– Dzień dobry – powiedział.
– Dzień dobry. – Czułam się głupio w moim starym płaszczu, z kosmykami włosów rozwianych wokół twarzy. Próbowałam odgarnąć je do tyłu.
– Chyba pani zabłądziła.
– Nic podobnego.
Nadal przyglądał mi się ze ściągniętymi brwiami.
– Czy ja czasem wczoraj nie widziałem pani „Pod Kotwicą” w towarzystwie Jossa Gardnera?
– Tak.
– Pani może go szuka? Z tego, co wiem, jeszcze nie przyjechał. Jeśli w ogóle ma zamiar dziś przyjechać.
– Nie szukam go.
– A więc kogo pani szuka? – zapytał uprzejmie Eliot Bayliss.
– Chciałabym widzieć się ze starszym panem Baylissem.
– Trochę na to za wcześnie. Dziadek na ogół wstaje około południa.
– Och…
O tym nie pomyślałam. Na mojej twarzy musiało się odbić rozczarowanie, gdyż tym samym uprzejmym i przyjaznym tonem pytał dalej:
– Może mógłbym w czymś pomóc? Jestem Eliot Bayliss.
– Wiem… To znaczy… Joss mi wczoraj powiedział. Między jego brwiami pojawiła się mała zmarszczka.
Najwidoczniej był zaskoczony moją znajomością z Jossem.
– A dlaczego chce pani widzieć się z moim dziadkiem? – Nie usłyszawszy odpowiedzi, przechylił się przez siedzenie obok, otworzył drzwi wozu i chłodnym, rozkazującym tonem polecił: – Proszę wsiadać!
Wsiadłam, zamykając drzwi za sobą. Czułam jego spojrzenie na moim zdefasonowanym płaszczu i połatanych dżinsach. Pies zbliżył pysk i powąchał moje ucho. Nos miał zimny. Sięgnęłam ręką ponad swoim ramieniem, aby podrapać go w długie jedwabiste ucho.
– Jak on ma na imię? – spytałam.
– Rufus albo Rudy Rufus. Ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie.
Z tej sytuacji uratował mnie niespodziewany zbieg okoliczności. Drogą w naszym kierunku nadjechał inny samochód, ale to był furgon pocztowy. Zatrzymał się i listonosz otworzył okno, mówiąc do Eliota dobrodusznym tonem:
– Jak mam wjechać i oddać listy, jeśli pan zaparkował na samym podjeździe?
– Przepraszam – odparł niespeszony Eliot. Wysiadł z samochodu i wziął od listonosza gazetę oraz naręcze poczty. – Ja to wezmę, zaoszczędzi pan sobie drogi.
– Cudownie! – odparł listonosz. – Żeby tak każdy odwalał robotę za mnie!
Z uśmiechem pomachał ręką i odjechał w swoją drogę, pewnie na jakąś oddaloną farmę. Eliot wsiadł z powrotem do wozu.
– No dobrze – powiedział z uśmiechem – i co teraz mam z panią zrobić?
Ledwie go słyszałam, gdyż sterta listów leżała na jego kolanach, a na samym wierzchu znajdowała się lotnicza koperta ze stemplem Ibizy, zaadresowana do Grenville’a Baylissa. Co do autora charakterystycznie zaostrzonego pisma nie można było mieć wątpliwości.
Samochód jest dobrym miejscem do zwierzeń. Na ogół nie ma w nim telefonu i nikt nie może nam niespodziewanie przeszkodzić. Zaczęłam więc:
– Ten list na samym wierzchu jest od człowieka nazwiskiem Otto Pedersen, który mieszka na Ibizie.
Eliot, marszcząc brwi, wziął kopertę, odwrócił się i przeczytał nazwisko Ottona w miejscu dla nadawcy. Spojrzał na mnie:
– Skąd pani wiedziała?
– Znam i jego, i jego pismo. Napisał do… do pańskiego dziadka, aby zawiadomić go, że Liza nie żyje. Umarła jakiś tydzień temu. Żyła z tym Pedersenem na Ibizie.
– Liza? Czy pani ma na myśli Lizę Bayliss?
– Tak, siostrę Rogera, a pana ciotkę. To moja matka.
– Pani jest córką Lizy?
– Tak – odwróciłam się i spojrzałam mu prosto w twarz. – Jesteśmy kuzynami. Grenville Bayliss jest także moim dziadkiem.
