Выбрать главу

Miał ostry język i bystry umysł, toteż w kłótniach z rodzicami ciągle mówił rzeczy, które ich niepotrzebnie dotykały. Nienawidził ich urażonych spojrzeń, nienawidził siebie za to, że do tego doprowadzał, i jeszcze bardziej za to, że nie wiedział, jak powiedzieć „przepraszam". Ze nie był synem, jakiego pragnęli, i znowu ich za to, że byli tym rozczarowani. Zaciskał jednak zęby, warczał na rodziców i skrywał przed nimi swe sprzeczne uczucia, bo to mu podpowiadała młodzieńcza ambicja.

Teraz oczami wyobraźni widział matkę, która spokojnie tłumaczyła:

– Nie wiń ojca. Zawsze robił wszystko dla ciebie.

– Nie winię go, mamo. Tylko że po prostu nie cierpię tego miejsca i wszystkiego, co się z nim wiąże.

– Ale przecież dobrze nam się powodzi – mówiła zaskoczona.

Dobrze się powodzi, myślał wtedy ze złością. Ojciec pracował w kopalni, bo w Valeby, małym miasteczku na północy, nie było nic innego do roboty. Rąbał węgiel w czasach, gdy płacono za to grosze, i przyjmował wszystko bez słowa sprzeciwu. Praca zniszczyła mu zdrowie, a dorobił się jedynie lichej emerytury i małego, wynajmowanego domu. Nie ma co, piękne życie!

Jedyne dziecko przyszło im na świat, gdy oboje mieli już czterdziestkę na karku i wyrobione poglądy na życie. Nie umieli poradzić sobie z młodzieńczym buntem Mike'a, a jego do szału doprowadzało to, że rodzice pogodnie przyjmują swą nędzę i są zupełnie uzależnieni od decyzji innych ludzi.

Był bystry i inteligentny, ale w szkole nie błyszczał, ponieważ nudziła go wiedza książkowa; znakomicie operował jedynie cyframi. Rzucił szkołę przy pierwszej sposobności i podjął pracę na budowie. Wysoki i silny jak na swój wiek, szybko dochodził do perfekcji w każdym fachu. Był rozchwytywanym pracownikiem, dobrze zarabiał.

Gdy miał dziewiętnaście lat, zakochał się w miejscowej piękności i bez trudu zdystansował wszelkich konkurentów. Będąc nadal w jakimś sensie dzieckiem z porządnego domu, pomyślał, że romans musi skończyć się małżeństwem. Kupił nawet jeden z domków, przy budowie których pracował. Piękność wzgardziła jednak urokami życia rodzinnego i pomknęła w siną dał mercedesem należącym do jakiegoś bogatego gogusia.

Szef Mike'a zaproponował mu, że odkupi dom po cenie zakupu.

– To dobra oferta, chłopcze – powiedział – bo te domy kiepsko idą.

Oczywiście kłamał. Kraj był w takiej sytuacji, że ceny domów podwajały się i potrajały z dnia na dzień. Mike nie był jasnowidzem, ale czuł nosem, żeby nie pozbywać się tego, co ma. Nos okazał się cennym sprzymierzeńcem wtedy i w następnych latach. Wyczuł, kiedy należy dom sprzedać i jak zainwestować trzystuprocentowy zysk w kolejne nieruchomości. Nabrał wprawy w robieniu dochodowych interesów.

Gdy miał już dużo gotówki, poszedł do banku i wystarał się o kredyt budowlany. Po pięciu latach był milionerem, w ciągu następnych trzech potroił majątek i zaczął poważnie inwestować: założył New World Properties, kupował historyczne budynki i przerabiał je na luksusowe hotele. Od czasu do czasu krzyk podnosili obrońcy zabytków i przyrody, ale znajdował sposoby, by przemówić do wyobraźni właściwym urzędnikom.

Rodzice Mike'a z niepokojem przypatrywali się jego karierze. Zdumiewało go, że zamiast cieszyć się z sukcesów syna, nieomal wstydzą się ich.

– To są domy, synku – powiedziała raz matka Mike'a – domy dla ludzi. A ty widzisz w nich tylko lokale mieszkalne, nieruchomości, narzędzia do pomnażania pieniędzy…

Zdumiewały i irytowały go obiekcje matki, która jakby nie rozumiała, do czego doszedł. Stopniowo przestał bywać w domu.

Teraz miał lśniący samochód, wyposażony w telefon, i przenośny komputer. Mając matematyczny umysł, był za pan brat z komputerami, ale brakowało mu błyskotliwości prawdziwego eksperta. Nieważne. Nauczył się, że za pieniądze wszystko można dostać, więc kupił sobie Hugha Severhama. Tak przynajmniej wtedy sądził.

Nauczył się też, że ten, kto ma pieniądze, nie musi poślubiać kobiety, której pragnie. Tak jest zresztą prościej. A jednak z Lois było inaczej: nie spotkał dotąd tak pięknej, wyrafinowanej i inteligentnej kobiety. Ubiegało się o nią wielu konkurentów, ale tak jak poprzednio, Mike pokonał wszystkich.

