Na następnej stronie znajdowała się druga unikatowa ilustracja, która towarzyszyła słowom wypowiadanym przez zasadę męską, złotego Króla Słońce. Włoski stanęły mi dęba, gdy zobaczyłam przedstawiony przez Bourgot ciężki kamienny sarkofag, którego pokrywa uchylona była na tyle, aby można było zobaczyć leżącą w środku złotą postać. Oczy króla były pogodnie przymknięte, a na jego twarzy malowała się nadzieja, tak jakby śnił o swoim wybawieniu. Wstanę teraz i pójdę przez miasto. Będę szukał na jego ulicach na małżonkę czystej niewiasty – czytałam – o pięknym obliczu, jeszcze piękniejszym ciele i najpiękniejszych szatach. Ona odsunie kamień z wejścia do mego grobu i da mi skrzydła gołębicy, żebym mógł wzlecieć z nią do nieba i żyć wiecznie, zażywając spoczynku. Ustęp ten przypomniał mi ampułkę z Betanii w postaci maleńkiej srebrnej trumny Łazarza. Sięgnęłam po Biblię.
– Ewangelia świętego Marka, rozdział szesnasty, wers trzeci; Psalm Pięćdziesiąty Piąty i Piąta Księga Mojżeszowa rozdział trzydziesty drugi, wiersz czterdziesty. – Panującą w pokoju ciszę przeciął głos wampira, wymieniając źródłowe odniesienia niczym automat z biblijnymi cytatami.
– Skąd wiedziałeś, co czytam? – Odwróciłam się na krześle, żeby lepiej go widzieć.
– Poruszałaś wargami – odparł, wpatrując się nieustannie w ekran swojego komputera i przebierając palcami po klawiaturze.
Zacisnęłam usta i wróciłam do manuskryptu. Jego autor wykorzystał biblijne ustępy, które pasowały do alchemicznej opowieści o śmierci i stworzeniu, parafrazując je i łącząc. Sięgnęłam po Biblię. Czarną skórę jej oprawy zdobił złoty krzyż. Otworzyłam ją na Ewangelii według świętego Marka i przebiegłam wzrokiem rozdział szesnasty. Pod oznaczeniem „16,3” znalazłam słowa: I mówiły do siebie: któż nam odwali kamień od drzwi grobu?
– Znalazłaś? – spytał łagodnym tonem Matthew.
– Tak.
– To dobrze.
W pokoju ponownie zapadła cisza.
– Gdzie znajdę odniesienie do gwiazdy zarannej? – Czasami moje pogańskie wychowanie narażało mnie na poważne zawodowe kłopoty.
– Objawienie rozdział drugi, wiersz dwudziesty ósmy.
– Dziękuję.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Od drugiego biurka popłynął stłumiony śmiech. Nie zareagowałam i pochyliłam głowę nad manuskryptem.
Po dwóch godzinach czytania drobnego, ręcznego gotyckiego pisma i szukania odpowiednich biblijnych ustępów byłam bardziej niż gotowa do konnej przejażdżki. W tym momencie Matthew zaproponował, żebyśmy zrobili przerwę. Obiecał, że opowie mi podczas lunchu, jak poznał XVII-wiecznego fizjologa Williama Harveya. Miała to być dodatkowa premia.
– Ale to nie jest specjalnie interesujące – zauważył Matthew.
– Może nie dla ciebie. Ale dla historyka nauki? To dla mnie najlepszy sposób, żebym mogła poznać bliżej człowieka, który odkrył, że serce jest pompą.
Od przyjazdu do Sept-Tours nie widzieliśmy słońca, ale żadne z nas tego nie żałowało. Wydawało się, że Matthew jest bardziej odprężony, a ja byłam zaskoczona tym, że przebywanie poza Oksfordem sprawia mi przyjemność. Groźby Gillian, zdjęcie rodziców, nawet Peter Knox, wszystko to oddalało się z każdą mijającą godziną.
Gdy wyszliśmy do ogrodu, Matthew opowiadał z ożywieniem o problemie w swojej pracy, który dotyczył brakującego pasemka czegoś, co powinno znajdować się w próbce krwi, ale go nie było. Aby wyjaśnić bliżej, o co chodzi, narysował w powietrzu chromosom, wskazując na wadliwy obszar, a ja potakiwałam głową, mimo że sprawa pozostała dla mnie tajemnicza. Słowa nadal płynęły z jego ust, otoczył nawet ręką moje ramiona i przyciągnął mnie do siebie.