Oczy Eliota miały dziwny szarozielony kolor, jak kamyki wymyte przez wodę rwącego potoku. Nie widać w nich było ani zdziwienia, ani radości, tylko przyglądały mi się obojętnie i bez wyrazu. W końcu wyrzucił z siebie:
– Niech mnie diabli!
Nie było to całkiem to, czego oczekiwałam. Siedzieliśmy w milczeniu, gdyż nic nie przychodziło mi na myśl. W końcu, jakby podejmując nagłą decyzję, Eliot przerzucił plik listów ze swoich kolan na moje, zapalił znów silnik i skręcił kierownicę tak, że znów znaleźliśmy się przodem do podjazdu.
– Co pan robi? – spytałam.
– A jak pani myśli? Oczywiście zabieram panią do domu.
Dom. Boscarva. Przebyliśmy zakręt podjazdu i dom czekał już na mnie. Nie był mały, ale i niezbyt duży, z szarego kamienia, obrośnięty dzikim winem. Szary łupkowy dach, półkolista kamienna weranda, której drzwi były otwarte, aby wpuścić słońce, a w środku czerwone kafelki i masa doniczek z różowymi i czerwonymi pelargoniami i fuksjami. Z otwartego okna na piętrze powiewała firanka, a z komina dobywał się pióropusz dymu. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, słońce akurat wyszło zza chmury i w zasięgu skrzydeł domu, chroniących od północnego wiatru, zrobiło się naraz bardzo ciepło.
– Chodźmy – powiedział Eliot i poszedł pierwszy, z psem następującym mu na pięty.
Przeszliśmy przez werandę i ciemny, wyłożony płytami korytarz oświetlony dużymi oknami, a stamtąd na schody. Wyobrażałam sobie Boscarvę jako siedzibę przeszłości, smutku i nostalgii, wypełnioną chłodem starych wspomnień. Tu jednak nie było niczego w tym rodzaju, dom tętnił życiem i aktywnością. Na stole leżały gazety, para rękawic ogrodniczych, psia smycz. Zza drzwi słychać było odgłosy kuchenne i brzęk talerzy. Z góry dochodziło brzęczenie odkurzacza. W powietrzu pachniało mieszaniną wyszorowanego kamienia, starych pastowanych podłóg i całych lat palenia drewnem w kominku.
Eliot stanął u podnóża schodów i zawołał: „Mamo!” Ponieważ jednak nie było odpowiedzi, tylko nadal brzęczał odkurzacz, powiedział: „Lepiej chodźmy tędy”. Przeszliśmy przez hall i drzwi, które prowadziły do dużego, nisko sklepionego salonu utrzymanego w jasnych kolorach, przesyconego światłem i zapachem wiosennych kwiatów. W jednym jego końcu był kominek obramowany rzeźbioną sosną i holenderskimi kafelkami delft, w którym migotał świeżo rozpalony ogień. Trzy wysokie okna, przysłonięte bladożółtymi jedwabnymi storami, wychodziły na wyłożony płytami taras, za którego balustradą widać było niebieską linię morza.
Stałam pośrodku tego uroczego pokoju, gdy Eliot zamknął drzwi i oznajmił:
…No, jesteśmy na miejscu. Dlaczego się pani…
a właściwie… dlaczego się nie rozbierzesz?
Zrobiłam to, gdyż wewnątrz było bardzo ciepło. Położyłam płaszcz na krześle, na którym wyglądał jak zwłoki jakiegoś dużego stworzenia.
– Kiedy przyjechałaś? – spytał Eliot.
– Wczoraj wieczorem, pociągiem z Londynu.
– Mieszkasz stale w Londynie?
– Tak.
– I nigdy przedtem tu nie byłaś?
– Nawet nie wiedziałam o istnieniu Boscarvy ani o tym, że Grenville Bayliss jest moim dziadkiem. Moja matka nigdy mi o tym nie mówiła, aż do ostatniej nocy przed swoją śmiercią.
– A skąd w tym wszystkim wziął się Joss? Trudno to było wytłumaczyć.
– To był zupełny przypadek. Poznałam go w Londynie, a gdy wysiadałam z pociągu, on przypadkowo znalazł się na stacji.
– Gdzie się zatrzymałaś w Porthkerris?
– U pani Kernów na Rybackim Zaułku.
– A czy zdajesz sobie sprawę z tego, że Grenville jest starym, chorym człowiekiem?
– Tak.
– Myślę, że z tym listem od pana Pedersena trzeba uważać. Może moja matka byłaby najlepsza…