Выбрать главу

„SPRAWIEDLIWOŚCI STAŁO SIĘ ZADOŚĆ".

Ze zdumieniem przebiegła wzrokiem ów artykuł. Dowiedziała się, że Mike'owi udało się skontaktować z Conem Dawlishem, który wrócił do Anglii w pełni sił. Staruszek dokonał cudów: rozgryzł nie tylko komputerowe matactwa Hugha Severhama, ale i dotarł do jego kont w szwajcarskich bankach, gdzie ulokowane były skradzione pieniądze. Mike, uzbrojony w takie dowody, udał się do prokuratora i doprowadził do aresztowania Severhama.

Był więc teraz wolnym człowiekiem. Na zdjęciu stał uśmiechnięty, obejmując wpół z jednej strony Cona, z drugiej Lois. Ta ostatnia patrzyła na niego z uwielbieniem. „Wyszłam za mąż w chwili słabości – cytowano jej słowa – ale moje serce zawsze należało do Mike'a."

Gdy Kirsty dotarła do domu, usiadła i przeczytała dokładnie cały artykuł. Na dalszych stronach znalazła pełną historię oszustwa, za sprawą którego z sejfów New World Properties zniknęło trzydzieści milionów funtów. Kirsty zamarła z wrażenia, gdy zobaczyła tę sumę. Trzydzieści milionów! Mike powiedział jej tylko, że chodziło o wielkie pieniądze, a ona wyobraziła sobie, że mogło to być jakieś sto tysięcy, co dla niej i tak byłoby sporym majątkiem. Dla Mike'a taka suma stanowiłaby -jak widać – grosze.

Teraz zorientowała się, jaka była naiwna. Mike poruszał się w zupełnie innym świecie niż ona. Pomyślała o zmarzniętym chucherku, które uratowała od śmierci, i próbowała połączyć ten obraz ze zdjęciem mężczyzny w drogim, szytym na miarę garniturze. Wmawiała sobie, że jest przecież zadowolona z pomyślnego obrotu spraw, ale w sercu czuła ból.

Kiedyś mogła mieć nadzieję, że gdy Mike odzyska wolność, odnajdzie go i z radością pokaże mu ich wspólne dziecko. Teraz wiedziała, że ten bogaty mężczyzna nie jest jej pisany. Przyjrzała się twarzy Lois, jej wymanikiurowanym dłoniom uczepionym rękawa Mike'a, i raptownie zamknęła gazetę.

Przez następne dni podświadomie oczekiwała, że Mike się odezwie. Przecież teraz, gdy jest już bezpieczny, musi się odezwać, podziękować za wszystko, czy choćby zapytać, co u niej słychać. Minął jednak tydzień, potem dwa, trzy tygodnie i nie doczekała się od niego ani słowa. Wciąż nie traciła nadziei. Jeśli nie teraz, nie przy tej wizycie w sklepie pani Fowler, to następnym razem z pewnością dostanie list od Mike'a.

Czekała na próżno. Pani Fowler spoglądała na nią z ciekawością i rozbawieniem, zatrzymując za każdym razem znaczące spojrzenie na poszerzającej się talii Kirsty. Zupełnie jakby chciała powiedzieć, że wie, skąd to niecierpliwe wyczekiwanie na list.

Pewnego ranka, kiedy Kirsty kolejny raz wyszła ze sklepu z pustymi rękami, zobaczyła, że na chodniku zgromadził się mały tłumek. Wszyscy patrzyli na nią i uśmiechali się cynicznie. Wzięła głęboki oddech, podniosła głowę i ruszyła przed siebie. Wtedy to drogę zagrodził jej tęgi młodzieniec o czerwonej twarzy. Rozpoznała Abe'a Mullery'ego, starszego brata Petera.

– No i co – naigrywał się – napisał już do ciebie twój kochanek? A może nie wiesz, jak się nazywa?

– Zejdź mi z drogi – powiedziała twardo Kirsty.

– Zejdę, kiedy mi się zachce. Najpierw odpowiedz na pytanie. Nie odezwał się, co? – Napierał na nią, spychając ją pod ścianę. -I nie odezwie się. Mężczyzna od takiej jak ty chce tylko jednego, a on już swoje dostał, no nie? – Położył dłoń na jej brzuchu.

– Nie dotykaj mnie! – krzyknęła Kirsty, bojąc się o dziecko.

I – Nie dotykaj mnie! – powtórzył za nią, naśladując jej głos. – Rzadko w ten sposób odzywasz się do mężczyzn, co? Na pewno co innego słyszał od ciebie mój brat. Podpuściłaś go jak dziwka, a potem zabiłaś…

– Wystarczy tego – odezwał się nagle szorstki głos za plecami Abe'a. Wszyscy odwrócili się i zobaczyli jego matkę. Przyszła z szesnastoletnim Davidem, najmłodszym synem, jej oczkiem w głowie, od czasu, kiedy straciła Petera. – Odczep się od niej, bo inaczej porachuję ci kości – postraszyła Abe'a.

