Narodziny dziecka i obecność Mike'a przy porodzie, to było przeżycie, którego nie dało się opisać. Wiedziała jedynie, że w tamtej chwili czuła mu się bliższa niż kiedykolwiek przedtem. Nawet siła ich namiętności bladła przy poczuciu całkowitej jedności, jakiej doświadczyła, gdy razem z nim pomagali dziecku wydostać się na świat.
Pragnęła przekonać się, czy i on czuł to samo. Była niemal pewna, że tak było -jego oczy nigdy przedtem nie miały takiego wyrazu. Wiedziała jednak, że nie będzie mieć stuprocentowej pewności, dopóki nie zobaczą się ponownie, oczekiwała więc na pierwszą wizytę Mike'a z bijącym sercem.
Kiedy przyjechał, drzemała, i gdy się przebudziła, siedział obok. Pochylał się nad łóżeczkiem Roba i przyglądał mu się z tą samą miną, którą powitał jego narodziny. Ogarnęło ją uczucie głębokiego szczęścia. Westchnęła z radością. Mike podniósł oczy, zauważył, że Kirsty nie śpi i już po chwili obejmowali się nawzajem.
– Dobrze się czujesz? – takie było jego pierwsze pytanie.
– Dobrze. Jestem taka szczęśliwa. Mike, powiedz mi, że ty też jesteś szczęśliwy.
– Czy naprawdę musisz o to pytać? – Spojrzał na nią, a ona pokręciła przecząco głową. – Zacząłem się z nim poznawać – powiedział Mike. – Jest taki… doskonały.
Były to słowa, które wypowiedziały już miliony ojców, ale zdawały się brzmieć odkrywczo, gdy słyszała, jak wypowiada je ten właśnie mężczyzna.
– Jak zareagowali twoi rodzice, gdy im powiedziałeś o dziecku? – zapytała niecierpliwie. – Czy wybierają się w odwiedziny?
Mike nie odpowiedział, wstał tylko i podszedł do okna.
Kirsty czekała, nie mogąc uwierzyć w to, co zwiastowało jego milczenie.
– Mike, zadzwoniłeś chyba do nich?
– Nie – odparł ze wzrokiem utkwionym w drzewo za oknem.
– Ale… są przecież twoimi rodzicami. Mają teraz wnuka. To ich pierwszy wnuk, prawda?
– Tak, pierwszy – odparł spokojnie Mike. Odwrócił się do niej z dziwnie zmienionym wyrazem twarzy. – Proszę cię, nie naciskaj na mnie w tej sprawie.
Wyciągnęła do niego rękę.
– O co chodzi, Mike? Wzruszył ramionami.
– To bardzo proste. Nie podobam im się od chwili, gdy dorosłem. Jeśli pytasz, nie mam do nich o to żalu.
– Wcale tak nie myślisz – powiedziała łagodnie Kirsty.
– Co by między wami nie było, to twój ojciec i twoja matka. Popatrz – czule musnęła palcami policzek Roba
– czy mógłbyś go kiedykolwiek nie lubić?
– To co innego. – Mike potrząsnął głową.
– Nie dla nich. My przez całe życie będziemy pamiętać, jak wyglądał Rob w chwili narodzin, co czuliśmy, jaka była pogoda… Nawet po trzydziestu latach. Tak samo jest z nimi. Oni nadal cię kochają. Na pewno tak jest, Mike.
Zawahał się. Z jednej strony pragnął jej uwierzyć, z drugiej wolał nie wracać do bolesnych spraw, które, jak sądził, rozstrzygnął raz na zawsze.
– Może i kochają mnie – rzekł z wolna – ale nie podobam się im. Boją się człowieka, który ze mnie wyrósł, choć nie mogłem być kimś innym niż jestem. Myślą zapewne, że cały postęp to wymysł szatana i że życie powinno wyglądać tak jak dawniej. Czasami ty mi ich przypominasz. Pamiętasz wojny, jakie toczyliśmy tylko dlatego, że chciałem unowocześnić Everdene, podczas gdy ty wolałabyś zakonserwować je w obecnym stanie?
– To nieprawda – odparła pośpiesznie. – Nie o to mi chodzi. Po prostu warto zachować część dorobku przeszłości.
– No widzisz? Jakbym słyszał matkę, z jedną różnicą. Ona powiedziałaby, że trzeba zachować całą przeszłość.
– Zastanawiam się, czy naprawdę by tak powiedziała, czy to nie jest czasem twoja fałszywa interpretacja. – Kirsty uśmiechnęła się i dotknęła jego policzka, powtarzając gest, jaki wykonała przed chwilą w stosunku do dziecka.
