Выбрать главу

Odsunął się nagle, nie wypuszczając jej z uścisku. Cały czas się śmiał.

– O właśnie! O to chodzi. Walcz ze mną. Będzie wspaniale.

Udało jej się uderzyć go i zaskoczyć na tyle, że ją wypuścił. Zaraz jednak podszedł do niej, złapał ponownie i rzucił na ławę. Następnie usiadł obok i przygniótł sobą, żeby nie mogła się podnieść. Zaczął przemawiać do niej tonem perswazji, który budził strach, choć nie był gwałtowny.

– Nigdy nie pozwoliłem kobiecie obchodzić się ze mną w taki sposób, Kirsty. Ale ty jesteś wyjątkowa. Ożeniłbym się z tobą, gdybym był z tych, co się żenią. Chciałem się zabezpieczyć od razu, jak umarł Jack, ale nie byłaś wtedy gotowa, to poczucie winy i w ogóle… Nie – wstrzymał ją, gdy chciała go odepchnąć – nie rezygnuj teraz, kiedy właśnie zaczynamy się lepiej poznawać. – Pogłaskał jej twarz, przez którą przepłynął cień obrzydzenia. Opętana była jedynie myślą o dziecku. – Odszedłem – mówił dalej Caleb – żebyś zobaczyła, jak to jest beze mnie. Zamierzałem wrócić latem, ale po drodze miałem małe problemy. No a jak wróciłem, on się tu kręcił, więc musiałem trochę zmienić plany.

– I opowiedziałeś mu tę bajeczkę o prawdziwym tatusiu

– wycedziła z pogardą. – Musiałeś być rozczarowany, że ci nie uwierzył.

– Nie uwierzył? To gdzie teraz jest? Nie tutaj? Kiedy wraca?

– Gdzie moje dziecko?! – wrzasnęła Kirsty.

– W bezpiecznym miejscu, słodka, na pewno nam nie przeszkodzi. Za długo czekałem na to, co mi się należy.

Przycisnął ją do siebie. Kirsty znalazła w sobie dość sił, by uderzyć go w twarz. Przechylił się, a ona wykorzystała moment i znów się wywinęła. Gdy doskoczył do niej, celnie ugodziła go kolanem. Zawył, ale prawie natychmiast odzyskał przewagę i powalił ją na ziemię.

Upadek oszołomił Kirsty. Spod niedomkniętych powiek obserwowała każdy ruch Caleba. Brak jej było sił, żeby się dalej bronić. Półprzytomnie dojrzała jeszcze, że sięga do kieszeni i wyjmuje nóż.

– W porządku – powiedział i upadł koło niej na kolana. Ostatnią rzeczą, jaką widziała, była majacząca postać Caleba i zbliżający się nóż.

Po wyjściu Kirsty Mike nie od razu ochłonął i nie od razu zaczął sprawnie myśleć. Sięgnął po telefon, żeby portier na dole ją zatrzymał, ale zawahał się w pół gestu. Cokolwiek by zrobił, Kirsty i tak go teraz nie posłucha.

Do pokoju wsunęła się uśmiechnięta Lois.

– I co? Poszła sobie?

– Na jakiś czas. Zaraz ją dogonię. – Jego głos stał się zimny i pełen zjadliwej ironii. – A tak w ogóle, dzięki za to małe przedstawienie. To było dokładnie w twoim stylu. Ale to i tak nic nie da. Od miesięcy ci powtarzam, że to koniec i to jest koniec. Nie jestem bezwzględny, choć może powinienem. Staram się zdobyć na uprzejmość. Moim błędem było, że zrobiłem z ciebie ofiarę. Ale tempo, z jakim puściłaś kantem Hugha i próbowałaś odnowić nasz związek, gdy tylko stanąłem na nogi, było przerażające. Prawie tak przerażające, jak wtedy, gdy w podobnych okolicznościach rozstałaś się ze mną.

– Nienawidziłeś mnie za to? – powiedziała głosem, w którym wyczuwało się napięcie.

– Kiedyś chyba tak, ale to już historia. Wtedy coś dla mnie znaczyłaś. Potem było mi ciebie żal, ale i to minęło, gdy tylko przekonałem się, do czego jesteś zdolna. To wszystko było żałosne: ten błahy list, który posłużył ci za pretekst, żeby niepokoić Kirsty i wywołać jej podejrzenia, twoje pojawienie się u mnie późno w nocy i teraz to ostatnie…

– Kochanie, zrobiłam to dla twojego dobra. Z nią nie byłbyś szczęśliwy. Po prostu zbyt dobrze cię znam.

– Nigdy mnie nie znałaś, Lois – ton jego głosu był poważny. – Nie winię cię za to, bo nawet ja siebie wtedy nie znałem, ale dzięki Bogu teraz wiem już o sobie znacznie więcej.

