Выбрать главу

– Pali się! Zanieś Roba do domku Franka i Freda. Powiedz im, że są nam potrzebni – powiedziała Kirsty.

Mabel wstała i zaczęła szybko się ubierać, Kirsty zaś owinęła dziecko ciepłymi kocami. Na wpół rozbudzony, Rob wydał cichy jęk. Przycisnęła go do siebie w nagłym przypływie lęku i czułości.

– Nic mu się nie stanie – rzekła stanowczo Mabel. -Może pani być spokojna. Zadbam o to.

– Dzięki – powiedziała tylko Kirsty i pobiegła na dół. Mike telefonował już po straż pożarną.

– Zaraz tu będą – oświadczył, odkładając słuchawkę.

– Boże, w środku są zwierzęta! Trzeba je stamtąd zabrać – krzyknęła do niego Kirsty.

Tam wciąż szczekał, a z szopy dobywały się piski świnek. Ostatnio dwie z nich miały młode, więc Kirsty wydało się, że ich przerażający kwik ma jakąś szczególnie tragiczną nutę.

Pobiegli w stronę chlewa. Mike ostrożnie otworzył drzwi. Dach już zżerały płomienie, lecz ściany i podłoga były jeszcze nie tknięte. W każdej jednak chwili ogień mógł dosięgnąć siana, zamieniając to miejsce w palenisko.

Kirsty zaczęła wyłapywać prosiaki.

– Wynieś je, maciory same pójdą za nimi – krzyknęła do Mike'a.

Stało się dokładnie tak, jak powiedziała; po jakimś czasie w szopie została tylko Etta, która nie miała młodych mogących nią pokierować, a sama była tak przerażona, że nie dała ruszyć się z miejsca. Mike wziął ją z trudem na ręce i zataczając się pod jej ciężarem, wyniósł na zewnątrz.

Wszystkie maciory pilnowały swoich młodych na podwórku, wydając dźwięki ukontentowania. Jedynie Cora wydawała się wciąż czymś zaniepokojona i biegała w tę i z powrotem. Domyślając się przyczyny, Mike rzucił się znów w kierunku chlewa.

– Mike – rozległ się głos Kirsty – co ty wyprawiasz? Ta stodoła zaraz runie!

– Nie widzisz, że jednego brakuje? – odkrzyknął i zniknął w środku.

Zlokalizował prosiaka natychmiast – małe, drżące ciałko skuliło się w najdalszym kącie. Ruszył w jego stronę, nie zważając na niebezpieczeństwo i na Kirsty, która pojawiła się w drzwiach i zaczęła wołać z przerażeniem:

– Mike, gdzie jesteś?

– Wyjdź stąd! – krzyknął do niej, pchnął ją i sam rzucił się do wyjścia dokładnie w momencie, gdy belka podtrzymująca dach zawaliła się i upadła obok niego na siano, zamieniając wszystko wokół w morze ognia. Już na zewnątrz z ulgą wciągnął w płuca chłodne powietrze. Usłyszał dźwięk syreny i w chwilę później na podwórko zajechał strażacki wóz. Mężczyźni wyskakiwali, biegali, wyciągali liny. Dał się słyszeć syk wody spadającej na płomienie.

Przyszli Fred i Frank, zajęli się zwierzętami.

– Widzieliście Mabel? – zapytała z niepokojem Kirsty.

– Jest u nas. Dziecko też – odparł lakonicznie Fred.

Przez jakiś czas w milczeniu obserwowali pracę strażaków. Na widok płomieni sięgających coraz bliżej domu, Kirsty załamała ręce, jakby zaklinając ogień, by nie posuwał się dalej. Strażacy nie przerywali pracy, aż wreszcie ostatnie płomyki wygasły i przed ich oczami ukazał się tylko czarny, wypalony szkielet budynku.

– Mieliście szczęście. Gdybyście nie zauważyli ognia w porę, rozprzestrzeniłby się dalej – rzekł dowódca. – Byłoby po domu. Kto pierwszy zauważył pożar?

– Pies – Mike podrapał Tarna za uchem.

– Ma pan jakieś podejrzenia, jak to się mogło stać? Niedopałek?

– Nikt tu nie pali – wtrąciła Kirsty.

Strażacy zaczęli badać teren, przyświecając sobie latarkami. Jeden z nich wynurzył się nagle z ciemności i powiedział:

– Na dokładne oględziny jest za ciemno, ale od razu mogę powiedzieć, że zaczęło się od dachu.

– Jak to możliwe? – spytała zmieszana Kirsty. Dowódca spojrzał na nią uważnie. Pochodził z tych stron i wiedział, co o niej mówiono.

– Niektórzy chcą się pani stąd pozbyć, prawda? Jak pani myśli, czy mogliby się do tego posunąć?