– Gdy ludzie nie zgadzają się z tobą, reagujesz nieco chorobliwie – powiedziała z czułością, która złagodziła ostrość słów.
– Kirsty, nie rozumiesz mnie. Oni… – dokończenie zdania wiele go kosztowało, ale zdobył się na ten wysiłek
– oni wstydzą się mnie. Zawsze, gdy gościłem w domu, widziałem wyrzut w ich oczach, jakby sukces był zbrodnią. Nie wiem dlaczego, ale oni tak na to patrzą. Chciałem kupić im dom w lepszej okolicy, ale nie byli tym zainteresowani.
– Może jest im dobrze tam, gdzie mieszkają.
– Jak może im być dobrze? Zawsze byli tacy biedni…
– Och, Mike – powiedziała Kirsty bezradnie i pokręciła głową. – Och, Mike…
– Trzeba stoczyć walkę, by cokolwiek im dać – mówił, nie zwracając uwagi na jej pobłażliwe spojrzenie. – Nie chcieli przyjmować pieniędzy ode mnie, więc w końcu zacząłem wpłacać je na ich konto w banku. Leżą tam, mogą je w każdej chwili podjąć, ale zapewne uważają, że lepiej ich nie dotykać, bo mogą być zatrute. Próbowałem dzielić się z rodzicami moim sukcesem, ale oni tego nie chcieli.
– Może chcą raczej tego, czego te sukcesy ich pozbawiły? – zasugerowała Kirsty.
– Na przykład czego? – spojrzał na nią zdumiony.
– Ciebie. Może chcą syna. Nie potentata, który pragnie odciągnąć ich od znajomych, wyrwać ze środowiska, w którym żyją od lat, ale po prostu kochającego syna.
– Ale przecież ja ich kocham! – wykrzyknął. – To dla nich starałem się robić wszystko jak najlepiej. Chciałem, by mogli być ze mnie dumni, a oni po prostu odwrócili się plecami. Z trudem dali namówić się na to, by przyjechać na mój ślub. A gdy zostałem postawiony przed sądem, uznali mnie za winnego… Od początku założyli, że źle skończę, i oto ich najgorsze obawy spełniły się.
– Naprawdę to powiedzieli? – zapytała z przestrachem Kirsty.
– Nie musieli mówić – odparł twardo.
– Mike, myślę, że całkowicie błędnie odczytywałeś ich intencje, tak jak oni źle rozumieli twoje. Daj im szansę. Powiedz im, że mają wnuka. To może wiele zmienić między wami.
– Dobrze. Jak tylko wrócę do domu – obiecał.
Kirsty znacząco spojrzała na telefon stojący przy jej łóżku.
– A nie mógłbyś od razu?
Patrzył na nią przez długą chwilę, potem podniósł słuchawkę i pośpiesznie wykręcił numer, jakby chciał skończyć, zanim zmieni zdanie. Kirsty usłyszała długi sygnał, drugi, a potem krótki trzask i jakiś męski głos po drugiej stronie linii. Mike odezwał się do słuchawki, powiedział „tato" i zanim otrzymał odpowiedź, nastąpiła chwila ciszy.
Nasłuchiwała w napięciu. Nie docierało do niej, co mówił ojciec Mike'a, ale wyraźnie wyczuwała pauzy w rozmowie i pewną nieustępliwość w tonie starszego pana.
On boi się Mike'a, pomyślała, tak jak Mike, na swój sposób, boi się jego. I obaj przybierają postawy obronne. Gdyby tylko mogła doprowadzić do ich spotkania… Może kiedy rodzice przyjadą zobaczyć dziecko? A przyjadą na pewno.
– Wiesz, tato – mówił Mike. – Zadzwoniłem, żeby ci powiedzieć, że… że mam syna. Urodził się wczoraj. Mamy zamiar dać mu imię Rob. – Przez chwilę słychać było stłumiony głos na drugim końcu linii, po czym Mike powiedział szorstko: – Nie, nie jestem żonaty… A cóż to ma za znaczenie? Pomyślałem tylko, że chcielibyście wiedzieć o dziecku. To wszystko… dobrze… powiedz mamie. To do widzenia. – Odłożył słuchawkę, usiadł i utkwił w niej wzrok. – No i sama widzisz. Wiesz, od czego zaczął? Od stwierdzenia:,,Nie wiedziałem, że jesteś żonaty". To były jego pierwsze słowa. Nie powiedział „to wspaniale" ani nic takiego…