Выбрать главу

– A na jakiej podstawie sądzisz, że jest zdemoralizowany?

– Ponieważ któregoś wieczoru wdał się ze mną w kłótnię w barze. Wyszliśmy na dwór i dałem mu w ryja. I całe szczęście, że zrobiłem to pierwszy, gdyż miał już w ręku nóż.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz?

– Ponieważ zapytałaś. Kto nie chce wiedzieć pewnych rzeczy, nie powinien o nie pytać.

– I co mam teraz z tym zrobić?

– Absolutnie nic. Przepraszam, że poruszyłem tę sprawę. Po prostu słyszałem, że Eliot zatrudnił go u siebie, i miałem nadzieję, że to nieprawda.

– Chyba nie lubisz Eliota.

– Ani go lubię, ani nie lubię. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Powiem ci tylko, że on dobiera sobie nieodpowiednich przyjaciół.

Masz na myśli Ernesta Padlowa? Joss obrzucił mnie spojrzeniem, w którym niechęć mieszała się z zachwytem.

– Powiem ci, że nie tracisz czasu. Wiesz już chyba wszystko o wszystkich.

– Wiem o Erneście Padlow, ponieważ widziałam go z Eliotem w tamten pierwszy wieczór, kiedy byliśmy na kolacji „Pod Kotwicą”.

– A właśnie. To już drugie śmierdzące jajo. Gdyby Ernest miał wolną rękę, splantowałby całe Porthkerris i zamienił na parkingi, ani jeden dom nie zostałby na swoim miejscu. A my wszyscy musielibyśmy przenieść się na górę i mieszkać w tych jego śmiesznych budach, które za dziesięć lat będą już przeciekać, osiadać i pękać!

Nie skomentowałam tego wybuchu. Piłam kawę i myślałam, jak miło byłoby rozmawiać nie będąc raptem wciąganą w długotrwałe spory, z którymi nie miałam nic wspólnego. Byłam już zmęczona wysłuchiwaniem, jak każdy, którego chciałam polubić, obracał w perzynę reputację wszystkich pozostałych.

Skończyłam kawę^ odstawiłam filiżankę i stwierdziłam:

– Muszę już wracać.

Joss z widocznym wysiłkiem wykrztusił:

– Przepraszam.

– Za co?

– Za to, że straciłem panowanie nad sobą.

– Wiesz, że Eliot jest moim kuzynem?

– Wiem. – Obracał w dłoniach filiżankę, nie patrząc mi w oczy. – Ale, całkiem niezamierzenie, też zostałem uwikłany w sprawy Boscaryy.

– Bylebyś tylko nie wyładowywał swoich uprzedzeń na mnie.

Jego oczy napotkały moje.

– Nie miałem pretensji do ciebie.

– Wiem – wstałam. – Muszę już wracać – powtórzyłam.

– Odwiozę cię do domu.

– Wcale nie musisz…

Nie zwracał uwagi na mój protest, tylko po prostu zdjął mój płaszcz z wieszaka i pomógł mi go nałożyć. Naciągnęłam na uszy mokry wełniany kapelusz i podniosłam swój ciężki koszyk.

W tym momencie zadzwonił telefon.

Joss, już w kurtce, poszedł go odebrać, a ja zaczęłam schodzić w dół. Jeszcze usłyszałam, jak przed podniesieniem słuchawki rzucił mi: „Rebeko, to tylko chwileczka”, a już do słuchawki mówił: „Słucham? Tak, Joss Gardner przy telefonie…”

Zeszłam na parter i do sklepu. Na dworze wciąż padało. Z góry słychać było, że Joss pochłonięty jest rozmową telefoniczną. Trochę znudzona czekaniem na niego, a trochę z ciekawości, pchnęłam uchylone drzwi od warsztatu, zapaliłam światło i zeszłam w dół po czterech kamiennych schodkach.

Był tam bałagan, jak w każdym warsztacie; stoły robocze, wióry, ścinki, różne narzędzia i imadła. Było tam też nieco stłoczonych starych mebli, tak zakurzonych i rozklekotanych, że trudno było stwierdzić, czy przedstawiają jakąś wartość. Komoda nie miała uchwytów przy szufladach, a szafce nocnej brakowało nogi…

Ale w najdalszym zakątku warsztatu, w cieniu, było jeszcze coś. Stało tam biurko davenport w świetnym stanie, a przy nim krzesło w stylu chińskiego chippendale, z siedzeniem pokrytym gobelinowym haftem w kwiaty.

Zrobiło mi się niedobrze, jakbym dostała kopniaka w żołądek. Odwróciłam się i popędziłam po schodkach w górę, wyłączając po drodze światło i zamykając drzwi.

