Выбрать главу

Mike spojrzał na Caleba, jakby był on jakimś ohydnym robakiem, który właśnie wypełzł spod ziemi. Jak ten włóczęga śmie twierdzić, że Kirsty przespała się z nim, by kupić jego milczenie? Przecież ledwie parę godzin wcześniej leżała w ramionach jego, Mike'a.

– Kłamiesz – zdołał powiedzieć. – Kirsty nigdy by…

– Kirsty była gotowa na wszystko, by chronić ciebie – przerwał Caleb. – Na wszystko. Taka jest prawda. Nie ma natomiast pewności, kto z nas jest sprawcą tej ciąży. Nie winię jej za to, że wybrała ciebie. Możesz dać jej więcej niż biedny Cygan, ale…

– Mój Boże, i pomyśleć, że ona nazywa cię swoim przyjacielem – westchnął Mike. – Czy naprawdę uważasz, że tacy jak ty mogą poróżnić mnie z Kirsty? Kłamstwa wyczuwam na kilometr. Ostrzegam po raz ostatni: wynoś się stąd i niech cię więcej nie widzę w pobliżu Everdene.

Caleb zaśmiał się cicho i odsunął na bok.

– I tak miałem się wynieść – powiedział. – Ale wrócę. Kiedyś znudzi ci się odgrywanie roli pana na włościach, opuścisz Dartmoor, a wtedy Kirsty będzie znów mnie potrzebować. Teraz, gdy przyjechałeś uprzyjemniać jej życie, budzi jeszcze większą nienawiść ludzi z okolicy. Widzisz, oni nigdy nie zgodzą się, by wszystko uszło jej na sucho. Gdy odjedziesz, osaczają. Ale wtedy ja ją obronię i dostanę wreszcie, co mi się należy. Mogę poczekać. Tyle się naczekałem, że jeszcze trochę wytrzymam.

Mike zapalił silnik. Nie spojrzawszy nawet w stronę Caleba, który zręcznie uskoczył mu z drogi, skierował się ku Everdene. Jego twarz wyrażała spokój, a dłonie pewnie obejmowały kierownicę. Mając jeszcze jakiś kilometr do celu, skręcił jednak gwałtownie w bok i zapuścił się w pola. Jechał prosto przed siebie i gdy się w końcu zatrzymał, nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Uświadomił sobie za to, że słowa Caleba wzbudziły w nim burzę sprzecznych uczuć.

To nieprawda. To nie może być prawda.

Piękna i szczera twarz Kirsty, jaśniejąca rankiem na poduszce, nie może być zasłoną dla kłamstwa. Gdyby tak było, nie miałby już po co żyć.

Słyszał przeróżne głosy: „przynosi nieszczęście każdemu, kto się jej nawinie… oszukuje cię, jak oszukiwała przedtem Petera i Jacka… oczekiwałem na zapłatę… w okazywaniu wdzięczności nie ma sobie równych… jest czarownicą…"

Nigdy nie zadawał sobie pytania, czy kocha Kirsty, ale teraz wiedział, że nie wyobraża sobie życia bez niej. Jeśli jej nie można ufać, nie zaufa więcej nikomu i niczemu.

Tylko że ufność nie przychodziła łatwo. Ufać komuś to nie tylko wierzyć w to, co robi, ale i w to, że ma dobre intencje; nie tracić wiary w niego nawet wtedy, gdy wszystko wskazuje na to, że postąpił źle.

Kirsty chroniła go na wszelkie sposoby. Jeśli była zmuszona iść do łóżka z Calebem, to czy miał prawo ją obwiniać? Uratowała mu życie, pomogła odzyskać twarz. Czegóż jeszcze mógł od niej żądać?

Usiłował przypomnieć sobie, czy Kirsty mówiła kiedykolwiek, że to dziecko jest jego, ale na próżno. Od pierwszej chwili uznał to za coś oczywistego, a ona nie zaprzeczała. Może jednak sama nie była tego pewna, a jedynie skapitulowała wobec jego pewności.

Rozejrzał się wokół. Musiał spędzić tu sporo czasu, bo podczas gdy rozmyślał, niebo pociemniało i zaszło już słońce. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył w stronę domu. W zapadających ciemnościach jechał ostrożnie i upłynęło niemało czasu, zanim wrócił do drogi i dotarł do Everdene. Światła były zapalone, a Kirsty stała przed domem i z niepokojem spoglądała na wrzosowiska.

– Już myślałam, że się zgubiłeś – powiedziała z przejęciem.

– O mały włos, ale w końcu odnalazłem drogę do domu. – Pocałował ją. – Chodźmy się ogrzać.

– Chciałeś o czymś ze mną pomówić, zanim pojawił się Caleb – przypomniała mu Kirsty. – O co chodziło?

