Выбрать главу

– Przepraszam, zamyśliłem się.

– Co cię tak zaskoczyło? Znasz tych ludzi? Mają londyński adres.

– Tak, słyszałem o nich. Nie martwiłbym się tą sprawą. Jeśli piszą do ciebie od roku i nie przechodzą do innych działań, to znaczy, że nie mają na nie pomysłu. Możesz się nie przejmować.

– A gdybyś ty był na ich miejscu, jak byś mnie stąd wykurzył?

Uśmiechnął się.

– No cóż, najpierw schowałbym gdzieś twoją strzelbę. Chodźmy do domu.

Nastała pełnia lata i wrzosowiska wypełniły się turystami. Na ogół byli to mili ludzie, których jedynym pragnieniem było odnaleźć w tym miejscu piękno i spokój, jakimi Kirsty cieszyła się na co dzień. Rozumiała to i starała się być tolerancyjna. Natłok turystów zakłócał jednak życie i coraz bardziej ją męczył, toteż niecierpliwie wyczekiwała końca sezonu.

W kolejnych miesiącach ciąży odzyskała równowagę. Nad przyszłością nadal unosił się znak zapytania, ale cieszyła się dzieckiem, które nosiła w sobie, i mężczyzną, którego mimo wszystko kochała. Inne problemy zdawały się bardzo odległe. Mike martwił się, że zostawia Kirsty samą podczas swych wypraw do Londynu, próbował więc znaleźć służącą, która zamieszkałaby z nią w domu. Niestety, trudno było o chętne kandydatki. Pewnego pamiętnego razu sprowadził nawet swą własną gospodynię. Od razu nabrała uprzedzeń do Tama i zrezygnowała po dwóch dniach, pomrukując „prymityw" i „za kogo oni mnie mają".

Pewnego dnia, kiedy Kirsty odpoczywała właśnie po lunchu, z podwórka dobiegł ją jakiś hałas. Wyjrzała przez okno i ujrzała samochód, który zatrzymał się z poślizgiem, a po chwili porządnie ubranego mężczyznę, który wysiadł i zaczął przechadzać się wokół, z niesmakiem lustrując teren. Jego towarzysz także opuścił samochód, ale został przy nim, najwyraźniej obawiając się zrobić krok dalej. W końcu ruszył się, ale zaraz przystanął i niespokojnie obejrzał podeszwę buta. Kirsty obserwowała całą scenę z niepokojem, ale i z rozbawieniem.

Rozbawienie znikło jednak bez śladu, gdy intruzi otworzyli drzwi do kurnika i wsadzili nosy do środka. Wizyta nie trwała długo, wygnało ich bowiem od razu wojownicze gdakanie.

– Czego tutaj szukacie? – zaczęła Kirsty, wychodząc im na spotkanie.

– Czy mówię z panią Trennon? – zapytał jeden z nich.

– To ja zadaję pytania. Co tu robicie?

– Mamy sprawę do pani Trennon, a nie jej pracowników – odparł zaczepnie. – Powiedz jej, że jesteśmy od Colleya.

Kirsty spochmurniała.

– Nie ma pani Trennon – powiedziała chłodno. – A nawet gdyby była i tak nie chciałaby was widzieć. Możecie sobie iść.

– Chyba jednak zaczekamy.

– Zobaczymy. – Zawróciła do domu. Mike, który wszedł właśnie do kuchni, zwabiony podejrzanymi odgłosami, z przerażeniem zauważył, że Kirsty sięga po strzelbę.

– Czy musisz na wszystko reagować w ten sam sposób? Są przecież inne metody.

– Nie na szkodniki – odparła twardo. – Mam tu dwóch ludzi od Colleya. Nosem mi już wychodzą dyskusje z nimi.

– Pozwól najpierw, że ja spróbuję się ich pozbyć. Jeśli nie dam rady, możesz do nich wygarnąć z dwururki. Zgoda?

– Zgoda. Ale nie nadużywaj mej cierpliwości.

– Wyświadcz mi przysługę i trzymaj się z tyłu.

Kirsty poszła na ustępstwo i została w domu. Nie słyszała nic, ale widziała, jak Mike podchodzi i rozmawia z mężczyznami. Zauważyła, że jest w nim coś takiego, co powoduje, że ludzie instynktownie okazują mu posłuszeństwo. Przybysze zachowali się właśnie tak – zamienili z nim jedynie parę słów, po czym wsiedli do samochodu i odjechali.

