– Jesteście tam jeszcze? – zapytałam.
– Więc kto cię tak wyprowadził z równowagi? – spytała Sarah.
Ponieważ obie były czarownicami, nie było sensu niczego przed nimi ukrywać.
– Spotkałam w bibliotece wampira. Nie widziałam go nigdy przedtem, nazywa się Matthew Clairmont.
Em zamilkła na moment, przetrząsając zakamarki pamięci w poszukiwaniu znanych istot. Sarah milczała przez chwilę, zastanawiając się, czy ma wybuchnąć, czy nie.
– Mam nadzieję, że pozbędziesz się go łatwiej niż tych demonów, które masz zwyczaj przyciągać do siebie – stwierdziła ostro.
– Demony nie nachodzą mnie od czasu, jak zarzuciłam występy na scenie.
– Jak to, był przecież demon, który nachodził cię w bibliotece Beinecke, kiedy zaczęłaś pracować w Yale – przypomniała Em. – Kręcił się po ulicy i rozglądał się za tobą.
– On był niezrównoważony psychicznie – zaprotestowałam. Podobnie jak sięganie po magię przy awarii zmywarki, także i to, że jakimś cudem przyciągnęłam uwagę jednego jedynego, ciekawskiego demona, nie świadczyło przeciwko mnie.
– Przyciągasz inne stworzenia tak, jak kwiaty przyciągają pszczoły, Diano. Ale demony nie są nawet w połowie tak groźne, jak wampiry. Trzymaj się z dala od niego – oświadczyła z naciskiem Sarah.
– Nie mam powodu, żeby za nim tęsknić. – Moje dłonie znowu powędrowały w okolicę szyi. – Nic nas nie łączy.
– Nie o to chodzi – odparła Sarah, podnosząc głos. – Czarownicom nie wolno wchodzić w żadne układy z wampirami i demonami. Wiesz o tym. Gdybyśmy to robiły, ludzie mogliby nas łatwiej zdemaskować. Żaden wampir ani demon nie jest wart takiego ryzyka. – Jedynymi istotami, jakie Sarah traktowała poważnie, były inne czarownice i czarodzieje. Ludzi postrzegała jako nieszczęsne małe żyjątka, ślepe na otaczający je świat. Demony pozostawały na zawsze nastolatkami, którym nie można było ufać. W jej hierarchii wampiry znajdowały się znacznie poniżej kotów i co najmniej o jeden stopień poniżej psich mieszańców.
– Już mi mówiłaś o zasadach, Sarah.
– Nie wszyscy ich przestrzegają, kochanie – zauważyła Em. – Czego chciał?
– Powiedział, że interesują go moje prace badawcze. Ale specjalizuje się w naukach ścisłych, więc trudno w to uwierzyć. – Moje palce zaczęły się bawić kołdrą na łóżku. – Zaprosił mnie na kolację.
– Na kolację? – zapytała z niedowierzaniem Sarah. Em roześmiała się tylko.
– W restauracyjnym menu niewiele jest rzeczy, które przypadłyby do gustu wampirowi.
– Jestem pewna, że więcej go nie spotkam. Z informacji na jego wizytówce wynika, że prowadzi trzy laboratoria i pracuje na dwóch wydziałach.
– Typowe – mruknęła Sarah. – Tak to jest, kiedy masz za dużo czasu dla siebie. I przestań wreszcie dziobać tę kołdrę, bo zrobisz w niej dziurę. – Wyczuliła swój wiedźmi radar i teraz nie tylko mnie słyszała, ale także widziała.
– Nie wygląda na to, żeby okradał starsze panie i trwonił cudze majątki na giełdzie – odcięłam się. Wampiry miały opinię bajecznie bogatych stworzeń, a pieniądze były słabym punktem Sarah. – Jest biochemikiem i lekarzem jakiejś specjalności, który interesuje się mózgiem.
– Jestem pewna, że to fascynujące rzeczy, ale czego chciał? – Niecierpliwość Sarah dorównała mojemu poirytowaniu. Klasyczna wymiana ciosów, w której wszystkie kobiety z rodu Bishopów były mistrzyniami.