Teraz, pomyślał, nadeszła właściwa chwila, by poprosić ją o rękę. Właśnie teraz, po wszystkim, co usłyszał od Caleba. Właśnie teraz, by udowodnić, że jego oszczerstwa nie wywarły na nim żadnego wrażenia, że nie wierzy im i że ufa przede wszystkim jej, Kirsty. Gdyby jej nie ufał, to wszystko nie miałoby sensu.

– O nic takiego – powiedział jednak po chwili. – To znaczy, sam nie pamiętam. Z pewnością nie było to nic ważnego.

Gardził sobą, ale mimo to nie zdobył się na odwagę.

Kirsty nie urodziła dziecka w siódmym miesiącu. Wytłumaczyła Mike'owi, że jest to jej na rękę, bo inaczej poród zakłóciłby przebieg żniw.

Gdy nadszedł czas zbierania plonów, Mike stoczył wewnętrzną walkę. Słabe żniwa mogły dopomóc w akcji zwabiania Kirsty do Londynu. Z drugiej strony, słabe żniwa byłyby dla niej bolesnym ciosem, a tego pragnął jej za wszelką cenę oszczędzić. Przeklinając w duchu własne szaleństwo, postawił Kirsty przed faktem dokonanym i kupił kombajn, najnowszy, najlepszy model. Trochę się przed tym broniła, ale nie za długo. Mike z satysfakcją odnotował, jak wielką sprawił jej radość tym prezentem.

Radość była jeszcze większa, gdy zebrali rekordowe plony. Widok rozpromienionej twarzy Kirsty był dla niego najwspanialszą nagrodą. Potem jednak poszli razem na dożynkowe nabożeństwo w kościele i przywitały ją nienawistne spojrzenia sąsiadów. Poprosiła Mike'a, by wyszli wcześniej i nie odzywała się przez całą drogę do domu.

– Kirsty, zostawmy to – błagał. – Wyjedźmy stąd, zapomnij o nich.

Nie otrzymał odpowiedzi. W parę chwil później dotknął jej policzka i zobaczył, że jest mokry.

Życie nie układało im się jak po maśle. Oboje byli porywczy i uparci, kłócili się, godzili i znowu kłócili. Surowe oskarżenia Caleba poszły w niepamięć, w każdym razie Mike robił wszystko, by tak było. A jednak czasami bez powodu przycichał, markotniał i szukał samotności. Nie wiedział, jak Kirsty odbiera te zmiany nastroju, ale czuł, że jest rozdrażniona. Schodził wtedy jej z drogi, nie chcąc, by dyskusje urastały do miary awantur.

Czasami mówił sobie, że trzeba powiedzieć „żegnaj". Nigdy się jednak na to nie zdobył. Wystarczyło, że raz spojrzał na Kirsty, i już zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie mógł od niej odejść. Potrzebowała go. Była zapewne zbyt dumna, by się do tego przyznać, ale on wiedział i to stanowiło dla niego pocieszenie.

Pewnego wieczora, gdy w powietrzu czuć już było jesień, wyjechał z domu pełen irytacji, pragnąc znaleźć się z dala od Kirsty. Po przejechaniu paru mil zatrzymał samochód i wysiadł. Zapadał zmierzch, a po turystach nie było już śladu. Naokoło rozciągały się wrzosowiska. Wyglądały o tej porze wspaniale, a ponieważ w zasięgu wzroku nie było żywej duszy, Mike miał dziwne uczucie, jakby ten cudowny pejzaż został ofiarowany jemu jedynemu. Zganił się za marzycielstwo, lecz myśl ta nie dawała mu spokoju, postanowił więc, że zwierzy się z niej Kirsty, gdy tylko wróci. Z pewnością sprawi jej to przyjemność.

Gdy tak stał, w pewnej chwili na ramieniu poczuł pierwsze krople deszczu. Podniósł się wiatr, zaszeleściły wysokie trawy, zaczęło padać coraz gęściej.

Zupełnie nieoczekiwanie poczuł w tym momencie jakiś niewytłumaczalny strach. Nie powinien był zostawiać Kirsty samej, kołatało mu się w głowie. Usiłował przywołać się do rozsądku. Powtarzał sobie, że jest bezpieczna, że dziecko przyjdzie na świat nie wcześniej niż za miesiąc, to jednak nie pomagało. Opanowało go gwałtowne pragnienie powrotu. Z jakiego powodu chciał znaleźć się przy niej czym prędzej, nie umiał powiedzieć, ale strach narastał.

W ciągu dziesięciu minut był z powrotem. Wbiegł do domu i zawołał Kirsty, lecz odpowiedziała mu głucha cisza. Przed jego wyjazdem wspominała, że musi zająć się stadem, wybiegł więc z powrotem na podwórko i zobaczył, że nie ma traktora.