Wszystko w porządku, próbował się uspokoić. Wystarczy poczekać parę minut, a wróci i będzie tylko śmiać się z jego obaw. Mówił to sobie cały czas, gdy wsiadał do samochodu i ruszał w stronę wzgórz.
Gdy do nich dojechał, wiatr przerodził się już nieomal w huragan. Na tle wiszących nisko chmur drzewa gięły się i podnosiły w jakimś szalonym tańcu. Od razu zobaczył traktor – stał porzucony na skraju pola, ale nie było śladu ani jej, ani psa.
– Kirsty!!! – zawołał na cały głos, lecz jego krzyk został stłumiony przez zacinający deszcz.
W chwilę później usłyszał szczekanie i w progu starej pasterskiej chatki, przytulonej do pochyłości wzgórza, pojawił się Tarn. Nie popędził w stronę Mike'a, jak miał to w zwyczaju, lecz pozostał na miejscu i ujadał coraz głośniej. Zły znak, przebiegło Mike'owi przez głowę. Puścił się pędem w stronę drewnianej szopy.
Kirsty siedziała na podłodze, oparta plecami o ścianę. Oddychała z najwyższym trudem. Zobaczywszy go, uśmiechnęła się z radością, a jemu serce zmiękło jak wosk.
– Kochanie – powiedział, nieświadom, że zwraca się do niej w ten sposób po raz pierwszy – co się stało?
– Dziecko… będę rodzić. Wszystko było w porządku, a potem nagle… zaczęło się.
– To niemożliwe – powiedział stanowczo, choć wcale nie czuł się pewnie. – Jeszcze nie pora. Ma dopiero osiem miesięcy.
Ostatkiem sił zdobyła się na łobuzerski uśmiech i wyszeptała:
– Źle liczysz… -Jęknęła boleśnie i zamknęła oczy.
– Chodź szybko, musimy… do szpitala.
– Nie… – Chwyciła go za rękaw. – Nie ma… czasu… parę minut.
– Ale ja nie wiem, co mam robić – powiedział przerażony.
Na jej twarzy znów pojawił się uśmiech. Poklepała się po brzuchu.
– Nie martw się. My wiemy… – Znów jęknęła i zacisnęła dłoń na jego ramieniu.
Gdy nadszedł następny skurcz, chwycił ją za rękę. Instynktownie objął ją wolnym ramieniem, przyciągając ku sobie, co okazało się właściwym posunięciem: Kirsty odetchnęła z ulgą. Potem miał poczucie, że zapomniała o nim, skupiwszy całą uwagę na dziecku, które walczyło ze wszystkich sił, żeby pomóc mamie, i przyjść na świat cało i zdrowo. Jedynie uścisk dłoni Kirsty, szukającej ukojenia i zarazem je ofiarowującej, świadczył o tym, że w jej świadomości nadal jest miejsce dla Mike'a.
Słyszał, jak deszcz wściekle wali o ściany chatki, a przez otwarte drzwi widział chmury gnane po niebie.
Gdyby tylko mógł jej zapewnić bezpieczeństwo w szpitalu, stosownym miejscu do przyjmowania porodów… Uświadomił sobie jednak, że Kirsty nie podziela jego obaw. To dzikie, niegościnne miejsce było jej domem, w którym wcale nie czuła się zagrożona i gdzie niczego się nie bała. Przez chwilę zdołał się pocieszyć jej spokojem. Ona wie, co robi, a więc wszystko będzie dobrze.
A jednak zaraz potem opanował go paniczny lęk, że coś może się nie udać. Może tu umrzeć na jego rękach, bezradnego ignoranta, który nawet nie wie, jak się nią zająć. Może umrzeć w każdej chwili, a on nie będzie wiedział, co robić…
– Mike… Mike…
– Tak, kochanie… co się dzieje?
– Już… idzie… szybko…
Ułożył ją na plecach i zajął taką pozycję, by móc pomóc dziecku w najtrudniejszej chwili. Kirsty przyśpieszyła oddech, spięła się, zbladła, potem wciągnęła w płuca powietrze i zatrzymała je w sobie… Po chwili wypuściła je ze świstem, zdawało się, że odpocznie choć chwilę, lecz zaraz potem znów jej ciało się napięło, znów zaczęła przeć i nagle z jej gardła wyrwał się krzyk. Był zupełnie inny od wszelkich odgłosów, jakie wydobywały się z niego przedtem. Był to krzyk bólu, ale przede wszystkim triumfu. Zdobyła się na wysiłek potrzebny do ostatniego pchnięcia i po chwili dziecko przyszło na świat, wprost w ręce ojca. Od razu zaczęło zawodzić w cichym proteście.
– Chłopiec… czy dziewczynka? – zapytała Kirsty.