– Nie chodziło mu o kolację – odezwała się pewnym siebie tonem Em.
– Ale czegoś chciał – prychnęła Sarah. – Wampiry nie flirtują z czarownicami. Chyba że chciał mieć na kolację ciebie, oczywiście. Nic nie smakuje im tak jak krew czarownicy.
– Może był tylko ciekawy lub rzeczywiście podobają mu się twoje prace. – Em powiedziała to z takim zwątpieniem w głosie, że musiałam się roześmiać.
– Nie musiałybyśmy w ogóle o tym rozmawiać, gdybyś zachowała elementarną ostrożność – rzuciła kwaśnym tonem Sarah. – Jakiś ochronny urok, wykorzystanie twojego daru jasnowidzenia albo…
– Nie muszę sięgać po magię i czary, żeby się domyślić, dlaczego jakiś wampir zaprasza mnie na kolację – odparłam stanowczo. – I nie będę dłużej dyskutować na ten temat.
– W takim razie nie dzwoń do nas i nie szukaj odpowiedzi, jeśli nie chcesz ich wysłuchać – odparła Sarah, gotowa wybuchnąć w każdej chwili. Odłożyła słuchawkę, zanim zdążyłam wymyślić jakąkolwiek ripostę.
– Wiesz, Sarah martwi się o ciebie – odezwała się usprawiedliwiająco Em. – No i nie rozumie, dlaczego nie chcesz korzystać ze swoich umiejętności, choćby dla własnej ochrony.
Ponieważ te umiejętności potrącają różne struny gdzieś głęboko we mnie. Już to wyjaśniałam. Mam to przećwiczone.
– To śliska sprawa, Em. Dziś osłonię się przed wampirem w bibliotece, a jutro zabezpieczę się przed trudnym pytaniem na wykładzie. Niedługo zacznę wybierać tematy do badań, wiedząc, jak się to skończy, i składać wnioski o granty, co do których będę pewna, że je otrzymam. Ważne, żebym zdobyła dobrą reputację, opierając się na własnej pracy. Jeśli zacznę korzystać z magii, nic nie będzie zależało ode mnie w całości. Nie chcę być kolejną wiedźmą w rodzinie Bishopów. – Otworzyłam już usta, żeby powiedzieć Em o manuskrypcie Ashmole 782, ale coś mnie tknęło i się powstrzymałam.
– Wiem, wiem, kochana – powiedziała uspokajająco Em. – Rozumiem cię. Ale Sarah nie przestaje martwić się o twoje bezpieczeństwo. Jesteś teraz całą jej rodziną.
Przeczesałam palcami włosy i oparłam dłoń na skroni. Tego rodzaju rozmowy zawsze prowadziły do mojej matki i ojca. Zawahałam się, nie mając wielkiej ochoty na wspominanie o kłopocie, który nie dawał mi spokoju.
– O co chodzi? – zapytała Em, wyczuwając szóstym zmysłem, że coś jest nie tak.
– Znał moje nazwisko. Nie spotkałam go nigdy przedtem, ale wiedział, kim jestem.
Em zaczęła rozważać różne możliwości.
– Na okładce twojej ostatniej książki jest twoje zdjęcie, prawda?
Odetchnęłam z cichym sapnięciem, nieświadoma tego, że wstrzymałam oddech.
– Tak. To musi być to. Jestem po prostu głupia. Możesz przekazać Sarah całusa ode mnie?
– Jasne. Ale wiesz co, Diano? Bądź ostrożna. Nie można wykluczyć, że angielskie wampiry nie obchodzą się z czarownicami tak dobrze jak amerykańskie.
Uśmiechnęłam się, myśląc o ceremonialnym ukłonie Matthew Clairmonta.
– Postaram się. Nie bój się o mnie. Prawdopodobnie więcej go nie zobaczę.
Em się nie odezwała.
– Em? – rzuciłam pytająco.
– Czas pokaże. – Em przewidywała przyszłość równie dobrze, jak moja matka, ale tym razem coś jej przeszkadzało. Było niemal niemożliwością przekonać czarownicę, żeby podzieliła się niejasnym przeczuciem. Em nie zwierzyłaby mi się, co ją niepokoi w związku z Matthew Clairmontem. Jeszcze nie teraz.
