– No cóż, zawsze pojawiam się wtedy, gdy nikt się mnie nie spodziewa. A ty, czyż nie wybaczasz mi moich przewinień?
W tym głosie było coś, co napełniło Mike'a przerażeniem. Nie wiedział dokładnie, skąd zna ten głos, ale z lękiem go rozpoznawał. Wyjrzał i zesztywniał na widok Caleba, obejmującego ramieniem Kirsty.
– Nie powinnam wybaczyć ci tego, że zostawiłeś mnie w opałach – powiedziała do niego z uśmiechem.
– Kochanie, byłem naprawdę niepocieszony, ale gdybym został, wpadłbym w poważne kłopoty i na nic bym ci się nie przydał.
– Nie mów może nic więcej. Im mniej wiem o twoich wyczynach, tym lepiej. – Kirsty roześmiała się. Podnosząc wzrok, ujrzała Mike'a stojącego w progu i przyglądającego się im z groźną miną. Caleb na jego widok od razu cofnął się z przestrachem.
– Nie mam złych zamiarów, przysięgam – powiedział do Mike'a pojednawczo. – Boże, ależ ty masz straszny cios. Bolało mnie przez cały tydzień.
– Szkoda, że jedna nauczka ci nie wystarczyła – odparł sucho Mike. – Jakim prawem, u licha, śmiesz się tu znów pokazywać?
– Mike – wtrąciła pośpiesznie Kirsty – wszystko w porządku. Caleb przeprosił mnie za…
– To by się w ogóle nie zdarzyło, gdybym nie był pijany
– potwierdził Caleb z miną niewiniątka.
– Przysiągł, że to się więcej nie powtórzy i dotrzymał słowa – ciągnęła Kirsty. – Nie poradziłabym sobie bez niego po twoim odejściu… Bez niego i Jenny, oni są parą
– dodała, próbując rozchmurzyć Mike'a. – Razem dla mnie pracowali.
– Nigdy ich tu nie widziałem.
– No cóż, musiałem… hm… szybko pakować manatki
– wytłumaczył Caleb. – Ale teraz wszystko jest już wyjaśnione. Wróciłem, by zobaczyć, czy Kirsty nie potrzebuje mojej pomocy…
– Nie potrzebuje – uciął Mike.
– Chwileczkę – wtrąciła się Kirsty, oburzona jego władczym tonem.
Mike obrócił się w jej stronę.
– Czy masz nadal zamiar brać jego stronę? Po tym, co się wydarzyło?
Caleb dyskretnie wycofał się parę kroków na bok, aby mogli rozmawiać swobodniej, nie zrezygnował jednak z przysłuchiwania się tej wymianie zdań.
– Caleb to moja rodzina – powiedziała stanowczo Kirsty. – Jest kuzynem Jacka. Był przy mnie, kiedy go potrzebowałam, i nie wyprę się go tylko dlatego, że raz nadwerężył swoją reputację. Tak się nie postępuje w rodzinie.
– Teraz ja jestem dla ciebie rodziną – powiedział wzburzony Mike. – Przynajmniej powinienem być. Gdyby nie twój upór, już byśmy się pobrali.
– I uważasz, że wtedy miałbyś prawo do wyrzucania precz mych przyjaciół? Zastanów się.
– Osobliwych masz przyjaciół – warknął Mike. – Czy pójdziesz wreszcie po rozum do głowy i pobierzemy się?
– To dopiero słowa godne przyszłego męża! Ile w nich czułości! Ile taktu! Któż teraz zdoła ci się oprzeć?
Kątem oka Mike dostrzegł, że Caleb chichocze, obserwując tę burzliwą scenę. Zaklął bezgłośnie, wściekły, że Kirsty broni człowieka, którego on uznał za niegodziwca, a następnie odwrócił się gwałtownie i wszedł do domu. Miał oczywiście nadzieję, że Kirsty podąży za nim. Ku jego uldze pojawiła się prawie natychmiast.
– Jak możesz ujmować się za nim? – wybuchnął,
– Sama nie wiem. Jest łobuzem, ale ma dobre serce i nie raz przychodził mi z pomocą.
– Nie raz też do ciebie się przystawiał.
– Mike, zrozum, proszę. Mężczyźni traktują mnie w ten sposób, odkąd skończyłam piętnaście lat. Nie podoba mi się to, ale nic nie zmienię. Mogę tylko podzielić mężczyzn na tych, którzy wpadają w szał, gdy ich odrzucam, i tych, którzy przepraszają i wycofują się grzecznie. Caleb przeprosił. – Spojrzała znacząco na Mike'a. – I nie zadawał niepotrzebnych pytań co do twego pobytu tamtej nocy w tym domu. Gdyby chciał, mógłby napsuć mi wiele krwi, a był dyskretny…
Mike wziął głęboki oddech.
