– Mówiłem ci w laboratorium, że nie wiem.
– Byłeś tego pewien w 1859 roku. Uważałeś, że picie krwi może być po prostu dietetycznym zwyczajem, a nie oznaką zróżnicowania.
– Wiesz, ile naukowych odkryć dokonano od czasu Darwina? Naukowiec ma prawo zmieniać swoje poglądy w miarę, jak na światło dzienne wychodzą nowe informacje. – Pociągnął łyk z kieliszka i oparł go na kolanie, obracając nim w różne strony, tak że światło padające z kominka zaczęło igrać w winie. – Poza tym nauka nie potwierdza już w tak oczywisty sposób ludzkich wyobrażeń na temat różnic rasowych. Nowsze badania sugerują, że większość pojęć związanych z rasą jest niczym więcej jak tylko przestarzałą metodą, za pomocą której ludzie wyjaśniali łatwe do zaobserwowania różnice między nimi a innymi istotami.
– Widzę, że naprawdę pochłania cię pytanie o twoje pochodzenie… o pochodzenie nas wszystkich – powiedziałam z namysłem. – Mogłam to dostrzec na każdej stronie książki Darwina.
Matthew przyglądał się winu.
– To jest jedyne pytanie, jakie warto zadawać.
Powiedział to łagodnie, zachowując jednak surowość widoczną w profilu jego twarzy, w jego ostrych rysach i chmurnym czole. Chciałam zrobić coś, co wypogodziłoby jego minę i sprowokowało do uśmiechu, ale siedziałam bez ruchu, przyglądając się odblaskom ognia, które tańczyły na jego białej skórze i ciemnych włosach. Sięgnął znowu po swoją książkę, ujmując ją długimi palcami, podczas gdy kieliszek z winem pozostał w jego drugiej dłoni.
Przez chwilę wpatrywałam się w ciemniejące światło ognia. Gdy zegar na stole wybił siódmą, Matthew odłożył książkę.
– Może zejdziemy do salonu, żeby posiedzieć z Ysabeau przed kolacją?
– Tak – odparłam, unosząc lekko ramiona. – Ale chciałabym się najpierw przebrać. – Moja garderoba nie mogła się równać z garderobą Ysabeau, ale nie chciałam, żeby Matthew poczuł się kompletnie mną zawstydzony. On sam, jak zawsze, mając na sobie parę czarnych wełnianych spodni i świeży egzemplarz z niewyczerpanego zapasu swetrów, wyglądał tak że w każdej chwili mógł się udać na salę konferencyjną lub spacer po Mediolanie. Moje ostatnie kontakty z nim upewniły mnie, że wszystkie jego swetry są kaszmirowe, grube i puszyste.
Wróciwszy na górę, wygrzebałam z mojej torby parę szarych spodni i niebieski sweterek w szafirowym odcieniu z cienkiej wełny ze sztywnym golfowym kołnierzem i szerokimi rękawami. Włosy ułożyły mi się w fale dzięki wcześniejszej kąpieli i temu, że dokończyłam ich suszenia, przyciskając je głową na kanapie.
Spełniwszy minimum warunków dotyczących prezencji, wsunęłam stopy w mokasyny i ruszyłam w dół po schodach. Matthew wyłapał swym czułym słuchem odgłosy mojego stąpania, bo czekał już na mnie na podeście. Na mój widok błysnął oczami, a jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
– Podobasz mi się tak samo w niebieskim i w czarnym. Wyglądasz ślicznie – mruknął, całując mnie sztywno w oba policzki. Poczułam, że napływa do nich krew, gdy uniósł moje włosy znad ramion, pozwalając im opaść między jego długimi białymi palcami. – Pamiętaj, nie daj się wyprowadzić Ysabeau z równowagi, bez względu na to, co będzie mówić.
– Spróbuję – odparłam i zaśmiałam się krótko, posyłając mu niepewne spojrzenie.
Gdy dotarliśmy do salonu, Marthe i Ysabeau już tam były – Jego matka obłożyła się gazetami we wszystkich głównych językach europejskich, wśród których była też jedna po hebrajsku i jedna po arabsku. Natomiast Marthe czytała kieszonkowe wydanie powieści, która miała niesamowitą okładkę i opowiadała o jakimś tajemniczym morderstwie. Jej czarne oczy mknęły wzdłuż drukowanych linijek z godną pozazdroszczenia prędkością.
– Dobry wieczór, maman – powitał ją Matthew, kierując się do Ysabeau, żeby ją pocałować w oba zimne policzki. Kiedy pochylał się nad nią z jednej, a potem z drugiej strony, rozdęła nozdrza i utkwiła gniewne lodowate spojrzenie w moich oczach.
