– Myślę, że po prostu czuliby się urażeni, gdybyś ożenił się, nie wspominając im nawet o tym – pocieszyła go Kirsty.
– Nie, Kirsty. Nie próbuj mi niczego wmawiać. To była klęska. Wiedziałem, że tak będzie. Nie powinienem był słuchać się ciebie.
– Mike, to starzy ludzie. Potrzebują czasu, by otrząsnąć się z szoku. Ostatni rok był trudny także dla nich. Pomyśl, co musieli czuć, widząc cię za kratkami.
– Nigdy mnie tam nie widzieli.
– Nie odwiedzili cię ani razu?
– Ojciec przyszedł raz. Odmówiłem widzenia. Teraz jest mi przykro z tego powodu, ale wówczas czułem się tak upokorzony, że nie mogłem się na to zdobyć. Ojciec najwyraźniej nie zapomniał mi tego.
– Niestety, wygląda na to, że jego dumę równie łatwo urazić jak twoją – zauważyła Kirsty.
Mike popatrzył na nią przez chwilę, zaczerwienił się, ale nic nie odpowiedział.
Kirsty nie popełniła błędu i nie ciągnęła dalej rozmowy. Mike'owi niełatwo przychodziło zagłębianie się we własne uczucia, a dzisiaj powiedział jej o sobie i tak bardzo dużo, i to w większości przykrych rzeczy. Pomyślała, że czas będzie działał na jej korzyść.
Tej nocy, przytulając dziecko do swego boku, rozmyślała o własnej rodzinie, w której nie brakowało miłości i gdzie nikt nie krył się z uczuciami. To właśnie dało jej siłę, umożliwiającą przetrwanie wszystkiego, co nastąpiło później. Jakże odmienny był przypadek Mike'a, dla którego rodzice stali się tak obcy, że odgrodził ich murem od swego cierpienia. Teraz zdawał się odgradzać ich także murem od swej radości.
– Ale my zmienimy to wszystko – szepnęła do Roba. – Potrzebujesz dziadków, a ja nie mogę ci ich dać. Czekaj cierpliwie. Jakoś uporam się z tym problemem.
W parę dni później Mike odebrał Kirsty z kliniki. Po drodze do domu wspomniał o oczekującej ją niespodziance, ale nie chciał zdradzić więcej szczegółów.
– Zaczekaj – powtarzał, najwyraźniej znajdując w tym przyjemność.
Gdy samochód zatrzymał się na podwórku, na progu domu ujrzała kobietę w średnim wieku. Miała twarde rysy, ale przyjazną twarz. Podeszła i delikatnie wzięła dziecko na ręce, by ułatwić Kirsty wysiadanie z auta.
– Przedstawiam ci Mabel – powiedział Mike. – To jest niespodzianka, o której mówiłem. Mabel zaopiekuje się Robem.
Kirsty nie zdołała opanować zdumienia.
– Ale to przecież moje dziecko, ja chcę się nim zajmować. Przepraszam – zwróciła się od razu do Mabel – nie chciałam pani urazić, ale…
– Posłuchaj – odezwał się Mike, ujmując Kirsty pod ramię i odciągając nieco na bok. – Rozejrzyj się wokół. Everdene jest twoim drugim dzieckiem. Uważasz, że niczego się jeszcze nie nauczyłem? Matka nie powinna wyróżniać żadnego z dzieci. Everdene jak dawniej potrzebuje twojej opieki.
Kirsty spojrzała na Mike'a, zaskoczona niezwykłym jak na niego wyczuciem. Zanim zdążyła jakoś zareagować, Mabel podała jej dziecko.
– Pewnie zechce pani pokazać mu jego dom – powiedziała z nieznacznym szkockim akcentem.
Kirsty uspokoiła się nieco. Mabel utrafiła we właściwy ton, nie porwała od razu malca dla siebie, nie wniosła go sama do domu, lecz pozwoliła zrobić to matce.
Przyciskając Roba do piersi, Kirsty weszła do środka. Czajnik gwizdał na kuchence, wszystko lśniło czystością. Mabel poprosiła ją, by usiadła, a ona w tym czasie poda herbatę. Wyjmując serwis, opowiedziała Kirsty o sobie. Lista jej byłych pracodawców robiła imponujące wrażenie, a Mike potakiwał na znak, że sprawdził każdą informację.
– Czy Everdene nie okaże się zbyt nudne, skoro pracowała pani w tak fascynujących miejscach? – zapytała Kirsty, lekko przytłoczona tym wszystkim.
– Urodziłam się na farmie, proszę pani – odparła spokojnie Mabel. – Mówiono, że w promieniu wielu mil nikt nie dorówna mi w dojeniu krów. Znam trudy takiego życia, ale i jego uroki.