ROZDZIAŁ 3
Wampir siedział w cieniu na zakrzywionym występie mostka nad New College Lane łączącego dwie części Hertford College. Oparł się plecami o wytarte kamienie jednego z nowszych budynków college'u, trzymając stopy na daszku.
Pojawiła się czarownica, która zaskakująco pewnie kroczyła po nierównych kamieniach chodnika koło Biblioteki Bodlejańskiej. Przyspieszając kroku, przeszła pod miejscem, w którym się zaczaił. Była wyraźnie zdenerwowana i dzięki temu wyglądała młodziej niż w rzeczywistości i jeszcze bardziej bezbronnie.
Więc to jest ta wspaniała historyczka, pomyślał drwiąco, przebiegając w myśli jej życiorys. Kiedy po raz pierwszy spojrzał na jej zdjęcie, przypuszczał, że jest starsza. Wskazywały na to jej zawodowe osiągnięcia.
Mimo wyraźnego podenerwowania Diana Bishop trzymała się prosto, nie pochylając mocnych ramion. Być może nie da się zastraszyć tak łatwo, jak się tego spodziewał. Wskazywało na to również jej zachowanie w bibliotece. Patrzyła mu prosto w oczy bez cienia strachu, jaki Matthew dostrzegał zawsze u osób, które nie były wampirami, a nawet u wielu wampirów. A przecież na strachu opierał swoje nadzieje.
Gdy skręciła na rogu, Matthew zaczął się skradać wzdłuż krzywizny mostka, aż dotarł do ściany New College. Cicho ześliznął się na dół. Znał układ uczelni i domyślał się, gdzie może mieszkać. Gdy ruszyła w górę po schodach, krył się już w wejściu położonym naprzeciwko jej klatki schodowej.
Wodził za nią spojrzeniem, gdy kręciła się po apartamencie, zapalając światła. Podeszła do okna w kuchni, otworzyła je szeroko i znikła. To oszczędzi mi wyłamywania okna czy majstrowania przy zamku w drzwiach, pomyślał.
Przekradł się przez otwartą przestrzeń i zaczął się wspinać po ścianie budynku. Jego stopy i dłonie znajdowały pewne oparcia i chwyty w szparach starej zaprawy murarskiej. Wykorzystał też miedzianą rynnę i mocne gałęzie winorośli. Z miejsca, do którego dotarł, odróżniał już charakterystyczny zapach czarownicy i słyszał szelest przewracanych kartek. Wyciągnął szyję, żeby zajrzeć do środka.
Diana Bishop czytała. Przyszło mu na myśl, że jej twarz wygląda inaczej, gdy kobieta jest odprężona. Robiła wrażenie, jakby skóra mocno opinała kości. Powoli pochyliła głowę i oparła ją na poduszkach, wzdychając cicho z wyczerpania. Niebawem jej regularny oddech powiedział mu, że śpi.
Prześliznął się wzdłuż ściany i przesunął stopy przez kuchenne okno czarownicy. Już od bardzo dawna nie zakradał się do mieszkania kobiety. Ale i w tamtych czasach robił to rzadko i zazwyczaj tylko wtedy, gdy znalazł się w szponach oczarowania. Tym razem powód był odmienny. Jednak gdyby ktoś go przyłapał, miałby dużo kłopotu z wyjaśnieniem, co go do tego popchnęło.
Chciał się upewnić, czy Ashmole 782 znajduje się nadal w posiadaniu doktor Bishop. Nie mógł dokładnie przeszukać jej stołu w bibliotece, ale krótkie spojrzenie powiedziało mu, że nie ma go wśród manuskryptów, jakie dzisiaj przeglądała. Mimo wszystko trudno było przyjąć, że czarownica z rodu Bishopów pozwoli, aby ta księga wyśliznęła się z jej rąk. Stąpając bezgłośnie, obszedł małe mieszkanie. Manuskryptu nie było w łazience ani w sypialni. Skradając się, przeszedł cicho obok sofy, na której spała.