Obeszliśmy linię żywopłotów. Za bramą, przez którą przejeżdżaliśmy wczoraj konno, stał ubrany na czarno mężczyzna. Opierał się o drzewo kasztanowe z elegancją lamparta na czatach, co wskazywało, że jest wampirem.
Matthew stanął przede mną.
Mężczyzna oderwał się z wdziękiem od chropowatego pnia drzewa i ruszył w naszym kierunku. Na to, że jest wampirem, wskazywały jego blada cera i ogromne ciemne oczy podkreślone przez czarną skórzaną kurtkę, dżinsy i wysokie buty. Zdawał się nie przejmować tym, że ktoś mógłby odkryć jego odmienność. Jego wilcza mina była jedyną niedoskonałością w skądinąd anielskiej twarzy, odznaczającej się regularnymi rysami i okolonej ciemnymi włosami, których faliste sploty opadały mu nisko na kołnierz. Był niższy i bardziej smukły niż Matthew, ale emanowała z niego siła. Jego spojrzenie sięgnęło lodowatym chłodem głęboko pod moją skórę, aby rozlać się tam jak kleks.
– Witaj, Domenico. – Matthew powiedział to spokojnie, choć bardziej podniesionym głosem niż zazwyczaj.
– Witam cię. – Wampir posłał mu spojrzenie pełne nienawiści.
– Nie widzieliśmy się od lat. – Obojętny ton Clairmonta mógł sugerować, że w nagłym pojawieniu się wampira nie było nic niezwykłego.
Domenico się zamyślił.
– Kiedy to było? W Ferrarze? Obaj walczyliśmy przeciwko papieżowi, choć, jak pamiętam, z różnych powodów. Ja próbowałem uratować Wenecję. Ty starałeś się ratować templariuszy.
Matthew skinął powoli głową, nie odrywając wzroku od wampira.
– Chyba masz słuszność.
– A potem, mój przyjacielu, wydawało mi się, żeś zniknął. Przeżyliśmy razem tyle młodzieńczych przygód na morzach i w Ziemi Świętej. Taki wampir jak ty zawsze mógł znaleźć w Wenecji mnóstwo rozrywek. – Domenico pokręcił głową z widocznym smutkiem. Wampir w bramie pałacu wyglądał na wenecjanina lub na jakąś grzeszną krzyżówkę anioła z diabłem. – Dlaczego nie wpadłeś, żeby mnie odwiedzić w drodze z Francji do któregoś z twoich ulubionych miejsc?
– Jeśli obraziłem cię w ten sposób, Domenico, to z pewnością zrobiłem to zbyt dawno, żeby mogło to mieć dla nas obecnie jakiekolwiek znaczenie.
– Być może, ale jedno nie zmieniło się przez te wszystkie lata. Gdy tylko dochodzi do kryzysowej sytuacji, w pobliżu jest jakiś de Clermont. – Domenico odwrócił się do mnie i na jego twarzy pojawił się cień pożądania. – To musi być ta czarownica, o której tyle słyszałem.
– Diano, wracaj do domu – rzucił ostro Matthew. Wyczuwałam oczywiste zagrożenie, ale zawahałam się, nie chcąc zostawić go samego.
– Idź – powtórzył Matthew ostrym jak szpada tonem. Nasz gość dojrzał coś ponad moim ramieniem i się uśmiechnął. Poczułam za plecami lodowaty powiew, a mojego ramienia dotknęła zimna i twarda ręka.
– Domenico – zabrzmiał dźwięczny głos Ysabeau. – Cóż za nieoczekiwana wizyta.
Domenico ukłonił się sztywno.
– Droga pani, to prawdziwa przyjemność ujrzeć ją w tak dobrym zdrowiu. Co pani powiedziało, że tu jestem?
– Wyczułam cię nosem – odparła pogardliwym tonem Ysabeau. – Przybyłeś tu, do mojego domu, nieproszony. Co by powiedziała twoja matka, gdyby się dowiedziała, że zachowałeś się w taki sposób?
– Gdyby moja matka jeszcze żyła, moglibyśmy zapytać ją o to – powiedział z ledwie ukrywaną wściekłością Domenico.
– Maman, zabierz Dianę do domu.
– Oczywiście, Matthew. Zostawimy was samych, żebyście mogli porozmawiać. – Ysabeau odwróciła się, pociągając mnie za sobą.