Kiedy tak przyglądałam się temu łapiąc oddech, stało się coś zabawnego. Z jakiejś przyczyny to nowe miejsce nie wydawało mi się wcale nowe, lecz dziwnie znajome. Czułam się tu jak w domu, jakbym wróciła do miejsca, które przez całe życie dobrze znałam. I chociaż od czasu podjęcia decyzji o wyjeździe do Porthkerris prawie nie myślałam o matce, nagle poczułam jej obecność obok siebie. To ona razem ze mną wdrapywała się po tych stromych uliczkach na swoich długich nogach, tak samo zgrzana z wysiłku i łapiąca oddech jak ja.
Złudzenie powtórnego przeżywania zjawisk widzianych po raz pierwszy przyniosło mi pewną ulgę, gdyż wydałam się sobie mniej samotna i bardziej odważna. Szłam dalej i byłam zadowolona, że nie czekałam na Jossa. Jego obecność tylko by mi przeszkadzała, choć za nic w świecie nie byłabym w stanie stwierdzić dlaczego. Przecież był ze mną szczery, odpowiadał na moje pytania i podawał bardzo wiarygodne powody wszystkich swoich posunięć.
Było jasne, że niezbyt lubili się z Eliotem Baylissem, co można było zrozumieć. Tych dwóch młodych ludzi nic nie łączyło. Eliot, choć nie dobrowolnie, mieszkał w Boscarvie. Był jednym z Baylissów i, póki co, tu był jego dom. Z kolei rodzaj pracy wykonywanej przez Jossa w tym domu dawał mu swobodę przychodzenia i wychodzenia o dowolnych porach. W związku z tym mógł znajdować się tam także w takich momentach, kiedy jego obecność nie była ani wygodna, ani mile widziana. Mogłam sobie wyobrazić, że był tam w swobodnych stosunkach ze wszystkimi, nieraz wchodząc komuś w drogę, a co gorsza, beztrosko nie zdając sobie sprawy z kłopotów, jakie powodował. Ktoś taki jak Eliot mógł czuć się tym urażony, a Joss mógł tę urazę odwzajemniać.
Pochłonięta tymi myślami oraz wysiłkiem wspinaczki nie obserwowałam otoczenia. Tymczasem droga pod moimi stopami przestała się wznosić, toteż zatrzymałam się, aby się rozejrzeć i ustalić, gdzie jestem. Pewne było, że znajdowałam się na szczycie wzgórza. Za mną i pode mną leżało miasteczko; z przodu rozciągała się poszarpana linia wybrzeża. Graniczyły z nią tereny zielone nakrapiane farmami i polami, pocięte głębokimi dolinami, gęsto porośniętymi krzakami głogu i karłowatymi wiązami, z wąskimi strumykami spływającymi do morza.
Rozejrzałam się wokół siebie. Tu także były tereny rolnicze, czy raczej były tu może przed rokiem. Od tamtej pory gospodarstwo, które tu było, musiało zostać wykupione, wjechały spychacze, ogrodzenia zostały zdemolowane, żyzna ziemia przekopana i splantowana i powstawała tu nowa budowa. Wszystko było rozbabrane, smutne i brzydkie. Warczały betoniarki, ciężarówka buksowała w błocie, wokół piętrzyły się sterty cegieł i elementów betonowych. Na samym przodzie, jak sztandar, pysznił się szyld obwieszczający, kto jest odpowiedzialny za tę dewastację:
ERNEST PADLOW
SPRZEDAŻ WOLNO STOJĄCYCH DOMÓW
Wiadomość: Morski Zaułek, Porthkerris
Telefon: Porthkerris 873
Te domy z pewnością były wolno stojące, ale raczej teoretycznie. Odległość pomiędzy nimi nie była większa niż trzy stopy, a jedno okno wychodziło wprost na drugie.
Zrobiło mi się żal zniszczonych pól i utraconych możliwości. Podczas gdy w myślach przeprojektowywałam zupełnie inaczej całe to przedsięwzięcie, pod górę podjechał samochód i zatrzymał się za mną. Był to stary granatowy jaguar, a człowiek, który wysiadł z niego i z łoskotem zatrzasnął drzwi, miał na sobie roboczy kitel i trzymał przed sobą plik spiętych papierów, które trzepotały na wietrze. Gdy obrócił się i zobaczył mnie, zawahał się tylko na chwilę i poszedł w moją stronę, próbując po drodze przygładzić „pożyczkę” z włosów na łysinie.
– Dzień dobry! – uśmiechał się tak, jakbyśmy byli starymi znajomymi.
– Dzień dobry.
Już go kiedyś widziałam. Dokładnie wczoraj, „Pod Kotwicą”, jak rozmawiał z Eliotem Baylissem. Rzucił okiem na szyld.