Wiedziałam, czym sobie na nie zasłużyłam. Matthew pachniał tak jak ja.
– Chodź, dziewczyno – powiedziała Marthe, klepiąc leżącą obok niej poduszkę i rzucając Ysabeau ostrzegawcze spojrzenie. Ysabeau zamknęła oczy. Gdy otworzyła je po chwili, nie było już w nich złości, a zamiast niej pojawiło się coś w rodzaju rezygnacji.
– Gab es einen anderen Tod – mruknęła do syna, gdy Matthew sięgnął po „Die Welt” i zaczął przeglądać z niesmakiem nagłówki.
– Gdzie? – spytałam.
Znaleziono następne wykrwawione ciało. Jeśli Ysabeau sądziła, że zwracając się do niego po niemiecku, wyłączy mnie z rozmowy, była w błędzie.
– W Monachium – odparł Matthew, pochylając się nad dziennikiem. – Chryste, czy ktoś się tym wreszcie zajmie?
– Powinniśmy ostrożnie formułować nasze życzenia, Matthew – poradziła Ysabeau, a potem zmieniła nagle temat. – Diano, jak ci się udała konna jazda?
Matthew rzucił matce podejrzliwe spojrzenie znad gazety.
– Było cudownie. Dziękuję za użyczenia mi Rakasy – odparłam, siadając obok Marthe i zmuszając się do spojrzenia w oczy Ysabeau bez mrugnięcia powieką.
– Ona jest zbyt uparta, jak na mój gust – odparła Ysabeau, kierując swoją uwagę znowu na syna, który tymczasem wsadził nos z powrotem w gazetę. – Fiddat jest dużo bardziej posłuszny. W miarę upływu lat dochodzę do wniosku, że jest to godna podziwu zaleta u koni.
A także u synów, przeleciało mi przez głowę.
Marthe uśmiechnęła się do mnie zachęcająco i podniosła się, żeby pomyszkować przy kredensie. Po chwili przyniosła wielki puchar wina dla Ysabeau i dużo mniejszy dla mnie. Wróciła do kredensu i podała jeszcze jeden kielich wampirowi. Matthew pociągnął nosem z uznaniem.
– Dziękuję, maman – powiedział, podnosząc z wdzięcznością swój kielich.
– Hein, nic takiego – odparła Ysabeau, pociągając łyk wina.
– Rzeczywiście. Ale ja bardzo je lubię. Dziękuję za pamięć. – Matthew smakował przez chwilę aromat wina i dopiero potem przełknął pierwszy łyk.
– Czy wszystkie wampiry są takimi amatorami wina jak ty? – spytałam go, wciągając nosem ostry zapach trunku. – Popijasz je przez cały czas, a nigdy nie jesteś ani trochę podchmielony.
Matthew się roześmiał.
– Większość wampirów lubi je dużo bardziej niż ja. A co do upijania się, nasza rodzina była zawsze znana ze swej godnej podziwu wstrzemięźliwości, nieprawda, maman?
Ysabeau prychnęła w sposób najbardziej niegodny prawdziwej damy.
– Tak, czasami. Być może z szacunku dla wina.
– Powinna pani zostać dyplomatką, Ysabeau. Ma pani zawsze pod ręką jakąś zręczną odpowiedź – powiedziałam.
Matthew wybuchnął śmiechem.
– Dieu, nigdy nie myślałem, że przyjdzie dzień, w którym ktoś przypisze mojej matce dyplomatyczne talenty. Zwłaszcza przy jej ciętym języku. Ysabeau była zawsze dużo lepsza w dyplomacji miecza.
Marthe parsknęła na znak, że zgadza się z jego zdaniem.
Ysabeau i ja spojrzałyśmy na niego z oburzeniem, co zachęciło go tylko, żeby ryknąć znowu śmiechem.
Atmosfera przy kolacji była znacznie cieplejsza niż poprzedniego wieczoru. Matthew zasiadł na głównym miejscu, po jego lewej stronie usiadła Ysabeau, a po prawej ja. Marthe wędrowała bezustannie między kuchnią, kominkiem i stołem, przysiadając od czasu do czasu, żeby wypić łyk wina i wtrącić coś do rozmowy.
Krążyły talerze pełne najróżniejszych potraw – od zupy grzybowej po przepiórki i cienkie płatki wołowiny. Wyraziłam głośno zdziwienie, że ktoś, kto nie jada już gotowanego jedzenia, tak zręcznie je przyprawia. Marthe zaczerwieniła się i uśmiechnęła, okładając kuksańcami wampira, gdy zaczął on opowiadać o jej najbardziej spektakularnych kulinarnych porażkach.