Выбрать главу

– Pamiętasz pasztet z żywym gołębiem? – spytał, rechocząc. – Nikt nie wspomniał o tym, że przed upieczeniem trzymałaś te ptaki bez jedzenia przez dwadzieścia cztery godziny, bo inaczej środek zamieniłby się w sadzawkę dla kaczek. – Marthe nagrodziła go za tę historyjkę ostrym pacnięciem głowę.

– Matthew – upomniała go Ysabeau, ocierając łzy z oczu, gdy przestała już zanosić się od śmiechu – nie powinieneś dręczyć Marthe. W ciągu tych wszystkich lat i tobie przydarzyła się niejedna katastrofa.

– A ja je wszystkie widziałam – oświadczyła Marthe, podając sałatkę. W ciągu ostatniej godziny jej angielski znacznie się poprawił, gdy przechodziła na ten język, stojąc przede mną. Odeszła do kredensu i wyjęła wazę z orzechami, a potem postawiła ją między Ysabeau a jej synem. – Przypomnij sobie, jak to wpadłeś na pomysł, żeby łapać wodę na dachu, i zalałeś zamek, to raz – powiedziała, odliczając na palcach. – Jak zapomniałeś zebrać podatki, to dwa. Była wiosna, a ty byłeś znudzony, więc pewnego ranka podniosłeś się z łóżka i najechałeś zbrojnie Włochy. Twój ojciec musiał na kolanach błagać króla o przebaczenie. A potem był Nowy Jork! – wykrzyknęła triumfująco.

Troje wampirów nadal przywoływało wspomnienia. Jednak żadne z nich nie wspomniało o przeszłości Ysabeau. Gdy tylko pojawiało się coś, co dotykało jej osoby albo ojca lub siostry Matthew, rozmowa zbaczała z wdziękiem ku innym sprawom. Zauważyłam to i zaczęłam się zastanawiać nad powodami tego zjawiska, ale o nic nie pytałam. Byłam zadowolona, że wieczór przebiega zgodnie z ich życzeniami i dziwnie podniesiona na duchu, że znowu należę do rodziny – choćby nawet była to rodzina wampirów.

Po kolacji wróciliśmy do salonu, gdzie palił się większy i bardziej okazały ogień niż przedtem. Kominy zamku nagrzewały się z każdym polanem rzuconym do paleniska. Płomienie buchały większym żarem, dzięki czemu w komnacie było niemal ciepło. Matthew dopilnował, żeby Ysabeau poczuła się przyjemnie, podając jej następny kieliszek wina, a potem zaczął się bawić stojącym obok odtwarzaczem stereo. Mnie natomiast Marthe zaparzyła herbatę i wcisnęła mi spodek z filiżanką.

– Pij – powiedziała, spoglądając na mnie uważnie. Także Ysabeau przypatrywała mi się, gdy zaczęłam pociągać łyki pachnącego napoju, a potem posłała Marthe długie spojrzenie. – Będziesz lepiej spać.

– Sama przygotowałaś tę mieszankę? – Herbata miała smak ziół i kwiatów. Nie lubiłam napojów ziołowych, ale ten był orzeźwiający i lekko gorzkawy.

– Tak – odpowiedziała, odwracając głowę w kierunku wpatrującej się w nią Ysabeau. – Przyrządzam ją od dawna. Nauczyła mnie tego moja matka. Mogę nauczyć i ciebie.

Pokój wypełnił się dźwiękami tanecznej muzyki, żywej i rytmicznej. Matthew odsunął nieco krzesła przy kominku, odsłaniając trochę miejsca na podłodze.

– Vóles danęar ambieu? – zapytał matkę, wyciągając obie ręce.

Ysabeau rozjaśniła się w promiennym uśmiechu, który zamienił ostre, zimne rysy jej twarzy w coś nieopisanie pięknego.

– Óc - odparła, podając mu swoje małe dłonie. Stanęli oboje przed ogniem, czekając na początek następnej piosenki.

Gdy Matthew i jego matka zaczęli tańczyć, w porównaniu z nimi Astaire i Rogers musieliby wyglądać niezdarnie. Ich ciała zbliżały się i oddalały, zataczały oddzielnie koła, a potem pochylały i obracały. Jego najlżejsze dotknięcie sprawiało, że Ysabeau zaczynała wirować, a jej najmniejsze zafalowanie lub zawahanie wywoływało u niego odpowiednią reakcję.

Dokładnie w chwili, gdy muzyka dobiegła końca, Ysabeau przysiadła we wdzięcznym dworskim ukłonie, a Matthew pochylił się przed nią.