Była dwa razy niższa od niego, ale posłuchał jej od razu. – Tylko żartowałem, mamo – wyjaśnił. – Chciałem dać jej nauczkę.

– Powiedziałam: wystarczy – ucięła pani Mullery. -Jest w ciąży. Sam powinieneś to wiedzieć. – Spojrzała na Kirsty chłodno, niezdolna do przebaczenia. Tylko jakiś pierwotny instynkt kazał jej bronić zagrożonej czci kobiety, która spodziewa się dziecka. – Najlepiej nie przychodź tu więcej bez potrzeby – zwróciła się ostro do Kirsty. – On nie napisze, kimkolwiek jest. Dlaczego nie sprzedasz farmy i nie wyniesiesz się stąd? Idź tam, gdzie jeszcze nie musisz się wstydzić.

– Zostanę u siebie – powiedziała Kirsty łamiącym się głosem – i nikt mnie stąd nie wypędzi. Nie zrobiłam nic złego.

Odpowiedzią na jej słowa był tylko grubiański śmiech zebranych mężczyzn i nienawistne spojrzenie pani Mullery. Wkrótce potem wszyscy rozeszli się, uznając widocznie, że widowisko dobiegło końca. Tylko młody David Mullery stał jak zaczarowany, wpatrując się w Kirsty, aż matka ogarnęła go opiekuńczym ramieniem i pociągnęła za sobą, zupełnie jakby osłaniała go przed jakimś złym urokiem.

Kirsty dotarła do domu. Nie spała przez całą noc, rozmyślając, jak długo zdoła jeszcze znosić te oskarżenia i docinki. Niestety, jej wrogowie mieli rację: Mike dostał to, czego chciał, a potem zapomniał o niej. Widocznie rzeczywiście nie jest zdolna do miłości, a tylko do tego by kusić i uwodzić. Jak przed dwoma laty, tak i teraz, z dnia na dzień zaczęła coraz bardziej wycofywać się w mroczne, niebezpieczne odosobnienie, przed którym Mike na krótko ją ocalił.

Deszcz padał nieprzerwanie przez dwa tygodnie. Gdy skończyły się opady, wokół pozostało jedno wielkie grzęzawisko. Któregoś ranka w obejściu pojawiła się Jenna -chciała wziąć ze sobą Tarna, żeby pomógł jej w przeprowadzaniu owiec na inne pastwisko.

– Nie musisz go odprowadzać – powiedziała Kirsty. – Po południu wyjeżdżam w pole traktorem. Sama go zabiorę.

O tej porze roku nie brakowało pracy w polu: był to czas orania i siewu. Kirsty kazała Calebowi zająć się nie cierpiącą zwłoki naprawą dachu w chlewie, a sama wzięła się do orki. Po kilku godzinach była wykończona. Z przerażeniem obserwowała, jak łatwo się teraz męczy.

Gdy skończyła, powoli skierowała się w stronę wzgórza, na którym pasło się teraz jej stadko. Gdy dotarła na miejsce, po deszczu wyłoniło się słońce i owce z zadowoleniem suszyły się w jego promieniach, poszczypując leniwie trawę. Parę kucyków zeszło z wyżej położonych terenów. Miały teraz pod dostatkiem pożywienia i nie trzeba było ich dokarmiać. Mimo to zbliżyły się do Kirsty, która z uczuciem głaskała je po szorstkiej sierści i wilgotnych chrapach. W końcu, gdy zaspokoiła swoją codzienną potrzebę czułości, wskoczyła na traktor, skinęła na Tama i ruszyła w stronę domu.

Miała jeszcze przed sobą milę drogi, gdy jej oczom ukazał się dziwny widok. Na poboczu stało auto, które ugrzęzło po osie w błocie. Kirsty widywała różne samochody uwięzione w rozmokłym gruncie, ale nigdy takiego lśniącego cacka o nienagannej linii, na dodatek ze świeżą tablicą rejestracyjną. Musiało należeć do jakiegoś milionera.

Serce zabiło jej mocniej. Zatrzymała ciągnik i wyskoczyła z kabiny. Tarn poszedł w jej ślady i oddalił się w poszukiwaniu zajęcy, natomiast ona uważniej obejrzała auto, zastanawiając się, gdzie też podział się kierowca. Pewnie poszedł szukać pomocy, pomyślała.

Podniosła głowę i wtedy zobaczyła idącego w jej stronę mężczyznę. Był o jakieś sto metrów od niej, za daleko, by rozpoznać rysy twarzy. W jego kroku, w sposobie trzymania głowy było jednak coś znajomego, coś, czego nigdy nie byłaby w stanie zapomnieć.

Zdawało jej się, że upłynęły wieki, zanim przybysz pokonał dzielący ich dystans. Wystarczyło to w każdym razie, by zapanowała nad emocjami. Radość, że o niej nie zapomniał, zmagała się z wyrzutem, że pojawił się tak późno. Poza tym oznaki bogactwa czyniły z niego teraz kogoś obcego, kogoś z innego świata. To wrażenie potwierdziły pierwsze słowa.