– Czy ma pani zamiar kupić dom? – Nie.
– A powinna pani. Proszę dobrze się rozejrzeć. Zmarszczyłam brwi.
– Nie potrzebuję domu.
– To dobra inwestycja.
– Czy pan jest tu nadzorcą?
– Nie. – Jeszcze raz, z dumą, spojrzał na wznoszący się nad nami szyld. – Jestem Ernest Padlow.
– Ach, tak.
– To jest piękne miejsce – rozejrzał się z satysfakcją po zdewastowanym terenie. – Było na nie dużo chętnych, ale starsza pani, do której to należało, była wdową i udało mi sieją oczarować na tyle, aby sprzedała mi tę posiadłość.
Byłam zaskoczona. Kiedy to mówił, wyciągnął papierosa, ale tylko dla siebie, mnie nie poczęstował. Palce miał poplamione nikotyną i wydał mi się najbardziej antypatycznym osobnikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
Ponownie skierował swoją uwagę na mnie.
– Chyba jeszcze tu pani nie widziałem.
– Nie.
– Pani tu z wizytą?
– Coś w tym rodzaju.
– Poza sezonem jest lepiej, bo nie ma tłoku. Przeszłam do rzeczy.
– Szukam Boscarvy.
Na skutek zaskoczenia z jego rumianej twarzy zniknęła dobroduszność. Jego oczy stały się ostre jak rzeczny żwir, – Boscarva? Pani ma na myśli posiadłość starego Baylissa?
– Tak.
Przybrał teraz chytry wyraz twarzy.
– Chodzi o Eliota?
– Nie.
Czekał, aż rozwinę ten temat. Gdy jednak tego nie zrobiłam, spróbował obrócić wszystko w żart.
– No tak, lepiej nie mówić za dużo. Jeśli chce pani trafić do Boscarvy, proszę iść tą uliczką, to jakieś pół mili. Dom stoi od strony morza, ma łupkowy dach, a wokół niego jest duży ogród. Na pewno pani go zauważy.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się uprzejmie. – Do widzenia!
Odwróciłam się i poszłam, czując jego oczy na swoich plecach. Wtedy zawołał za mną, tak że spojrzałam za siebie. Był uśmiechnięty i znów bardzo przyjazny.
– Jeśliby pani chciała jednak kupić dom, proszę się szybko decydować. Idą jak ciepłe bułeczki.
– O, na pewno, ale na razie nie mam ochoty na coś takiego. Dziękuję bardzo.
Droga prowadziła w dół wzgórza, w stronę błękitnej misy morza. Teraz naprawdę byłam na wsi, wśród łąk, na których pasły się krowy rasy guernsey o łagodnych pyskach. W trawie rosły fiołki i pierwiosnki, a słońce nadawało tej trawie odcień szmaragdu. Doszłam do zakrętu i dostrzegłam białą bramę osadzoną w niskim kamiennym murku, podjazd kończący się poza zasięgiem wzroku oraz wysoki żywopłot z wiązów powykręcanych przez bezlitosny wiatr w nienaturalne kształty.
Jeszcze nie widziałam samego domu, a już kiedy stałam przy otwartej bramce i patrzyłam na podjazd, odwaga wyciekała ze mnie jak woda z wanny po wyjęciu korka. Nie byłam w stanie myśleć ani o tym, co mam zamiar zrobić, ani co mam zamiar powiedzieć, gdy już to zrobię.
Na szczęście całkiem nieoczekiwanie zdecydowano o tym za mnie. W dole, poza zasięgiem wzroku, usłyszałam warkot ruszającego samochodu, który szybko podjeżdżał w górę w moim kierunku. Kiedy zbliżył się, widać było, że jest to podłużny, aerodynamiczny samochód sportowy, nie najnowszy, lecz mający swój styl. Stanęłam z boku, aby mógł swobodnie przejechać między słupkami bramy ku wierzchołkowi wzgórza, z którego właśnie zeszłam. Zdążyłam jednak dostrzec kierowcę i wielkiego rudego setera rozłożonego na tylnym siedzeniu z wyrazem takiej obłędnej radości, jaką przejawiałby każdy pies wieziony na spacer otwartym samochodem.
Sądziłam, że nie zostałam zauważona, ale byłam w błędzie. Po chwili wóz zatrzymał się z piskiem hamulców, aż spod tylnych kół bryznął deszcz małych kamyczków. Potem zakręcił i zawrócił z niewiele mniejszą prędkością do miejsca, gdzie stałam. Tam zahamował, silnik został wyłączony i Eliot Bayliss, zjedna ręką na kierownicy, przyglądał mi się z wnętrza samochodu. Był z odkrytą głową i miał na sobie krótki kożuszek, odpowiedni do prowadzenia samochodu. Wyraz twarzy miał na poły rozbawiony, na poły zaintrygowany.