Выбрать главу

– Panowie, to moja farma. Nie sądzę, żebyśmy się znali

– zauważyła grzecznie.

Młodszy z nich obrzucił ją znudzonym spojrzeniem.

– Też tak myślę – odpowiedział, wracając do notatek.

– Wspomniałam o tym, bo znajdujecie się na terenie prywatnym.

– Doprawdy? – Tym razem nawet nie spojrzał.

– Chciałabym wiedzieć, co tu robicie.

– Proszę się nie martwić. Robimy tylko pomiary.

– Pomiary? Na moim terenie? Bez zezwolenia?

– Proszę pani, robię tylko, co mi każą, a kazali zrobić pomiary tego gruntu.

– Aha. Przypuszczam, że jesteście od Colleya?

– W pewnym sensie. Jeśli coś się pani nie podoba, to proszę porozmawiać z szefem.

– Tak właśnie zrobię – powiedziała stanowczo i czym prędzej zawróciła w stronę domu.

Nie minęła godzina, gdy Mabel ze zdumieniem ujrzała, jak Kirsty wpada do kuchni niczym huragan i kieruje się prosto do telefonu. Usłyszała, że zamawia taksówkę do dworca w Plymouth. Zanim zdążyła otworzyć usta, Kirsty była już na górze, po chwili zjawiła się znowu z małą torbą podróżną.

– Jadę do Londynu – oświadczyła.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczyła diabła! – zawołała Mabel.

– Jeszcze nie teraz, ale zamierzam się z nim zobaczyć. A kiedy to zrobię, pożałuje, że mnie wywołał. Gdzie to jest, do licha? – mówiła, przetrząsając nerwowo szufladę.

– Co takiego? – spytała Mabel, usuwając się z drogi papierom wyrzucanym przez Kirsty.

– Ostatni list od Colleya, potrzebny mi jego adres. Najpierw próbowali mnie zmusić, bym sprzedała Everdene, a w tej chwili mają czelność mierzyć moją ziemię, mimo że sto razy mówiłam, że nie sprzedam ani kamienia. Czy mogłabyś dowiedzieć się o rozkład pociągów do Londynu? Zanim Kirsty znalazła list, Mabel poinformowała ją, że pociąg do Londynu odjeżdża za godzinę.

– Ale to strasznie długa droga, kilka godzin – ostrzegała. – Zanim dojedziesz, będzie po północy. Nie lepiej zaczekać na Mike'a, żeby on się tym zajął?

– Mike zajmował się tym poprzednim razem – zauważyła Kirsty sucho. – Przysięgał, że nie będą mnie niepokoić, i masz, znowu się kręcą. O, jest taksówka. To pa, lecę – zatrzymała się i uścisnęła Roba – życz mamusi powodzenia, kochanie.

Po pół godzinie znalazła się w Plymouth. Większość miast drażniło ją, to akurat leżało nad brzegiem morza, którego pusta nieskończoność przypominała wrzosowiska, akceptowała je więc. Nie było jednak czasu na podziwianie widoków. Kirsty poleciła jechać prosto na stację i ledwo zdążyła przed odjazdem pociągu.

Pociąg był zatłoczony, dotarła więc do Londynu zmęczona, głodna i zdrętwiała od długiego siedzenia. Była już północ. Kioski i budki z jedzeniem pozamykano, a nocne życie na stacji powoli zamierało. Bezdomni sadowili się na ławkach, sprzątacze sobie poszli, a po peronach kręciły się panie z Armii Zbawienia. Jedna z nich podeszła do Kirsty.

– Czy ktoś po panią wyjdzie?

– Nie. Właśnie się zastanawiałam, co począć. Przyjechałam się z kimś zobaczyć. Jutro wracam do domu – wyjaśniła Kirsty.

– Jestem sierżant Ann Mully. Pracuję dla Armii Zbawienia. Mamy tu niedaleko nasz hotel. Może tam się pani prześpi?

Kirsty skorzystała z zaproszenia. Do prowadzonego przez siostry hoteliku dojechała furgonetką wypełnioną kilkunastolatkami, zapewne uciekinierami z domów, właściwie jeszcze dziećmi. Wzdrygnęła się na myśl o ich losie. Czuła się tak, jakby z czystego świata, gdzie zawsze świeci słońce, przeniosła się do brudnego, mrocznego lochu. Tym było dla niej miasto.

