– zastanawiałam się, czy nie dałabyś mu tego. – Wyjęła zapieczętowaną kopertę i podała ją Kirsty. Koperta pachniała eleganckimi perfumami, lecz Kirsty wzięła ją w palce z uczuciem odrazy. Oczywiście nie dała po sobie poznać, co naprawdę czuje. – Dopilnujesz, żeby ją dostał, dobrze?
– nalegała Lois.
– Dobrze. Oddam mu ją – odpowiedziała bezbarwnym tonem.
– Dziękuję ci więc. Pójdę już. – Wstała i owinęła futro wokół ramion. – Dowiedziałam się wszystkiego, co mnie interesowało. – Kirsty milczała, więc Lois uśmiechnęła się do niej miło. – Tylko nie zapomnij, proszę cię. Ten list jest dla mnie bardzo ważny.
– Dałam słowo i dotrzymam go – oświadczyła sucho Kirsty.
– W takim razie dogadałyśmy się. Muszę pocałować twoje maleństwo na pożegnanie.
Kirsty natychmiast zagrodziła dostęp do łóżeczka Roba.
– Lepiej nie – powiedziała uprzejmie. – Nie jest przyzwyczajony do obcych.
– A ty obawiasz się, że przejdą na niego wszystkie zarazki świata? – roześmiała się Lois. – Cóż, pewnie masz rację. Chcesz go uchronić przed kontaktem ze straszną rzeczywistością, ale pamiętaj, że każda idylla niestety ma swój koniec. Do zobaczenia.
Trzasnęły drzwi i po chwili Lois odjechała z jej zabłoconego podwórka. Kirsty wciąż trzymała kopertę w ręku. Sztywny papier koloru lawendy zdawał się parzyć jej dłoń, a zapach perfum przyprawiał ją o mdłości. Popatrzyła na list. Zapragnęła przeniknąć go wzrokiem, żeby odczytać, co mogło być aż tak ważne dla Mike'a – i dla niej.
W ciągu kilku chwil Lois udało się zdobyć pełną pogardę Kirsty, ale też i przestraszyć ją nie na żarty. Było coś przygnębiającego i dekadenckiego w całej jej postaci. Kirsty nie znała tych uczuć i nastrojów. Musiała jednak przyznać, że w jednym Lois miała rację – ich życie w Everdene było idyllą, a każda idylla się kończy. Świat Mike'a wyglądał inaczej niż jej i oboje o tym wiedzieli.
Przypomniała sobie, że chciał się z nią ożenić i zabrać ją do siebie. Czy jednak nie proponował jej tego tylko po to, by mieć przy sobie Roba? Bo po cóż też byłaby mu ona, dziwaczka z samotnej farmy, gdy na miejscu, w Londynie, miał wokół siebie kobiety co najmniej tak piękne jak Lois? Musiał się z nimi spotykać, w przeciwnym razie Lois nie byłaby tak pewna, że dostanie rozwód.
Tej nocy myślała o nim długo. Raz z wyrzutem, raz z życzliwością. Musiała jakoś ściągnąć tym dumaniem jego myśli, bo choć było późno, zadzwonił do niej. Po zwyczajowym powitaniu, Kirsty powiedziała:
– Była tu dzisiaj twoja przyjaciółka.
– Przyjaciółka? Jaka przyjaciółka?
– Lois Severham, czy też Lois Denver, jak teraz woli się nazywać.
Po drugiej stronie zapanowała cisza.
– Mike?
– Jestem, jestem… Posłuchaj, przykro mi, że Lois cię niepokoiła. Powiedziała coś ciekawego? – w jego głosie zabrzmiał niepokój.
– Powiedziała, że wkrótce nastąpi rozwód. I dała mi list dla ciebie. Mówiłeś chyba, że nie będzie cię do Wigilii, tak?
– Nie. Postaram się być wcześniej. Wolałbym uniknąć korków w Wigilię. Dam ci znać.
Przyjechał nazajutrz po południu. Wytłumaczył się, że ze względu na święta było mniej pracy, ale Kirsty wiedziała, że chciał bezzwłocznie przeczytać list od Lois.
Nie patrzyła na niego, kiedy przebiegał wzrokiem zapisane strony. Nie chciała widzieć reakcji, jaka odmaluje się na jego twarzy. Odwróciła się dopiero, gdy usłyszała, że chrząka z zakłopotaniem i składa kartki.
– Skąd ona się tu wzięła? – zapytał ze zdziwieniem.
– Powiedziała, że spędza święta z przyjaciółmi w Kornwalii.
– Nie wiedziałem, że ma tu jakichś przyjaciół.
– Ja też nie sądzę, żeby tak było – odparła sucho Kirsty. – Po prostu chciała zrobić trochę zamieszania.
– I dopięła swego? – Przyjrzał się jej badawczo.
– Nie wiem. Ile zamieszania jest w stanie zrobić, Mike? Może ty powinieneś mi powiedzieć.