– Co to było? – zapytałam.

– Zaczęło się jak tarantella – wyjaśnił Matthew, odprowadzając matkę na miejsce – ale mamon nigdy nie zadowala się jednym tańcem. W środku były więc elementy volty, a zakończyliśmy menuetem, prawda? – Ysabeau skinęła potakująco głową i wyciągnęła rękę, żeby poklepać go po policzku.

– Zawsze byłeś dobrym tancerzem – powiedziała z dumą.

– Ach, ale nie dorównuję tobie… a z pewnością ojcu – odparł Matthew, sadowiąc ją na krześle. Oczy Ysabeau pociemniały, a przez jej twarz przeleciał cień przejmującego smutku. Matthew uniósł jej dłoń do ust i musnął ją wargami. Ysabeau zdobyła się w odpowiedzi na niewyraźny uśmiech.

– Teraz twoja kolej – powiedział Matthew, podchodząc do mnie.

– Och, Matthew, nie lubię tańczyć – zaprotestowałam, unosząc ręce w obronnym geście.

– Trudno mi w to uwierzyć – odparł, a potem ujął lewą ręką moją prawą dłoń i przyciągnął mnie do siebie. – Potrafisz wyginać się w nieprawdopodobne pozy, śmigasz po wodzie w łódce wąskiej jak piórko i galopujesz na koniu jak wiatr. Taniec powinien być twoją drugą naturą.

Zabrzmiał następny utwór, przypominał melodie, które mogły być popularne w paryskich salach dansingowych w latach dwudziestych. Pokój wypełniły dźwięki trąbki i bębna.

– Matthew, obchodź się z nią ostrożnie – ostrzegła go Ysabeau, gdy pociągnął mnie po małym parkiecie.

– Ona się nie rozpadnie, maman. – Matthew rozpoczął taniec pomimo moich najlepszych wysiłków, żeby podstawić mu nogę przy każdej okazji. Ujął mnie prawą ręką w pasie i zaczął prowadzić delikatnie, narzucając mi właściwe kroki.

Żeby go w tym wspomóc, zaczęłam śledzić ruchy moich nóg, ale to tylko pogarszało sprawę. Zesztywniały mi plecy i Matthew objął mnie mocniej.

– Rozluźnij się – szepnął mi do ucha. – Starasz się prowadzić. Twoja rola polega na tym, żeby iść za mną.

– Nie mogę – szepnęłam w odpowiedzi, ściskając jego ramię, jakby było kołem ratunkowym.

Matthew zrobił kolejny obrót.

– Możesz, z całą pewnością. Zamknij oczy, przestań o tym myśleć, a ja zajmę się resztą.

Zamknięta w jego ramionach, z łatwością zastosowałam się do jego poleceń. Gdy przestały mnie atakować ze wszystkich stron wirujące kształty i barwy pomieszczenia, mogłam się odprężyć i przestać martwić tym, że za chwilę się wywrócimy. Stopniowo ruchy naszych ciał w mroku stały się przyjemne. Prędko zdołałam skupić się nie na tym, co robiłam sama, ale na tym, co jego nogi i ręce mi mówiły mi o jego następnych ruchach. Przypominało to szybowanie.

– Matthew. – W głosie Ysabeau pobrzmiewała nuta niepokoju. – Le chatoiement.

– Wiem – mruknął w odpowiedzi. Mięśnie moich ramion spięły się ze strachu. – Zaufaj mi – powiedział mi spokojnie do ucha. – Trzymam cię.

Westchnęłam z zadowoleniem, mając nadal mocno zamknięte oczy. Wirowaliśmy razem w dalszym ciągu. Matthew uwolnił mnie delikatnie, pozwalając mi odsunąć się na odległość koniuszków jego palców, a potem pociągnął mnie znowu do siebie. Znieruchomiałam, przyciskając mocno plecy do jego piersi. Muzyka dobiegła końca.

– Otwórz oczy – poprosił cicho.

Uniosłam powoli powieki. Pozostało mi poczucie szybowania. Taniec okazał się przyjemniejszy, niż tego oczekiwałam – przynajmniej z partnerem, który tańczył przez przeszło tysiąc lat i nigdy nie nadeptywał partnerce na palce u nóg.

Odwróciłam głowę, żeby mu podziękować, ale jego twarz była bliżej, niż się spodziewałam.

– Popatrz w dół – powiedział Matthew.

Pochyliłam głowę i zobaczyłam, że palce moich nóg wiszą kilka centymetrów nad podłogą. Matthew puścił mnie całkowicie. Nie podtrzymywał mnie już.