– Do czego? Do podpalenia? Chyba nie sądzi pan…

– Może i nie. Ale proszę o tym pomyśleć. Teraz musimy się zbierać.

Kiedy jechali po Mabel, Kirsty wciąż miała rozbiegane myśli.

– On zmyśla, prawda, Mike? Kto mógłby dopuścić się czegoś takiego?

– David Mullery – powiedział krótko Mike. – Mówi, że jesteś czarownicą, a czarownice powinno się palić. Jak kiedyś.

– Daj spokój, przecież to dziecko. Po co to głupie gadanie? Poza tym, czemu dopiero teraz, a nie rok temu?

– Rok temu byłaś samotną bankrutką. Teraz masz mnie, dziecko i dość pieniędzy, żeby utrzymać Everdene. Właśnie teraz są do ciebie wrogo nastawieni, bardziej niż kiedykolwiek. To zazdrość.

– Ale żeby aż… – pokręciła z niedowierzaniem głową – przecież mamy dziecko…

Ogarnęła ją fala gniewu. Znosiła z godnością wszystko, co zgotował jej los, skoro jednak teraz życie dziecka było zagrożone, owładnął nią najprymitywniejszy, okrutny i nie znający miłosierdzia instynkt matki chroniącej młode. W swym sercu poczuła nienawiść do tego, kto podniósł na nie rękę.

Następnego dnia podczas śniadania zadzwonił telefon. Odebrał Mike i po zwięzłej wymianie zdań powiedział Kirsty, że mają wezwanie na posterunek policji i że jest świadek, który widział wczoraj Davida Mullera w pobliżu Everdene.

– Bardzo dobrze – powiedziała Kirsty z zaciętym wyrazem twarzy. Od momentu pożaru miała poczucie, że jest inną osobą, mściwą, pozbawioną litości, zdolną do rzeczy najokrutniejszych. Była zdecydowana na wszystko, byle tylko wsadzić swoich wrogów za kratki.

Kiedy weszli na posterunek, zobaczyli Neda Wilsona, farmera, jednego z najzagorzalszych przeciwników Kirsty. W tej chwili był świadkiem przeciw Davidowi.

– Byłem jakieś pół kilometra od Everdene, kiedy przeleciał obok mnie, jakby go kto gonił. – Zwrócił się do Kirsty. – Nie zdziwiło mnie to, dopóki nie usłyszałem o pożarze.

– Tak, spalił się budynek stojący najbliżej domu – potwierdziła takim tonem, że aż Mike spojrzał na nią, zaniepokojony nienawistnym tonem w jej głosie.

Ned chrząknął.

– Z tego co słyszałem, ulubionym tematem małego są od jakiegoś czasu całopalenia czarownic. Każdy wie, co Mullerowie o was myślą. Cóż, zdaje się, że na jakiś czas będziecie mieli ich z głowy.

– Nie!

Żadne z nich nie zauważyło dotąd stojącej za nimi pani Mullery. Dopiero na jej krzyk odwrócili się za siebie. Jej włosy, zazwyczaj upięte starannie z tyłu, zwisały teraz w bezładzie, a oczy miały przerażający wyraz.

– To nieprawda. On nic nie zrobił!

– Widziałem go, o tam – wskazał Ned przez okno.

– Widziałeś go na wrzosowisku. Nie widziałeś, żeby coś robił! – powtarzała desperacko pani Mullery. Zwróciła się do Kirsty. – Nie może pani powiedzieć, że to on. Skąd pani wie? Nie ma nic złego w chodzeniu nocą po wrzosowisku.

– Mój syn mógł umrzeć – odparła chłodno Kirsty. – Jeśli to pani dziecko…

– To nie on, to nie on, naprawdę… On nic o tym nie wie. Boże, Boże… – zaczęła zawodzić. – Zeznałam już przecież, że to nie był mój David, on by nie mógł tego zrobić. Ale nikt mi nie uwierzy, wiem… Jak mam was przekonać? Boże… zamkną go, a to jeszcze dziecko, o Boże, Boże… Nie, nie, nie… – wybuchnęła przerywanym płaczem.

Kirsty patrzyła na nią z kamiennym sercem. Co ją obchodzi ta kobieta, co ją obchodzi David Mullery, skoro jej ukochane dziecko mogło stracić życie? Pomyślała o synu i ogarnęło ją wzruszenie. Jak dobrze było trzymać go przy piersi, czuć ciężar jego główki, słodkie rączki w swoich. Nie przeżyłaby, gdyby miała go stracić. Czy matka mogłaby otrząsnąć się po takiej stracie? Nie, każda matka zrozumiałaby, dlaczego nie może być litości dla prześladowców jej dziecka. Każda.