– Dokąd mógł pojechać?
– Przypuszczam, że do High Cross.
– A Mollie?
– Rozpłakała się, próbowała zatrzymać go, „żeby nie zrobił jakiegoś głupstwa”, jak mówiła. Błagała go, żeby został. Zrzucała winę na pana komandora. Ale oczywiście nic z tych rzeczy nie było w stanie zatrzymać Eliota. Jeżeli dorosły człowiek chce opuścić dom, to nie zatrzyma go nawet własna matka.
Na przemian targały mną smutek i sympatia dla Mollie.
– Gdzie ona jest teraz?
– Na górze, w swoim pokoju – odpowiedział Pettifer dosyć szorstko. – Kiedy zaniosłem jej tacę z podwieczorkiem, widziałem, że siedzi przy swojej toaletce jak kamienna figura.
Cieszyłam się, że nie było mnie przy tym wszystkim. To brzmiało zbyt dramatycznie. Biedna Mollie.
– Pójdę na górę i pomówię z nią – zaproponowałam.
– A ja – dopowiedział Joss – pójdę do Grenville’a.
– Powiedz mu, że za chwilę tam przyjdę. Joss uśmiechnął się.
– Poczekamy na ciebie – obiecał.
Zastałam Mollie bladą i zalaną łzami, siedzącą przy ozdobnej toaletce. To też była cecha jej charakteru, bo nawet najcięższe zmartwienie nie byłoby w stanie skłonić Mollie do rzucenia się na łóżko – przecież narzuta mogłaby się pognieść! Kiedy weszłam do jej pokoju, podniosła głowę i w potrójnym lustrze ukazały się trzy jej odbicia. Po raz pierwszy, odkąd ją widziałam, wyglądała na swój wiek.
– Czy dobrze się czujesz? – spytałam. Patrzyła w ziemię, zwijając w palcach pomiętą chusteczkę. Podeszłam do niej. – Pettifer wszystko mi opowiedział. Tak mi przykro!
– To była taka potworna nieuczciwość. Grenville nigdy nie lubił Eliota, miał do niego jakieś dziwne pretensje. Oczywiście teraz już wiemy dlaczego. Zawsze próbował kierować życiem Eliota, wtrącać się między mnie a niego. Cokolwiek zrobiłam dla Eliota, wszystko było złe.
Przyklękłam koło niej i otoczyłam ją ramieniem.
– Jestem przekonana, że chciał jak najlepiej. Czy nie mogłabyś spróbować w to uwierzyć?
– I nawet nie wiem, dokąd pojechał. Nie powiedział ani słowa. Nawet się nie pożegnał!
Zorientowałam się, że o wiele bardziej jest zmartwiona gwałtownym odjazdem Eliota niż rewelacjami dotyczącymi Jossa. To było nawet lepiej, gdyż byłam w stanie ją pocieszyć, jeśli chodziło o Eliota, natomiast niewiele mogłabym pomóc w sprawach dotyczących Jossa.
– Przypuszczam – zaczęłam ostrożnie – że Eliot mógł pojechać do Birmingham.
Spojrzała przerażona.
– Dlaczego do Birmingham?
– Eliot mówił mi kiedyś, że mieszka tam jakiś gość, który chce dać mu pracę. To coś związanego ze starymi samochodami. Wydawał się być tym zainteresowany.
– Ale ja nie mogłabym mieszkać w Birmingham!
– I wcale nie musisz. Eliot powinien zacząć żyć na własny rachunek. Daj mu szansę, aby samodzielnie pokierował swoim życiem.
– Ależ zawsze byliśmy razem!
– Więc może właśnie nadszedł czas, aby zacząć żyć oddzielnie. Masz swój dom w High Cross, a tam swój ogród i przyjaciół…
– Nie mogę opuścić Boscarvy, ani Andrei, ani Grenville’a…
– Owszem, możesz. Uważam, że Andrea powinna wrócić do Londynu, do swoich rodziców. Zrobiłaś dla niej wszystko, co mogłaś, ale tu nie jest dla niej miejsce. To, co się stało, stało się właśnie dlatego, że czuła się nieszczęśliwa i samotna. Jeśli zaś chodzi o Grenville’a – ja z nim zostanę!
W końcu zeszłam na dół, zabierając ze sobą tacę po podwieczorku. Zaniosłam ją do kuchni i postawiłam na stole. Pettifer siedział tam, czytając popołudniową gazetę, sponad której spojrzał na mnie, gdy wchodziłam.
– Co z nią? – zapytał.
– Już wszystko w porządku. Zgodziła się, że Andrea powinna wrócić do domu, do Londynu. A sama wyjedzie wtedy do High Cross.
– Zawsze tego chciała. A panienka co zrobi?, – Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, zostanę tutaj. Przez twarz Pettifera przemknął lekki przebłysk satysfakcji, bliski osiągnięcia wyrazu pełnego zachwytu. Nie musiałam już mówić nic więcej. Zrozumieliśmy się doskonale.
Pettifer przewrócił stronę gazety.
– Oni są tam w salonie – oznajmił. – Czekają na panienkę! – Po czym skupił się nad lekturą sprawozdań z wyścigów.
Kiedy weszłam do salonu, na tle dwóch portretów Zofii w białej sukni przy kominku stał Joss, zaś Grenville siedział zanurzony w swoim fotelu. Obaj spojrzeli w moją stronę – zarówno długonogi młody człowiek o łobuzerskich, czarnych oczach, jak starszy pan, zanadto zmęczony, aby wstać. Szłam do nich, do dwóch ludzi, których kochałam najbardziej na świecie.
Rosamunde Pilcher