakonników. Jutro wrócę tu z czymś słodkim. – Odwróciłam się i pocałowałam Baltazara w nos. Koń zarżał cicho, przebierając niecierpliwie kopytami.
Matthew próbował ukryć zaskoczenie.
– Rozpoznałaś to?
– Giordano Bruno. „Jeśli spragniony jeleń biegnie do potoku, to tylko dlatego, że nie jest świadom okrutnego łuku, który się nań czai” – zacytowałam dalsze fragmenty. – ”Jeśli jednorożec biegnie do swego schludnego gniazda, to tylko dlatego, że nie widzi sideł, które na niego zastawiono”.
– Znasz dzieła Nolana? – Matthew sięgnął po imię, którego używał sam XVI-wieczny mistyk, gdy mówił o sobie.
Zmrużyłam oczy. Dobry Boże, czyżby on znał nie tylko Machiavellego, ale także Giordana Bruna? Wydawało się, że pociągały go wszystkie dziwne postacie, jakie kiedykolwiek chodziły po świecie.
– Był jednym z pierwszych zwolenników Kopernika, a ja zajmuję się historią nauki. Jak poznałeś dzieła Bruna?
– Bardzo dużo czytałem – odparł wymijająco.
– Znałeś go! – zawołałam z wyrzutem. – Czy on był demonem?
– Obawiam się, że jednym z tych, które zbyt często przekraczają granicę między geniuszem a szaleństwem.
– Powinnam się była tego domyślić. Wierzył w życie pozaziemskie i przeklinał inkwizytorów w drodze na stos – stwierdziłam.
– Mimo wszystko rozumiał potęgę pożądania.
Spojrzałam ostro na wampira.
– „Gna mnie pożądanie, hamuje strach”. Czy powoływałeś się na Bruna w swoim eseju dla All Souls?
– Fragmentarycznie. – Matthew zacisnął surowo usta. – Może już stąd pójdziemy? Innym razem porozmawiamy o filozofii.
Przez głowę przelatywały mi jeszcze inne urywki. W dziełach Giordana Bruna było jeszcze coś, co mogło przyciągnąć uwagę wampira. Pisał o bogini Dianie.