– Niewiele, o ile uda się jej w tym przeszkodzić. Skończyłem z nią, jeżeli o to ci chodzi.
– Ale widujesz się z nią w Londynie.
– Nic na to nie poradzę. Hugh dał jej sporo imiennych udziałów, a potem stanowisko w spółce i tytuł, które nadal posiada. Z prawnego punktu widzenia sprawa jest dość skomplikowana. Ale prywatnie między nami nic nie ma, Kirsty. Tylko ty się liczysz, wierz mi. Zadrżała lekko.
– Oczywiście, że ci wierzę. Przyciągnął ją do siebie.
– Chociaż z drugiej strony miło pomyśleć, że mogłabyś być zazdrosna.
– Co za bzdura, wcale nie jestem zazdrosna.
– Skoro tak mówisz.
Pocałowała go desperacko, żeby zagłuszyć złe myśli, przeczucia i obawy.
– Będziemy mieć cudowne święta.
– Pewnie, że tak. Czy były do mnie jeszcze jakieś listy?
– Przyszło parę, tam leżą.
Patrzyła, jak nerwowo przebiera pakiet. Wyraźnie czegoś szukał, nie znalazł jednak żadnej korespondencji wartej dłuższej uwagi.
– A może były jakieś telefony?
– Nie. Powiedz, Mike – zapytała poważnie – spodziewasz się czegoś?
– Nieszczególnie. Tak pytam… – powiedział z ledwo słyszalnym westchnieniem.
Przez resztę wieczoru Kirsty obserwowała u Mike'a pewne skrępowanie, nie usiłowała go jednak przypisać pojawieniu się Lois. Gdy nadeszła pora spoczynku, Mike pierwszy udał się na górę, ale gdy Kirsty poszła za nim, nie zastała go w sypialni. Wiedziona instynktem, otworzyła drzwi do pokoju dziecinnego i tu go znalazła. Mike stał nad łóżeczkiem syna i troskliwie poprawiał jego kołderkę. Malutka rączka chłopca obejmowała duży męski palec.
– Ma uścisk jak zawodowy pięściarz – szepnął, gdy podeszła.
– Ma ręce budowlańca – powiedziała, wiedząc, że sprawi mu tym przyjemność. Rzeczywiście, uśmiechnął się, ale tylko przelotnie, pozostawiając wrażenie, że wciąż coś go gryzie.
– Mike – zaczęła, kiedy leżeli już w łóżku – czy chcesz mi coś powiedzieć?
Upłynęło trochę czasu, zanim się wreszcie odezwał.
– Napisałem do rodziców.
– To dobrze. Bardzo się cieszę! – ożywiła się Kirsty.
– To był taki list, jaki chciałaś, żebym napisał. Starałem się zbliżyć ich do ciebie i Roba. Ale nie odpisali.
– Są przecież święta, poczta zawsze przychodzi z opóźnieniem…
– Napisałem dziesięć dni temu. Gdyby mieli zamiar odpisać, już by to zrobili. Podałem im adres. Muszę się po prostu pogodzić z tym, że nie chcą mieć ze mną nic wspólnego.
– Mike, nieprawda. To twoi rodzice. Na pewno cię kochają.
– Może kiedyś tak było, zanim zraniłem ich w jakiś nieznany mi sposób. Teraz zaczynam lepiej to rozumieć.
Chciało jej się płakać. Widocznie mądrość zawsze przychodzi za późno, pomyślała sentencjonalnie, ale nie była w nastroju ani do rezygnacji, ani do filozoficznych refleksji. Jej serce po prostu buntowało się przeciw temu, że miłość rodziców do Mike'a umarła. Sama była matką i nie wyobrażała sobie, że coś takiego w ogóle jest możliwe.
Objęła go mocnym, czułym uściskiem, jakby w ten sposób mogła wynagrodzić mu brak rodzicielskiej czułości. W końcu z zadowoleniem poczuła, że zasnął z głową na jej piersi. Sama nie mogła zasnąć do późna.
Przez ostatnie kilka dni przed Bożym Narodzeniem, żeby nie robić jej przykrości, starał się okazywać radość z powodu świątecznych przygotowań. Gdy jednak widziała, jak wbrew sobie stara się być pogodny, było jej tym bardziej przykro.
Któregoś razu Mike wspomniał o jarmarku, który miał się odbyć na krańcu wrzosowiska, i zaproponował, żeby wspólnie się tam wybrali. Zgodziła się bardziej ze względu na niego, niż dla własnej przyjemności. Był to tradycyjny jarmark, lecz Mike wydawał się wszystkim naprawdę podekscytowany. Wygrał dla Roba na loterii ogromnego misia, potem przeszli przez gabinet krzywych luster, zanosząc się od śmiechu, kupili też cukierki dla Kirsty. Ich beztroski nastrój był jednak sztuczny i wymuszony i oboje o tym wiedzieli.