Zasypiając w hotelowym łóżku, pomyślała o Mike'u. Nie obudził w niej ciepłych wspomnień. Prześladowała ją nieśmiała propozycja z jego strony, żeby nie przebudowywała stodoły. We śnie nawiedzał natomiast głos Lois.

Następnego dnia przed wyjściem otrzymała od Ann wskazówki, jak trafić pod wskazany adres.

– Musi pani wsiąść w metro i wysiąść przy Oxford Circus.

Jak można żyć w mieście, zastanawiała się, pędząc zamknięta w blaszanym wagoniku przez czarne, podziemne tunele. To jak koszmar na jawie. Ale w tym właśnie świecie żyje Mike.

Dotarła do Oxford Circus i z ulgą wyszła na powietrze. Gazeciarz na rogu pokierował ją dalej i wkrótce stanęła przed ogromnym, ponurym budynkiem. Pchnęła duże szklane drzwi, znalazła się w przestronnym holu. Był tam jedynie mężczyzna w mundurze, siedzący za biurkiem.

– Czy tu mieści się firma „Colley & Son"?

– Zgadza się. Jak nazwisko?

– Kirsty Trennon.

– Pani do kogo?

– Do dyrektora.

– Jest pani umówiona?

– Nie, ale przyjmie mnie.

– Wątpię. Jest zajęty.

– Ja też jestem zajęta, a mimo to przyjechałam specjalnie z Dartmoor, żeby mu powiedzieć, że srogo pożałuje, jeśli nie przestanie mnie gnębić.

– Może zechce pani usiąść? – powiedział ugodowo, chwytając za słuchawkę.

W tym samym momencie przyjechała winda, z której wysiadły dwie osoby.

– Proszę się nie fatygować – rzuciła Kirsty. Nie zwracając uwagi na wołania portiera, wsiadła szybko do windy i nacisnęła guzik, zanim ktokolwiek zdążył interweniować. Nie miała pojęcia, na którym piętrze może przyjmować dyrektor, ale postanowiła, że zacznie od ostatniego.

Sześć pięter wyżej winda zatrzymała się cicho. Drzwi się rozsunęły i natychmiast ukazała się sekretarka, która wycedziła:

– Nie można nachodzić dyrektora, jeśli nie ma się umówionej wizyty.

Najwyraźniej było to właściwe piętro; portier musiał zadzwonić z dołu.

– Nie można? No to zobaczymy! – powiedziała Kirsty i ruszyła w jej stronę. Sekretarka stanęła na drodze do jednego z trzech korytarzy wiodących od windy. – Dziękuję, właśnie zastanawiałam się, którędy pójść – uśmiechnęła się Kirsty, wywinęła sekretarce i pobiegła, żeby zdążyć przed jej interwencją. Na końcu korytarza wpadła na dwie kolejne sekretarki, które na jej widok podniosły się, gotowe do walki.

Oczy Kirsty miały jednak taki wyraz, że opadły z powrotem na swoje siedzenia, a ona podeszła do dębowych drzwi, bez przeszkód pchnęła je i stanęła na progu gabinetu.

Teraz ona opadłaby na krzesło, gdyby tylko za nią stało.

Na wprost wysokiego okna stała uśmiechnięta Lois, uwodzicielsko przyciskając swe ciało do mężczyzny i gładząc go po policzku.

Mężczyzną tym był Mike.

12

Wszyscy troje stali przez chwilę jak posągi. Kirsty uświadomiła sobie nagle, że właściwie wie o wszystkim od dawna: nie znała wprawdzie szczegółów, ale czuła, że Mike daje jej jedynie małą cząstkę siebie, resztę ukrywając. Tak, ten moment był nieunikniony. Lois pierwsza odzyskała głos i jej perlisty śmiech prze- rwał ciszę.

– O jak cudownie! – powiedziała.- Powinnaś była jednak uprzedzić nas, że przyjeżdżasz. Nie wydaje mi się, żeby Mike był przygotowany na taką… hm, niespodziankę, prawda, kochanie?

Mike był blady, ale mówił dość składnie.

– Lois, bądź tak dobra i zostaw nas samych.

– Oczywiście, misiu. – Strzepnęła niewidoczny pyłek z ramienia Mike'a i wypłynęła z gracją, rzucając po drodze złośliwe spojrzenie na niedbały ubiór i zmęczoną twarz Kirsty.

Gdy tylko zostali sami, Mike podszedł do Kirsty z wyciągniętymi ramionami.