Powieki czarownicy drżały, tak jakby oglądała film dostępny tylko jej oczom. Zacisnęła w pięść dłoń i co pewien czas wykonywała dziwne taneczne ruchy nogami. Ale na jej twarzy malowała się pogoda, niezakłócona tym, czemu oddawała się reszta jej ciała.
Coś się tu nie zgadzało. Wyczuł to już w pierwszej chwili, gdy zobaczył tę Bishop w bibliotece. Wampir skrzyżował ręce i zaczął się jej przyglądać, wciąż jednak nie mógł dojść, co to mogło być. Ta czarownica nie pachniała jak inne – lulkiem czarnym, siarką i szałwią. Ona coś ukrywa, pomyślał. Coś więcej niż tylko zaginiony manuskrypt.
Odwrócił się i rozejrzał za stołem, który służył czarownicy za biurko. Łatwo go było odróżnić – był zawalony książkami i papierami. Było to miejsce, na którym najprawdopodobniej mogła położyć wyniesiony ukradkiem manuskrypt. Zrobił krok w jego stronę i stanął jak wryty, wyczuwając elektryczność.
Z ciała Diany, z zakamarków i porów jej skóry sączyło się światło. Było niebieskawe, ale o tak bladym odcieniu, że przechodziło niemal w biel. Utworzyło najpierw obłoczek podobny do całunu, który na kilka chwil okrył ją całą. Przez moment wydawało się, że jej ciało lśni. Matthew pokręcił z niedowierzaniem głową. Już od stuleci nie oglądał czarownicy, która emanowałaby tego rodzaju promieniowaniem.
Ale wampir miał na głowie inne, pilniejsze sprawy, toteż wrócił do poszukiwania manuskryptu, przerzucając pospiesznie przedmioty na stole. Zawiedziony przeczesał palcami włosy. Wszędzie unosił się zapach czarownicy, rozpraszając jego uwagę. Jego oczy skupiły się znowu na sofie. Spoczywająca na niej kobieta kręciła się, unosząc kolana do piersi. Jej ciało zaczęło znowu migotać, emanując światło, które po chwili znikło.
Matthew zmarszczył brwi zdziwiony niezgodnością między tym, co podsłuchał wczoraj wieczorem, a widokiem, jaki miał przed oczami. Dwie czarownice rozmawiały o manuskrypcie Ashmole 782 i czarownicy, która go zamówiła. Jedna z nich sugerowała, że amerykańska badaczka nie sięgnęła po swoje magiczne talenty. Ale Matthew zauważył te talenty w bibliotece, a teraz przyglądał się, jak emanują z niej z najbardziej oczywistą intensywnością. Podejrzewał, że wykorzystuje magię także w swojej pracy naukowej. Wielu ludzi, o których pisała, było jego przyjaciółmi – Cornelius Drebbel, Andreas Libavius, Isaac Newton. Doskonale uchwyciła ich niecodzienne rysy charakteru i obsesje. Bo i jak współczesna kobieta mogła zrozumieć ludzi, którzy żyli tak dawno temu, jeśli nie używali magii? Przemknęło mu przez głowę, czy ta pani doktor zdołałaby z taką samą niezrównaną dokładnością przeniknąć i zrozumieć także jego.
Zegar wybił trzecią, przyprawiając go o wzdrygnięcie. Poczuł suchość w gardle. Zdał sobie sprawę, że od kilku godzin stoi bez ruchu, przyglądając się śpiącej czarownicy, którą przenikały przypływy i odpływy zaklętych w niej mocy. Przez chwilę zastanawiał się, czyby nie zaspokoić jej krwią dręczącego go łaknienia. Jej smak mógł mu wyjawić miejsce ukrycia zaginionego woluminu i odkryć przed nim sekrety tej wiedźmy. Ale powstrzymał się od tego. Chciał położyć rękę na manuskrypcie Ashmole 782 i jedynie z tego powodu przeciągnął swoją wizytę u zagadkowej Diany Bishop.
Jeśli manuskryptu nie było w jej mieszkaniu, to musiał znajdować się nadal w bibliotece.
Wymknął się do kuchni, wyśliznął przez okno i rozpłynął w nocnym mroku.