Lois pochodziła z zamożnej rodziny, wychowała się pośród ludzi o gładkich dłoniach i gładkich manierach. Mike nazywał ich w myślach stadem maminsynków. Wiedział, że dla nich jest z kolei nieoszlifowanym diamentem, mężczyzną, którego jedwabne koszule nie skrywają pewnego nieokrzesania. Mike nie usiłował go jednak maskować. Szczerość i bezpośredniość niejednokrotnie pozwalała zaoszczędzić wiele czasu i wysiłku.

Lois ofiarował największy diament, jaki kiedykolwiek widziała w swoim niedługim życiu, i zapytał: „Tak czy nie?". Od razu powiedziała „tak". Upojony powodzeniem, wybaczył rodzicom to, że go zawiedli, i złożył triumfalną wizytę w domu, by przedstawić narzeczoną.

Wizyta wypadła źle. Rodzice zachowywali się grzecznie, ale widać było, że Lois nie przypadła im do gustu. Napięcie między nimi było tak wyraźne, że wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy spotkanie dobiegło wreszcie końca.

Mike z głuchą wściekłością wyjeżdżał z Valeby, obiecując sobie, że nigdy tu nie wróci. Przezwyciężając opory rodziców, zaprosił ich na ślub, uparł się, by wysłać samochód i zarezerwował dla nich najlepszy hotel w Londynie. I tak oto uczynił ich świadkami swojego upokorzenia.

Po raz ostatni widział ich na procesie – zapłakana matka, znieruchomiała twarz ojca. Z ich spojrzeń odczytywał, co wtedy myśleli: od początku było wiadomo, że ich Mike źle skończy. Świadomość tego była tak bolesna, że tylko utwardzając serce na kamień, mógł ją znieść. Zabronił rodzicom odwiedzania go w więzieniu. Wytłumaczył sobie, że Dartmoor jest dla nich za daleko. Ale tak naprawdę nie mógłby znieść ich spojrzeń.

Lois przyszła do niego kilka razy, lecz potem powiedział jej, by dała sobie spokój. Pomimo jej uroczych zapewnień wiedział, że uważa go za winnego. W parę miesięcy później jeden ze strażników pokazał mu gazetę z informacją o ślubie Lois z Hughem Severhamem. Przeklął ją, ale potem pomyślał z goryczą: „a czego innego mogłem się po niej spodziewać?".

W przeszłości pogardzał sentymentami tych, którzy nie chcieli, by na miejsce zieleni – drzew i trawników – wprowadzał cegły i beton. W więzieniu, przytłoczony żelaznymi kratami i granitem, zaczął marzyć o wolnej przestrzeni.

Starzy wyjadacze powiedzieli mu, że z Princetown nie ma ucieczki. Jeśli nie dopadną cię klawisze ani psy, to wykończą wrzosowiska – tłumaczyli. Nie uwierzył im. Musiał spróbować.

Myślał o wrzosowiskach jak o swym sprzymierzeńcu, kryjącym go przed pościgiem. Okazały się jednak bezlitosnym wrogiem, złaknionym jego życia i prawie zwycięskim.

Dopiero ona go ocaliła. Początkowo nie miała imienia, była po prostu kobietą, dawczynią życia. Gdy Mike nieco oprzytomniał, nabrała cech rzeczywistej osoby, noszącej imię Kirsty.

Przypomniały mu się wydarzenia zeszłej nocy. Pielęgnowała go w gorączce, nawet spała przy nim, by czuł się bezpieczny. Było mu nieswojo na myśl o tym, jak śnił o niej, jak we śnie dotykał dłońmi jej nagiego ciała. Na szczęście ona nigdy się o tym nie dowie, chyba że…

Chyba że to wcale nie był sen, pomyślał nagle i zaraz ogarnęło go zażenowanie. Czyżby nadużył opiekuńczości Kirsty, wymuszając na niej pieszczoty? Pewnie poddała się im z litości, wyłącznie ze względu na jego żałosny stan.

Niebawem tu przyjdzie i wtedy wyczyta prawdę z jej twarzy, pomyślał i w chwilę potem usłyszał za drzwiami jej kroki.

Widok Kirsty potwierdził jego najgorsze obawy. Wyglądała, jakby przeszła przez piekielne męki, które wyssały z niej wszystkie siły. Jej wspaniałe, długie, czarne włosy skrywał wełniany kapelusz, i to tak szczelnie, że nie widać było nawet kosmyka. Pomyślał, że to wyraźne ostrzeżenie dla niego, tym bardziej że dostrzegł jakby cień oskarżenia w jej oczach. Chciał zapaść się pod ziemię, ale mógł jedynie leżeć i patrzeć, jak jego dobrodziejka, blada i nieprzystępna, stoi w bezpiecznej odległości od łóżka. Błagałby ją o przebaczenie, ale wiedział, że lepiej tak jak ona udawać, że nic między nimi nie zaszło.