Выбрать главу

Spojrzała na panią Mullery, która zgięła się wpół pod ciężarem cierpienia i płakała bezgłośnie. Spojrzała w jej oczy i przypomniała sobie, jak kiedyś patrzyły na nią z nienawiścią. Spojrzała i przypomniała sobie scenę na cmentarzu, grób Petera Mullery'ego, wrogie okrzyki: „morderczyni, wiedźma, czarownica!", wznoszone przez żałobników, a najgłośniej przez matkę.

Czy ona sama zachowałaby się podobnie, gdyby jej syn…? To niedokończone pytanie trafiło w czuły punkt. Nagle serce Kirsty zaczęło topnieć, a pani Mullery nie była już wrogiem tylko nieszczęśliwą matką, która najpierw utraciła jednego syna, a teraz miała stracić drugiego. Czy to jej wina, że tak się stało? Ona kochała tylko swe dzieci, chciała je bronić. A przecież obroniła także i Kirsty, wtedy, przed sklepem, z uszanowania dla jej ciąży i przyszłego macierzyństwa. Tak, teraz zrozumiała, czym naprawdę jest macierzyństwo.

Rozmyślania Kirsty przerwał sierżant.

– Młody David został aresztowany dziś rano – powiedział. – Formułujemy właśnie zarzuty. Proszę pani, to nie pomoże – ostatnie słowa skierowane były do pani Mullery, która opadła na krzesło bez sił.

– O co jest oskarżony? – spytała Kirsty.

– O podpalenie. Mnóstwo ludzi słyszało, jak mówił, że zasługuje pani na stos.

– Czy nierozsądna chłopięca paplanina wystarczy, żeby go oskarżyć? – w głosie Kirsty zabrzmiało zdziwienie. Potem dodała: – Przecież nigdy wcześniej nie pojawiał się w pobliżu Everdene.

Zapanowała konsternacja. Ned popatrzył na wszystkich i powiedział ostrym tonem:

– Widziałem go.

– Mógł biec od głównej drogi. Ja też go wczoraj widziałam, ale daleko od farmy. Księżyc świecił jasno, to był na pewno on. Pewnie włóczył się po nocy po wrzosowiskach. To typowe dla tego wieku… – Ned wytrzeszczył oczy. Sierżant patrzył na Kirsty spod zmrużonych powiek, ale ona czuła na sobie tylko niedowierzający wzrok pani Mullery. – Poza tym – ciągnęła pewnie – kiedy się nad tym zastanowię, widzę, że mogłam sama zaprószyć ogień. Latarka upadła mi w siano i zapaliłam zapałkę. Zdmuchnęłam ją zaraz, ale może tliła się jeszcze jakiś czas. Może tak właśnie zaczął się pożar.

– Co za nieprawdopodobna bujda – zaczął Ned.

Rzeczywiście, historia była zupełnie nieprawdopodobna i twarz sierżanta wyrażała zrozumiały sceptycyzm. Poszedł po wyższego rangą oficera, który zaprowadził Kirsty w głąb posterunku. Mike uparł się, że pójdzie z nią, odepchnął usiłującego go powstrzymać policjanta i wczepił się w jej ramię. Od czasu do czasu dotykała jego palców i pewnie stawiała czoło wrogim pytaniom. Stanowczo odmawiała zmiany zeznań.

– Nie wierzę ani jednemu pani słowu – powiedział wreszcie ze złością oficer. – Ale jeżeli chce pani za wszelką cenę kryć tego chuligana, nie mogę nic zrobić. Wynoście się wszyscy i dajcie mi spokój.

Gdy wychodzili, pani Mullery wciąż czekała w recepcji na wynik przesłuchania. Dowiedziała się wkrótce, że David został wypuszczony i że za chwilę będzie mogła go zabrać. Przyjęła to z niedowierzaniem, ale przede wszystkim z ogromną radością. Rzeczywiście, przyprowadzono go zaraz. Wyglądał na mocno przestraszonego całą sprawą.

Sierżant posłał Kirsty końcowe ostrzeżenie.

– Mam nadzieję, że pani wie, co robi. Będzie pani dźwigała ciężkie brzemię, jeśli następnym razem kogoś zabije.

– Nie będzie następnego razu – powiedziała Kirsty, patrząc wymownie na panią Mullery. Wydało jej się, że tamta niedostrzegalnie skinęła głową, ale trudno było o pewność.

Na zewnątrz Ned dopadł Kirsty.

– Wie pani tak samo jak ja, że to on. O co chodzi?

– Chcę wreszcie położyć temu kres.