Kirsty spodobała się ta wypowiedź. Spodobał się jej też zdrowy, tak typowy dla ludzi, którzy wychowali się z dala od miast, stosunek do dziecka. Troskliwość, czułość, miłość, lecz bez popadania za każdym razem w histerię czy czułostkową przesadę. W sumie już po paru godzinach Mabel okazała się jej bratnią duszą i Kirsty poczuła z tego powodu znaczną ulgę.
Wieczorem, przyglądając się, jak Kirsty karmi dziecko, Mike powiedział łagodnie:
– Więc jak? Choć bywam apodyktyczny, to czasami mam jednak rację?
Pieszczotliwie dotknęła jego policzka i popatrzyła na niego z miłością. Gdyby w tej chwili poprosił ją o rękę, z całego serca powiedziałaby mu „tak". Mike jednak zagadnął tylko zwyczajnie:
– Poza kwiaciarnią nigdy jeszcze nie widziałem tylu kwiatów naraz. Skąd się wzięły?
– Czerwone róże są od ciebie, dobrze wiesz – odparła z uśmiechem. – Polne kwiaty dostałam od Freda i Franka. A chryzantemy, to Caleb. Nie patrz tak. Wiem, że go nie lubisz, ale miło, że o mnie pomyślał.
– Czy dołączył coś do bukietu?
– Tak, to.
Rozwinął kartkę i odczytał pośpiesznie nagryzmolone słowa: „Na cześć najmłodszego członka rodziny". Zapadła cisza, po chwili Mike zapytał zdławionym głosem:
– Cóż to ma znaczyć?
– O co ci chodzi?
– O tego „członka rodziny". Rob nie należy chyba do ich rodziny?
– Cyganie mają bardzo rodzinne usposobienie – powiedziała spokojnie Kirsty. – Jack był kuzynem Caleba, więc ja też jestem jego kuzynką, a zatem mały Rob należy do rodziny Caleba. Im wydaje się to zupełnie oczywiste, nam zresztą też, prawda, skarbie? – Kirsty zwróciła się do dziecka, przypatrującego się matce z powagą. – Chcesz mieć przecież jak największą rodzinę.
– Nie zgadzam się – powiedział zimno Mike.
– Mike, proszę cię. Cyganie wkrótce stąd odjadą. Nie kłóćmy się o to.
– Zgoda – powiedział spokojnie – nie będziemy się o to kłócić. W ogóle o tym nie porozmawiamy. Muszę wyjechać w interesach.
– Będzie mi ciebie brakować. Ale mam przecież synka, prawda? – Kirsty zwróciła się do Roba. – Dotrzymamy sobie nawzajem towarzystwa.
Mike przez długą chwilę przyglądał się obojgu. Gdyby poprosiła go, żeby został, natychmiast zmieniłby swe plany. Matka i dziecko byli jednak tak bardzo zajęci sobą, jakby istnieli w osobnym świecie. Mike poczuł się całkowi cię zapomniany i po chwili wyszedł z pokoju.
Podczas nieobecności Mike'a Kirsty prędko doszła do wniosku, że życie na farmie toczy się normalnie wyłącznie dzięki Mabel. Była ona prawdziwą opoką, której nie naruszał żaden kryzys. Dzięki niej Rob był zupełnie bezpieczny i szczęśliwy, a Kirsty mogła ze spokojną głową zajmować się i nim, i farmą. Mabel wyzbyta była przy tym uczucia zazdrości, które często się zdarza wynajętym niańkom, i za każdym razem gdy Kirsty brała malca w ramiona, przyglądała się temu ze szczerym, życzliwym uśmiechem.
Miała niewielkie auto, którym jeździła do wsi, wkrótce więc usłyszała, co mówi się o jej pracodawczyni, Mabel uwielbiała plotkować, ale była też niezależna w sądach. Już pierwszego dnia zaakceptowała Kirsty i nic, czego dowiedziała się później, nie zmieniło ani na jotę oceny jej osoby. Gdy Kirsty powiedziała z rozmarzeniem, że dobrze byłoby zabierać Roba ze sobą w pole, to Mabel uszyła dla malca wygodne i bezpieczne nosidełko. Od tej pory Kirsty nie rozstawała się z dzieckiem, chyba że jechała daleko od domu.
Zauważyła, że inaczej niż przedtem odczuwa samotność. Oczekiwała na powrót Mike'a, ale nie doskwierała jej już tak bardzo jego nieobecność. Zostawił przecież w Everdene cząstkę siebie. Przytulać syna Mike'a, widzieć w twarzy dziecka rysy ukochanego mężczyzny, to było więcej niż szczęście. To było całkowite spełnienie.