Gdy wróciła do domu pewnego popołudnia, ujrzała syna na rękach Caleba. Mabel przyglądała się przybyszowi z przyjaznym uśmiechem, z czego Kirsty odgadła, że jego urok zrobił już swoje. Jenna stała pod ścianą, nie kryjąc zazdrości.
– Wkrótce wyjeżdżamy – powiedział Caleb, a miał na myśli rodziny cygańskie, obozujące na wrzosowisku. -Przyszedłem poprosić cię, żebyś odwiedziła nas z Robem któregoś wieczora. Babcia bardzo chciałaby go poznać.
– Wspaniały pomysł, ale Rob nie może wieczorem przebywać na powietrzu. Jest za zimno.
– Ubierz go ciepło.
– Nie – odparła stanowczo Kirsty. – Przyprowadź babcię tutaj.
– Dobrze. Zatem jutro. – Oddał Roba w ręce Mabel, złożył całusa na policzku Kirsty i objął ramieniem Jennę. – Do zobaczenia.
– Przygotujmy lepiej jedzenie dla setki osób – powiedziała ze śmiechem Kirsty, kiedy poszli. – Na pewno nie przyjdzie z samą tylko babcią.
Nazajutrz Caleb potwierdził, że Kirsty zna go dobrze. Przyprowadził ze sobą babcię, trzy ciotki, czterech wujków i całą gromadę kuzynów. Wszyscy stłoczyli się w kuchni, z zachwytem oglądali dziecko i wypili do dna przygotowany przez Kirsty poncz owocowy. Gościła ich z radością. Mike wyjechał miesiąc temu, wciąż nie miała wiadomości, kiedy wróci, a od tak dawna nie była na żadnym przyjęciu.
Trochę potańczyła, a potem usiadła na ławie obok babci, która dzielnie niańczyła jej synka. Staruszka dobiegała chyba setki, ale miała nadal dobry wzrok i pewnie trzymała dziecko na kolanach. Mały Rob spał, obojętny na to, co się wokół niego dzieje, ale w rączce trzymał gałązkę, symbol błogosławieństwa natury. Dostał ją od babci.
– Jest bez wątpienia jednym z nas – powiedziała Cyganka, śmiejąc się z tego, że tak kurczowo trzyma gałązkę.
– Tak, tu jest jego dom – odparła poważnie Kirsty. -Nauczę go kochać i chronić Dartmoor.
– Ja miałam na myśli coś więcej – dodała staruszka, świdrując ją oczami.
– Naprawdę? – Kirsty spochmurniała. – Niby co takiego?
– Och, jesteś bystrą dziewczyną. Nic już nie powiem. Przyjdzie jeszcze na to czas, no nie?
Kirsty chciała dopytywać się dalej, ale usłyszała, że muzyka cichnie, i zaciekawiona przeniosła spojrzenie na pokój. Tańczący zatrzymali się i wszyscy skierowali oczy w jedną stronę. Kirsty podążyła za nimi wzrokiem.
Na progu stał Mike. Powstała i uśmiechnęła się do niego na powitanie, ale zmroził ją wyraz jego twarzy, na której malowała się nienawiść.
– Moi przyjaciele przyszli uczcić narodziny syna – wyjaśniła.
– Właśnie widzę. Tylko że to trochę późna pora jak na małe dziecko – odparł chłodno Mike.
– Właśnie miałam kłaść go spać. – Kirsty odwróciła się, by zabrać synka od babci, ale staruszka już go nie miała.
Rob odnalazł się w ramionach Caleba, który uniósł dziecko do góry, trzymając je pewnie nad głową. Uśmiechał się do Mike'a jakoś dziwnie i Kirsty wyczuła, że szykuje się kolejna awantura. Szybko odebrała malca i podała go Mabel, która chciała pójść z nim na górę. Mike zatrzymał ją jednak.
– A po co dziecku to zielsko w dłoni? – zapytał.
– To cygańskie błogosławieństwo – wyjaśniła szybko. – Żeby rósł w jedności z naturą. Na Dartmoor to szczęśliwa przepowiednia.
Mike pobladł, wyrwał gałązkę z rączki Roba, połamał ją i cisnął na podłogę.
– Obejdzie się bez błogosławieństwa – mruknął. Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Zbezczeszczono ich świętość, toteż spoglądali teraz po sobie niespokojnie i powoli wycofywali się w stronę drzwi. W końcu został tylko Caleb.
– To, co zrobiłeś, było głupie – powiedział z lisim uśmieszkiem.
– Nie twoja sprawa. Wynoś się – nakazał Mike grobowym głosem.