– Chłopiec…
Chciwie wyciągnęła ręce do dziecka. Mike zerwał z siebie koszulę, otulił nią noworodka i położył małe zawiniątko na piersiach matki. Kirsty czule spojrzała na syna, a jej twarz rozbłysła takim blaskiem, że Mike wstrzymał oddech, wzruszony jak nigdy w życiu. Po chwili podniosła wzrok i obdarzyła go szerokim uśmiechem, zapraszającym jakby do magicznego kręgu, w którym życie jest darem, cudem, radością i tajemnicą.
Opanowało go szaleńcze szczęście. Chciał wybiec na deszcz i obwieścić szalejącej burzy, że żadne groźby już mu niestraszne, że oto narodził się jego syn i nic innego nie ma znaczenia. Nie zrobił jednak tego. Powiedział tylko spokojnie: – Teraz pojedziemy do kliniki – i pozwolił, by resztę wyczytała z delikatnego muśnięcia jej policzka.
Po trosze doprowadził, po trosze doniósł ją do oddalonego o kilkadziesiąt metrów samochodu i wygodnie usadził na tylnym siedzeniu. Serce podchodziło mu do gardła, gdy ostrożnie zjeżdżał po zboczu do ubitej drogi. Przy każdym wyboju bladł i nerwowo zerkał do tyłu, ale Kirsty zapewniała go:
– Nie martw się. Dobrze nam tutaj.
Żeby się uspokoić, sam zaczął cicho powtarzać:
– Dobrze nam… dobrze nam… nam obojgu… nam trojgu…
Boże, było ich troje, choć jeszcze przed chwilą byli tylko on i ona!
Był to cud i on stał się po trosze jego częścią, jego świadkiem i jego sprawcą. Dziękował Bogu, że dane mu było dożyć tej chwili. Był pionierem, pierwszym mężczyzną, który dokonał takiego odkrycia. Wprawdzie byli przed nim inni ojcowie, tysiące, miliony, tyle pokoleń, ale żaden z nich nie mógł doświadczyć cudu w tym samym stopniu co on. Czy to możliwe bowiem, żeby cuda zdarzały się codziennie? Co godzinę? Co parę minut? Cały czas przecież ktoś się rodzi!
Z tyłu dobiegł go senny, ale wesoły głos Kirsty:
– Czy masz świadomość, że śmiejesz się do siebie, jakbyś wygrał na loterii?
– Nie śmieję się – odparł półprzytomnie.
– Śmiejesz. Widzę w lusterku. – Wychyliła się wprzód i położyła dłoń na jego ramieniu. – Teraz wiesz, prawda?
– Tak, wiem – odpowiedział cicho.
Po pół godzinie dojechali do szpitala. Zadzwonił wcześniej z samochodu, by przygotować personel na ich przybycie, i gdy tylko się tam pojawili, Kirsty wraz z dzieckiem dostała się w objęcia pielęgniarek w wykrochmalonych fartuchach i po chwili znikła w lśniących bielą pomieszczeniach, do których on nie miał wstępu.
Stało się to, czego chciał, ale teraz zorientował się, że wcale mu się to nie podoba. Ulga, z którą oddał Kirsty w kompetentne ręce, ustąpiła uczuciu przykrego rozczarowania. Cóż ci sprawni nieznajomi z ich aparatami mogą wiedzieć o narodzinach dziecka? Jego dziecka!
Pojawiła się przy nim pielęgniarka z długopisem w dłoni.
– Chciałabym prosić o dane dotyczące pańskiej żony
– powiedziała.
– To nie jest moja żona. Nazywam się Mike Stallard.
– Czy jest pan krewnym?
Przez ułamek sekundy Mike widział przed oczyma kpiącą twarz Caleba. Szybko odegnał ten obraz. – Tak-odparł stanowczo-jestem ojcem dziecka.
9
Z początku Kirsty nie mogła znieść myśli o pobycie w drogiej, prywatnej klinice, ale po narodzinach Roba była wdzięczna Mike'owi, że obstawał przy tym pomyśle. Nie spodziewała się, że od pierwszej chwili, gdy weźmie dziecko w ramiona, ogarnie ją fala czułości. Uwolniona od innych obowiązków, mogła teraz oddać się tym błogosławionym porywom i cały czas cieszyć się maleństwem.
Był przy niej cały czas. Spał obok w dziecinnym łóżeczku i gdy przebudził się w nocy, od razu zaspokajała jego głód. Nie było dla Kirsty milszego doznania niż czuć dotyk jego małych ustek, ssących mleko, które szczęśliwie płynęło obfitą strugą. Pielęgniarka dostarczyła jej butelkę w razie gdyby nie mogła bądź nie chciała karmić piersią, ale Kirsty nie musiała i nie zamierzała z niej korzystać. Gdy czuła pokarm, wzbierający w piersi, i dziecko, które zależne było teraz tylko od niej, odnajdywała swoje powołanie i odkrywała, jak wielkie pokłady sił w niej drzemią. Obejmowanie ukochanego i karmienie dziecka były dla niej teraz jakby dwiema stronami jednego aktu miłości.