Gdy tylko w polu widzenia pojawił się sklep Jossa, w tym charakterystycznym wysokim i wąskim budynku wciśniętym między dwa niskie i szerokie, od razu zauważyłam zmiany, jakie tam zaszły. Framugi okienne były już pomalowane, szyby wystawowe umyte, a nad drzwiami wejściowymi widniała tabliczka z napisem: JOSS GARDNER.
– No i jak to wygląda? – spytał, pęczniejąc z dumy.
– Imponująco! – musiałam przyznać.
Wyjął z kieszeni klucz, otworzył drzwi i weszliśmy do środka. Przy ścianach i na posadzce stały paki z towarem. Półki sięgające do sufitu były różnej szerokości. Na środku lokalu stała konstrukcja przypominająca dziecięcą drabinkę do wspinania. Na niej były już ustawione różnego rodzaju artykuły, od nowoczesnego duńskiego szkła i porcelany, poprzez różnokolorowe naczynia kuchenne aż do pasiastych indyjskich kilimów. Ściany były pomalowane na biało, stolarka pozostawiona w naturalnym kolorze drewna, co w połączeniu z szarą posadzką stanowiło efektowne tło dla sprzedawanych tu artykułów. Schody w tylnej części sklepu prowadziły na górne piętro. Pod nimi znajdowały się drzwi, które były uchylone i prowadziły w dół, do czegoś, co wydawało się ciemną piwnicą. Ale to Joss wskazywał drogę.
– Chodźmy na górę!
Poszłam więc za nim, ale po drodze spytałam:
– A co jest za tamtymi drzwiami?
– Mój warsztat, ale teraz jest tam straszny bałagan. Pokażę ci go kiedy indziej.
Doszliśmy do pierwszego piętra, gdzie ledwo można było się poruszyć wśród koszyków i innych wyrobów z wikliny.
– Tego jeszcze nie uporządkowałem, ale jak widzisz, możesz tu kupować koszyki: na drzewo opałowe, na spinacze do bielizny, zakupy, niemowlęta, pranie czy co byś tam jeszcze do nich chciała włożyć.
Nigdzie tu nie było zbyt dużo miejsca. Cały ten wąski dom był właściwie nieco poszerzoną klatką schodową z podestem na każdym piętrze.
– Jeszcze trochę w górę. Jak tam twoje nogi? A teraz wkraczamy do kwatery głównej właściciela tego obiektu.
Minęłam małą łazienkę wciśniętą w zakręt schodów. Ledwie nadążając za długimi krokami Jossa, przypomniałam sobie, z jakim rozmarzeniem Andrea opisywała to mieszkanie. W duchu żywiłam nadzieję, że okaże się ono zupełnie inne niż w tym opisie. Wtedy wiedziałabym, że był to tylko wytwór jej wyobraźni: „… całkiem jak z ilustrowanego tygodnika. Jest tam takie łóżko podobne do kanapy, z masą poduszek i innych rzeczy, na kominku płoną kłody…”
I w rzeczy samej, tak właśnie to wyglądało. Kiedy weszłam na ostatnie schodki, moje nadzieje szybko się ulotniły. Faktycznie miało to wygląd czegoś zamkniętego i tajemniczego, z mansardowym sufitem schodzącym do samej podłogi i z lukarną w głębi wykuszu, pod którą stało krzesełko. Za ladą podobną do barowej znajdowała się mała kuchenka. Na podłodze leżał stary turecki dywan, a pod ścianą stała otomana przykryta czerwoną narzutą. Zgodnie ze słowami Andrei, była cała zarzucona poduszkami.
Joss postawił na podłodze mój koszyk i rozebrał się z mokrych okryć, wieszając je na staroświeckim wiklinowym wieszaku na kapelusze.
– Zdejmij te mokre rzeczy, zanim się śmiertelnie przeziębisz – zwrócił się do mnie. – Rozpalę w kominku.
– Ja tu nie zostanę, Joss…
– To nie przeszkadza, abym rozpalił w kominku. Zdejmij, proszę, ten płaszcz.
To też w końcu zrobiłam, rozpinając go zgrabiałymi palcami. Zdjęłam też mokry wełniany kapelusz i strząsnęłam warkocz na ramię. Kiedy wieszałam swoje rzeczy tam, gdzie Joss, on już zajął się kominkiem, łamiąc gałązki, zgniatając papier w kulę, zgarniając na kupkę popiół po poprzednim paleniu i zapalając to wszystko długim knotem. Kiedy zaczęło się już tlić, powyjmował z koszyka kilka polan, naniesionych przez przypływ i ociekających smołą, i ułożył je w stosik wokół płomieni. Bierwiona zasyczały, zapryskały i szybko się zajęły. W świetle płomieni cały pokój odżył. Joss wstał i obrócił się do mnie twarzą:
– A teraz, czego się napijesz? Kawa, herbata, czekolada czy koniak z wodą sodową?