– Rozumiem – powiedział – przywykłaś uważać się za samotną kobietę, która musi iść na kompromisy z takimi typami, ponieważ potrzebuje ich pomocy. Rozumiem to i nie winiecie…
– Dziękuję ci bardzo – wtrąciła z ironią.
– Nie winię cię – powtórzył – ale teraz nie jesteś już sama. Masz mnie. Nie potrzebujesz Caleba. Poradzę sobie i z nim, i z pozostałymi problemami.
– Kiedy Caleb nie jest problemem. Jest moim przyjacielem.
– Kirsty! Dlaczego powtarzasz to z uporem, skoro wiesz, że denerwuje mnie to?
– A czy zostało ustanowione jakieś prawo, zabraniające mówienia rzeczy, które cię denerwują? – teraz ona wybuchnęła gniewem. – Dziwne, że o nim nie słyszałam. Domyślam się, że twoi pracownicy zawsze siedzą cicho, zanim ty wyrazisz oficjalny pogląd, pod którym wszyscy od razu się podpiszą. I pewnie tego samego oczekiwałbyś od żony, gdybyś ją miał. Jakie to szczęście, że jestem nadal wolną kobietą i w swoim domu mogę mówić to, na co mam ochotę.
Mike spiorunował ją wzrokiem.
– Dlaczego musisz brać wszystko, co mówię, za złą monetę?
– Bo nie mam pewności, jak traktować to, co mówisz. Zawsze jesteś przekonany, że wiesz najlepiej.
– Ale… a zresztą, do diabła z tym wszystkim! – powiedział ostro Mike i wyszedł. Po chwili jechał już samochodem, oddalając się od Everdene.
Myśl o tym, że nie mógł sobie poradzić w dyskusji, choć miał proste i logiczne argumenty, doprowadzała go do szału. Na ogół nie dawał się nikomu zagadać. Tylko z Kirsty było inaczej. Ta kobieta kierowała się w życiu zasadami, które były mu obce, mógł co najwyżej niejasno przeczuwać ich sens. Ilekroć myślał, że już rozumie jej sposób patrzenia na świat, wszystko się waliło i wracał do punktu wyjścia.
Życie z Kirsty nauczyło go już, że Dartmoor to nie tylko miejsce na mapie, ale także stan umysłu, w którym obcy mogą zupełnie stracić orientację. Gdyby tylko zdołał zabrać ją stąd do świata, który nadal uważał za cywilizowany, wtedy wszystko z pewnością wróciłoby do normy.
Jechał pół godziny, oddalając się od farmy, a potem pól godziny z powrotem. Po godzinie jazdy czuł się już znacznie spokojniejszy.
Spokój jednak znów go opuścił, gdy zobaczył Caleba siedzącego na poboczu obok drogi. Zobaczywszy nadjeżdżający samochód, powstał i celowo stanął na środku asfaltowej szosy. Mike gwałtownie zahamował.
– Zdążyłeś w ostatniej chwili – zauważył Caleb, śmiejąc się pod nosem. – Z przyjemnością byś mnie rozjechał, co? No, ale wtedy nasza Kirsty nie darzyłaby cię już taką sympatią.
– Jeśli nie zejdziesz z drogi, wystawisz się na ciężką próbę – odparł Mike ostrzegawczym tonem.
– Jaki z ciebie gwałtowny człowiek… – powiedział miękko Caleb. – Widzisz bracie, popełniasz błąd. Kirsty, która doświadczyła w życiu tyle gwałtu, nienawidzi go. Gdybyś rozumiał ją tak dobrze, jak ja, zdawałbyś sobie z tego sprawę. – Uśmiechnął się, widząc, że Mike zaciska pięści, byle tylko nie dać się sprowokować. – No i jesteś niewdzięczny. Gdybym poszedł na policję i opowiedział, co widziałem tamtej nocy, siedziałbyś teraz z powrotem w więzieniu. Trzymałem język za zębami. Powinieneś mi za to podziękować, a nie wściekać się na mnie.
– Nie rób ze mnie głupca, a z siebie bohatera – powiedział chłodno Mike. – Gdybyś domyślił się, kim jestem, wydałbyś mnie przy pierwszej sposobności.
– Domyśliłem się bez trudu. – Caleb wzruszył ramionami. – Wydałbym cię, gdyby chodziło tylko o to. Nie chciałem jednak, by policja węszyła w domu mojej słodkiej Kirsty. Poza tym – zmrużył oczy – liczyłem na jakąś zapłatę z jej strony. Choćby skromną, niekoniecznie musiały być pieniądze…
– Co masz na myśli?
– Nie wiesz, bracie? – Uśmiechnął się znacząco. – Kirsty w okazywaniu wdzięczności nie ma sobie równych. Obaj wiemy to równie dobrze.