– Widzisz? – powiedział wesoło, gdy wrócił. – Zmarnowałabyś tylko naboje.

– Ale pomyśl, jaką bym miała satysfakcję – odparła z zadumą. – Mike, ci ludzie doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Nie rozumieją, że „nie" znaczy „nie".

– Nie będą cię już niepokoić. Masz na to moje słowo.

– Co takiego zrobiłeś?

– Po prostu przypomniałem im, że są małymi rybkami w morzu pełnym żarłocznych rekinów – odpowiedział po chwili wahania. – Przyjęli to do wiadomości. – Pocałował ją. – No, muszę już jechać. Wrócę, jak najszybciej się da.

Zawsze gdy wyjeżdżał, zastanawiała się, czy powróci. Leżała wtedy sama w łóżku i rozmyślała, czy nie powinna była przyjąć propozycji małżeństwa. Zaraz jednak usprawiedliwiała się przed sobą. Owszem, Mike okazywał jej sympatię, mówił, że chce ją poślubić, nigdy jednak oficjalnie się nie oświadczył. Poza tym Kirsty nie mogła pozbyć się przeczucia, że za jego propozycją kryje się instynkt posiadania, że Mike chce ich dziecka i robi jedynie to, co uważa za słuszne, by je zdobyć. Nie chciała, by ktoś żenił się z nią z litości, z wdzięczności czy z jakiegokolwiek innego niż miłość powodu. Klęska pierwszego małżeństwa była aż nadto poważnym ostrzeżeniem.

Mike pozostał w Londynie przez dwa tygodnie, dłużej niż zamierzał. Gdy w końcu zdołał uporządkować wszystkie sprawy, wsiadł do samochodu i jechał przez całą noc, by o świcie dotrzeć do Dartmoor. Ostatnie kilometry posuwał się wolno, uważając, by nie zasnąć za kierownicą. Zatrzymał się nawet gdzieś pośrodku wrzosowisk, gdy zobaczył połyskujący w słońcu strumyk, i schlapał sobie twarz zimną wodą dla orzeźwienia. Od razu poczuł się znacznie lepiej. Był wykończony po całym dniu ostrych kłótni z personelem kierowniczym i całonocnej jeździe i teraz uległ pokusie chwili wytchnienia.

Wracając do auta, zauważył, że nie jest sam. Jakiś mężczyzna opierał się o maskę i z posępną miną patrzył na zbliżającego się kierowcę. Towarzyszył mu chłopiec mający jakieś szesnaście lat. Wyglądał na młodszego brata tego pierwszego. Miał szlachetniejsze rysy, a jego twarz wyrażała gwałtowny bunt.

– Czy mogę w czymś pomóc? – zapytał Mike.

– Może tak, może nie – odparł butnie mężczyzna. -Chciałem ci się najpierw dobrze przyjrzeć.

– Nie sądzę, byśmy spotkali się przedtem.

– Ludzie mówią o tobie. Wszyscy wiemy, kim jesteś.

– Czego nie mogę powiedzieć o panu – powiedział twardo Mike. – Z kim mam przyjemność?

– Abe Mullery. – Wskazał skinieniem głowy chłopca. -A to mój brat, David. Mieliśmy jeszcze jednego, Petera, ale ona go zabiła.

– Jeśli chodzi o panią Trennon…

– Pani Trennon! – Abe splunął. – Dobre sobie. Tak naprawdę wcale nie była żoną Jacka Trennona. Sprowadziła na niego nieszczęście, tak jak i na mojego brata. Sprowadza nieszczęście na każdego, kto się jej nawinie.

– Ona jest zła – odezwał się po raz pierwszy mały David. – Jest czarownicą. Kiedyś palono czarownice…

– Jesteś za młody, by czuć do ludzi taką nienawiść – powiedział mu poważnie Mike.

– Wiem, co to sprawiedliwość. Nie jest sprawiedliwe, że jej uszło na sucho to, co zrobiła.

– Ona nic nie zrobiła.

– A skąd wiesz! – krzyczał chłopiec. – Oszukuje cię, tak jak oszukiwała Petera i Jacka, a teraz obaj nie żyją.

– Przepadał za Peterem – wyjaśnił Abe, wskazując na brata. – Zresztą wszyscy za nim przepadali i nie ma dla nas wystarczającej kary dla kobiety, która go zabiła. Przyszedłem więc ostrzec cię po dobroci, byś wyjechał stąd na zawsze i zostawił ją nam.