– Może być kawa.
– Dwie kawy już idą!
Znikł za ladą kuchenną, nalał wody do czajnika i zapalił gaz. Podczas gdy wyjmował tacę i filiżanki, podeszłam do mansardowego okna, przyklękłam na krzesełku i poprzez szalejącą burzę wyglądałam na leżącą w dole ulicę. Fale rozbijające się o falochron obryzgiwały ją mgiełką wody. Łodzie w porcie wyskakiwały w górę jak zwariowane korki, a duże mewy polatywały nad ich masztami, przeraźliwie piszcząc na wietrze. Joss zajęty przygotowywaniem kawy wykonywał ekonomiczne ruchy z jednego końca kuchenki w drugi, zręczny i zarozumiały jak żeglarz dążący prosto do celu. Póki był zajęty, sprawiał wrażenie nieszkodliwego, ale w opowieściach Andrei denerwujące było głównie to, że wydawały się zawierać ziarno prawdy.
Znałam Jossa dopiero od kilku dni, a już widziałam go chyba w każdym możliwym nastroju. Wiedziałam, że może być zarówno czarujący, jak uparty, zły lub po prostu niegrzeczny. Nietrudno było wyobrazić go sobie jako bezkompromisowego i namiętnego kochanka, jednak wręcz niesmaczne było wyobrażenie jego z Andreą..
Nagle spojrzał w górę i jego wzrok napotkał mój. Zrobiło mi się głupio, gdyż przyłapał mnie z moimi myślami. Dla odwrócenia uwagi szybko powiedziałam:
– Przy ładnej pogodzie musi być stąd piękny widok.
– Tak, stąd aż do latarni morskiej.
– W lecie czujesz się tu chyba jak za granicą.
– W lecie jest tu jak na stacji Piccadilly w godzinach szczytu. Ale to trwa tylko dwa miesiące.
Wyszedł zza lady kuchennej, niosąc tacę z parującymi filiżankami, cukierniczką i dzbanuszkiem na mleko. Kawa apetycznie pachniała. Joss popchnął nogą do przodu długą ławę, postawił tacę na jednym jej końcu, a sam usiadł na drugim. Tym sposobem mogliśmy siedzieć naprzeciw siebie.
– Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o dniu wczorajszym – zaczął. – Gdzie jeszcze byliście poza Falmouth?
Opowiedziałam mu o St. Endon i małej knajpce nad zatoką.
– Aha, słyszałem o tym lokalu, ale sam nigdy tam nie byłem. Zjedliście dobry lunch?
– Owszem. A było tak ciepło, że siedzieliśmy na dworze, w słońcu.
– No tak, to południowe wybrzeże. A co było potem?
– Już nic. Pojechaliśmy do domu. Podał mi filiżankę i spodeczek.
– A czy Eliot zabrał cię do High Cross?
– Tak.
– A widziałaś autosalon?
– Tak, i dom Mollie też.
– I co sądzisz o tych eleganckich, rajcownych wózkach?
– Właśnie to, że są eleganckie i rajcowne.
– A widziałaś któregoś z tych typków, którzy tam pracują?
Jego głos był tak pozornie obojętny, aż zaczęło to być podejrzane.
– Którego na przykład?
– Morrisa Tatcombe’a.
– Joss, zaprosiłeś mnie nie na kawę, tylko na przesłuchanie. Chcesz wszystko ze mnie wyciągnąć.
– Już nie będę, przyrzekam. Po prostu jestem ciekawy, czy Morris pracuje u Eliota.
– A co wiesz o tym Morrisie?
– Tylko tyle, że to łobuz.
– Ale jest dobrym mechanikiem.
– To akurat tak. Wszyscy wiedzą, że to jego jedyna cecha pozytywna. Poza tym jest nieuczciwy i zdemoralizowany do szpiku kości.
– Jeżeli jest nieuczciwy, to czemu nie siedzi za kratkami?
– Już siedział. Dopiero co wyszedł.
To mnie zdezorientowało, lecz odważnie brnęłam dalej, robiąc wrażenie bardziej pewnej siebie, niż rzeczywiście byłam.