Przeszłam przez sklep i wyszłam na dwór, w tę okropną wichurę paskudnego lutowego dnia.

„To mój warsztat. Jest tam straszny bałagan, pokażę ci go kiedy indziej”.

Szłam, a potem zaczęłam biec pod górę w kierunku kościoła, w gęstwinę małych uliczek, tam gdzie nigdy by mnie nie odnalazł. Biegłam wciąż w górę, obładowana koszykiem, który ciążył mi jak ołów. Serce waliło mi w piersiach, w ustach czułam smak krwi.

Eliot miał rację. Dla Jossa była to łatwa sposobność, więc ją po prostu wykorzystał. To było moje biurko, ale on zabrał je z domu Grenville’a, nadużywając zaufania i grzeczności starego człowieka.

Mogłam sobie wyobrazić, że łatwo by mi przyszło w tej chwili zabić Jossa. Mówiłam do siebie, że nie zamienię z nim już nigdy ani słowa, nawet się do niego nie zbliżę. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak wściekła; na niego, ale jeszcze bardziej na siebie. Na siebie za to, że dałam się tak łatwo zwieść jego zewnętrznemu wdziękowi; za to, że się aż tak pomyliłam. Nigdy jeszcze nie byłam aż tak zła.

Potykając się, wchodziłam pod górę.

Tylko jeżeli byłam aż tak zła, to dlaczego płakałam?

10

Droga w górę do Boscarvy była długa i męcząca, tym bardziej że nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się wytrzymać w stanie silnego napięcia emocjonalnego dłużej niż dziesięć minut. Stopniowo, borykając się z fatalną pogodą, uspokoiłam się, otarłam łzy rękawiczką i wzięłam się w garść. Z sytuacji nie do zniesienia prawie zawsze jest jedno wyjście. Zdecydowałam się na nie, jeszcze zanim w końcu dotarłam do Boscarvy. Tym wyjściem był powrót do Londynu.

Postawiłam koszyk z zakupami na stole w kuchni i poszłam na górę do swojego pokoju. Tam zdjęłam wszystkie mokre rzeczy, zmieniłam obuwie, umyłam ręce, na nowo zaplotłam włosy i już spokojnie poszłam szukać Grenville’a. Zastałam go w gabinecie, jak siedział przy kominku i czytał poranną gazetę.

Opuścił ją na kolana i sponad niej patrzył, jak wchodziłam.

– O, Rebeka!

– Witam, jak się czujemy w taki wściekły poranek? – zaszczebiotałam celowo radosnym tonem jak jakaś zwariowana pielęgniarka.

– Och, boli mnie chyba wszystko i wszędzie. Taki wiatr wykańcza człowieka, nawet gdy nie wychodzi na dwór. Gdzie byłaś?

– W Porthkerris. Robiłam zakupy dla Mollie.

– Którą już mamy godzinę?

– Wpół do pierwszej.

– No to napijmy się sherry.

– A wolno ci pić?

– Mam to gdzieś, czy mi wolno czy nie. Wiesz, gdzie jest karafka.

Nalałam dwie szklanki, przyniosłam i ostrożnie ustawiłam na stoliku przy jego fotelu. Przysunęłam sobie taboret i usiadłam naprzeciw niego.

– Grenville – zaczęłam. – Muszę wracać do Londynu.

– Co?

– Muszę wracać do Londynu. – Jego niebieskie oczy zwęziły się, a potężna szczęka wysunęła się naprzód. Czym prędzej więc uczyniłam kozłem ofiarnym mojego szefa Stephena Forbesa. – Nie mogę opuszczać pracy na tak długo. Nie ma mnie tam już prawie dwa tygodnie. Stephen Forbes, u którego pracuję, był tak dobry, że dał mi urlop, ale nie mogę nadużywać jego uprzejmości i dobrego serca. Akurat zorientowałam się, że to już piątek, więc jeżeli przyjadę na weekend do Londynu, będę mogła w poniedziałek rano być w pracy.

– Ale przecież dopiero co przyjechałaś! – Grenville był najwyraźniej zgorszony.

– Jestem tu już od trzech dni. A gość i ryba po trzech dniach śmierdzą.

– Ty nie jesteś dla nas zwykłym gościem, ale córką Lizy.

– Tak, ale mam zobowiązania. Lubię swoją pracę i nie chciałabym jej stracić. – Uśmiechnęłam się, pragnąc zmienić temat. – Teraz, gdy już znam drogę do Boscarvy, kiedy tylko znajdę trochę wolnego czasu, będę mogła znów przyjechać i pobyć trochę z tobą.