– Chyba nie myślisz, że uwierzę. Cóż to ma być? Jakieś nawrócenie? Na co? Ma miłość pośród krów? – Tak jak poprzednio podeszła do niego i pogłaskała go po policzku, starając się uwodzicielskim gestem wzbudzić jego przychylność. I tak jak poprzednio spotkała się tylko z chłodną obojętnością.

– Nie dbam o to, w co wierzysz, obchodzi mnie tylko Kirsty – powiedział po prostu i odsunął jej rękę. – Chcę, żebyś uprzątnęła swoje biurko i opuściła raz na zawsze ten budynek. – Nie czekając na odpowiedź, nacisnął przycisk. – Mario? Wychodzę już dzisiaj… Jeżeli są jakieś listy do podpisu, proszę je przynieść – powiedział sekretarce. Weszła za chwilę, a za nią młody mężczyzna w okularach, który wyglądał na bardzo zafrasowanego.

– Nie może pan teraz wyjść – zaprotestował. – W każdej chwili spodziewamy się tych awanturników.

– Awanturników? – powtórzył chłodno Mike. – Jeśli chodzi panu o ekologów, proszę nazywać rzeczy po imieniu.

– Kiedyś sam pan ich tak określił.

– Na pewno nie ostatnio. Pan się z nimi spotka, Richard. Jest pan moim asystentem i najwyższy czas, żeby przyzwyczaił się pan do zarządzania firmą.

– Ale jeśli mamy im zamknąć usta, to właśnie pan jest w tym najlepszy – nalegał Richard. – Jest pan prawdziwym mistrzem.

Mike spojrzał na niego znad listów.

– Tak… Myślę, że zasłużyłem na to określenie – powiedział ponuro.

– Zawsze pan mawiał, że to pierwsza zasada biznesu.

– Niech mi pan nie przypomina, co mówiłem. Proszę słuchać, co do pana mówię w tej chwili – upomniał go Mike. – Może to i jest jakaś zasada, ale tej akurat nie chciałbym mieć wypisanej na nagrobku.

– Już są – oznajmiła sekretarka, zaglądając do pomieszczenia obok.

– Dobrze. Poproś ich – powiedział i do gabinetu zaczęli wchodzić przedstawiciele protestujących przeciw kolejnej inwestycji. – Dzień dobry wszystkim, proszę tutaj – zaczął komenderować. – To mój asystent, Richard. Niestety, muszę wyjść, ale proszę mu przekazać wszelkie zmiany i poprawki, na których wam zależy, a on dopilnuje, żeby zostały wprowadzone.

Richard złapał nerwowo powietrze.

– Poprą…

– Po prostu zrób, co ci powiedzą. – Mike podszedł do drzwi i zatrzymał się. – Kto teraz zarządza Colleyem?

– Stary Colley – odparł Richard. – Zostawiliśmy go.

– Wywalcie go więc. Wykupcie go. Cokolwiek. Po prostu się go pozbądźcie.

W drodze do Dartmoor Mike czuł dziwną lekkość. W Everdene Kirsty nie będzie mogła zbyć go byle czym, a wtedy wszystko się wyjaśni.

Wiedział, że mogła złapać następny pociąg do Plymouth. Jadąc szybko, mógł być na miejscu nawet przed nią. Omijał wszystkie znane mu zatory, a jego myśli były już na zielonych polach i wrzosowiskach.

Niestety, mniej więcej w połowie drogi utkwił w korku. Godzina zeszła mu na siedzeniu w kurzu i spalinach i był pewien, że nie będzie w Dartmoor przed Kirsty. Rzeczywiście, dojechał dopiero o zmierzchu. Był zmęczony, ale pełen nadziei.

Już kilometr przed Everdene wypatrywał świateł, ale nie mógł ich dostrzec. Zaniepokoił się. Przecież nie wyjechała?

Jego niepokój pogłębił się, gdy zobaczył otwarte drzwi, mimo że nie paliły się żadne światła. Opanował go lęk, gdy przypomniał sobie słowa matki o tym, że jak długo ma Kirsty, tak długo ma szanse na szczęśliwe życie i teraz ze strachem pomyślał, że mógłby ją stracić…

Wbiegł do środka i zawołał ze strachem, który mieszał się z nadzieją:

– Kirsty! Kirsty!

Odpowiedział mu stłumiony jęk. Spojrzał na podłogę, włączył światło i rozpoznał Kirsty, która z trudem usiłowała się podnieść.

– Boże! – krzyknął przerażony. Wziął ją w ramiona i pomógł wstać. Krew ścięła mu się w żyłach, gdy przyjrzał się jej ponownie. Jej wspaniałe włosy były pocięte, poszarpane, gdzieniegdzie wręcz powyrywane do krwi. – Kto ci to zrobił?