Caleb wzruszył ramionami i podszedł do drzwi. Zanim wyszedł, posłał Kirsty całusa. Gdy zostali sami, zmroziła Mike'a spojrzeniem.
– Wiem, że jesteś wyczerpany po długiej podróży, ale czy to było naprawdę konieczne?
– Wyczerpany? Ty naprawdę uważasz, że to wszystko jest spowodowane moim zmęczeniem?
– W takim razie czym jeszcze?
– Nie domyślasz się? A może to chodzi o mnie? A konkretnie o to, jakim byłem głupcem, jak bardzo ci wierzyłem, jak nigdy nie zadawałem żadnych pytań, nawet jeśli zadręczały mnie na śmierć… Nadszedł chyba czas, by wreszcie je zadać.
– Jakie pytania? – krzyknęła Kirsty. – O czym ty mówisz?
– Nie wiesz, Kirsty? Czy to takie dziwne, że nabrałem podejrzeń, widząc, jak traktujesz tego łotra, mimo że wiesz, co o nim myślę? Gdy kobieta broni mężczyzny z takim uporem, zwykle jest jakiś powód.
– Wiesz, jaki to powód – odparła gwałtownie.
– Wiem, jaki powód ty mi podałaś, i wiem, jaki powód podał on. Nie mówimy o jednym i tym samym.
– On podał powód? Caleb powiedział ci… co takiego? Nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy z nim rozmawiałeś?
– Gdy wrócił i kłóciliśmy się o niego. Wyjechałem z Everdene, a gdy wracałem, czekał na mnie. – Mike spuścił głowę. Starał się być spokojny, nie zdenerwować jej, bo przecież karmi, bo dziecko… Był jednak o krok od powiedzenia tego, co przysiągł sobie zachować w tajemnicy, i z tego powodu robiło mu się coraz bardziej gorąco. – Wiesz, co mi powiedział? – zapytał cicho. – O naszym dziecku?
– Nie mam pojęcia – szepnęła Kirsty.
Gdy było już za późno, by wszystko cofnąć, stwierdził, że niepotrzebnie poruszył ten temat. Przecież jej ufał. Wiedział, że to Kirsty mówi prawdę, a nie jakiś marny oszust w podartych portkach.
– To nie ma znaczenia. – Machnął ręką.
– Oczywiście, że ma znaczenie. Mike, co Caleb powiedział ci o Robie?
– Powiedziałem, że to bez znaczenia – powtórzył z naciskiem. -I tak nigdy w to nie wierzyłem.
Kirsty przypomniała sobie chytrą twarz babci, jakby zapraszającą ją do uczestnictwa w jakiejś zmowie.
„Jest jednym z nas… bez wątpienia… jesteś bystrą dziewczyną…" Zadrżała na wspomnienie tych słów. To było absurdalne, niemożliwe.
– Jeśli nigdy w to nie wierzyłeś, nie zaszkodzi mi powiedzieć – usłyszała swój zbolały głos.
– Proszę, Kirsty. Po prostu doznałem szoku, gdy przyjechałem do domu i.,. Zostawmy to.
– Nie można tego zostawić, dobrze wiesz. Co ci powiedział?
– Powiedział, że spałaś z nim, żeby mnie nie wydał. I że teraz nie wiadomo, kto z nas dwóch jest ojcem – powiedział Mike, zupełnie zrozpaczony.
Czekał na jej wybuch, na awanturę, ale zamiast niej zapadła straszna, grobowa cisza. Twarz Kirsty poszarzała tak bardzo, jakby jego słowa miały śmiertelną moc. Teraz było za późno. Zrobił nieodwracalny krok i jak głupiec brnął dalej, chcąc naprawić błąd.
– Powiedziałem mu, żeby wynosił się do diabła i dał nam spokój ze swymi oszczerstwami.
Kirsty jakby go nie słyszała.
– I to zdarzyło się tego dnia – mówiła powoli – gdy przyjechał Caleb. Dwa miesiące temu. Przez cały ten czas myślałeś…
– Powiedziałem ci, że mu nie uwierzyłem! – przerwał jej gwałtownie.
– Nigdy nie powtórzyłeś mi, co powiedział, nie dałeś szansy obrony.
– Jak mogłem to zrobić? To by zabrzmiało jak oskarżenie.
– Oskarżenie? – Zaśmiała się gorzko. – Wolę już otwarte oskarżenie niż te skrywane wątpliwości. Dla mnie to rodzaj zdrady. Gdy przekroczyłeś próg domu dziś wieczorem, podejrzewałeś najgorsze. Nie zaprzeczysz temu.
– Nie mogłem znieść, że zawsze usprawiedliwiasz Caleba, jakbyś czuła do niego słabość.