Ned wzruszył tylko ramionami i odszedł, Mike zaś ujął Kirsty pod ramię i zaprowadził do samochodu. Obserwował całą scenę na posterunku w milczeniu i z coraz większym zdumieniem, ale wiedział, że nie powinien się wtrącać. Zastanawiał się nad tym przez całą drogę, w końcu, gdy byli już przed domem, zapytał:

– Czy cokolwiek z tego, co powiedziałaś, było prawdą?

– Ani słowo. Nie widziałam Davida. I nigdy w życiu nie wyrzuciłam zapałki w stodole.

– Wiem. Dlatego nie wierzyłem własnym oczom. W jednej sekundzie pałasz chęcią zemsty, a w następnej dajesz się zapominać, że w grę wchodziło życie dziecka.

– Nie zapomniałam, Mike. Ale Robowi nic się nie stało, a jej jeden syn już nie żyje. Nie żyje i nigdy nie wróci. Teraz wiem, co ona czuje – zasłoniła spływające po twarzy łzy, a on otoczył ją ramieniem. – Zabiłam go. Nie wiem jak, ale zabiłam jej syna, rozumiesz? Jestem i pozostanę winna. Och, Mike, co ja mam począć?

Po wypadku Kirsty wciąż chciała być z Robem. Frankowi i Fredowi zostawiła urządzenie jakiegoś schronienia dla zwierząt, a Mabel dała wychodne. Mike sam usunął się na bok, widząc jej potrzebę kontaktu z dzieckiem.

Całymi dniami wysiadywała w ciepłej kuchni z synkiem w ramionach. Myślami często była przy pani Mullery i jej serce współczuło jej szczerze. Wspominała tamtą scenę na ulicy, kiedy usłyszała z jej ust: „Teraz wiesz, teraz wiesz…"

Myślała o tym tak często, że gdy pewnego dnia podniosła oczy i nagle ujrzała panią Mullery przed sobą, patrzącą z uwagą, pomyślała, że to jej myśli musiały się zmaterializować. Jednak wizja nabrała ostrzejszych konturów i teraz Kirsty wiedziała już, że prawdziwa pani Mullery przyszła do niej do domu i oto stoi przed nią w jej kuchni.

– Pukałam, ale nikt nie słyszał. Drzwi były ledwo zasunięte, więc weszłam – Kirsty nigdy nie słyszała pani Mullery mówiącej tak niepewnie. Spojrzała na nią.

– Spodziewałam się pani – mówiąc to, uwierzyła, że tak właśnie było.

– Tak. Musimy porozmawiać.

– Proszę usiąść. Zrobię herbaty. – Kirsty wstała i odłożyła dziecko do łóżeczka.

– Czy mogę potrzymać pani chłopczyka… – zaczęła pani Mullery. – Nie, nie mam prawa – zreflektowała się.

– Dlaczego? Proszę go wziąć. – Kirsty wsunęła Roba w ramiona zdumionej pani Mullery.

– Jest ślicznym dzieckiem.

– I znaczy dla mnie wszystko. Powiedziała pani kiedyś, że teraz już wiem. Tak, wiem, rozumiem. I nie winię pani za nienawiść do mnie.

– Pani też nienawidziła Davida za podpalenie, a jednak uwolniła go pani. Dlaczego?

– Wie pani, dlaczego. Już wtedy pani wiedziała.

– Ze względu na mnie?

– Tak.

– Mimo że to ja nastawiłam ludzi przeciw pani?

– Chcę, żeby to się skończyło. Nic nie wskrzesi Petera, ale przysięgam, nigdy nie chciałam uczynić mu żadnej krzywdy. Jeśli nawet doprowadziłam do tego, zrobiłam to bezwiednie.

Cisza, jaka zapadła po tych słowach, trwała długo. Wreszcie pani Mullery wymówiła z trudem:

– Wiem. To nie pani wina.

– Wierzy mi pani?

– Tak. Zrozumiałam to w ciągu ostatnich trzech tygodni.

– Trzech tygodni? Nie rozumiem.

– Przeglądałam rzeczy Petera. Przedtem nie mogłam się na to zdobyć, spakowałam je więc i nie ruszałam. Trzy tygodnie temu zajrzałam do nich i znalazłam ten dziennik.

– Wspomina w nim o mnie?

– Cały dziennik jest poświęcony pani, nie tylko z tamtego okresu, ale i z wcześniejszego. Szalał za panią, ale nie dał tego po sobie poznać, prawdę ujawniał tylko w tym dzienniku. Pisał takie rzeczy, że…

– Jakie?

– Na przykład wiersze. Połowy nie zrozumiałam. On żył marzeniami, nie rzeczywistością. Proszę zresztą zobaczyć… – ruchem głowy wskazała leżącą na podłodze torbę