Tak jak w przypadku pierwszej ciąży, to Ruby pocieszała Elizabeth, to Ruby spędzała długie godziny przy jej łóżku, grała z nią w pokera, czytała jej, rozmawiała. Kiedy nie mogła przyjść, jej miejsce zajmowała Theodora Jenkins, która stanowiła mniej ciekawe towarzystwo, ale od podróży do Londynu i na kontynent potrafiła mówić nie tylko o swoich kwiatach i pladze bielinków w ogródku warzywnym.
Wszyscy martwili się o Elizabeth z wyjątkiem pani Summers, jak zwykle enigmatycznej i odpornej nawet na najbardziej urocze sztuczki Nell. Elizabeth liczyła na to, że pani Summers uzna Nell za dziecko, którego sama nie mogła urodzić, ale zachowanie gospodyni zadawało kłam takim nadziejom. Maggie Summers cofała się, nie szła do przodu. Takie samo było jej zachowanie w stosunku do czterech Chinek, którym Elizabeth powierzała wszystko i które nigdy jej nie zawiodły.
– Miss Lizzy, musi pani spróbować coś zjeść – powiedziała Jade, trzymając w ręku maleńki trójkącik tostu krewetkowego.
– Nie mogę, nie dzisiaj – broniła się Elizabeth.
– Musi pani, miss Lizzy! Jest pani taka chuda, a to niedobrze dla dziecka. Chang ugotuje wszystko, na co ma pani ochotę, wystarczy go tylko poprosić.
– Może być custard – powiedziała Elizabeth.
Nie miała ochoty nawet na ten sos z mleka i jaj, wiedziała jednak, że musi sobie zażyczyć coś, co będzie w stanie zjeść, a to przynajmniej łatwo przejdzie przez gardło i może na dłużej zostanie w żołądku. Jajka, mleko, cukier. Jedzenie dla przykutej do łóżka inwalidki.
– Z gałką muszkatołową na wierzchu?
– Niekoniecznie. Po prostu idź i daj mi spokój, Jade.
– Bardzo się boję – powiedział Alexander do Ruby – że Nell zostanie bez matki.
Skrzywił się, łzy napłynęły mu do oczu. Położył głowę na piersiach Ruby i rozpłakał się.
– Dobrze, już dobrze – pocieszała go, głaszcząc po głowie, póki się nie uspokoił. – Przejdziesz przez to, Elizabeth też. Bardziej obawiam się tego, że już nigdy nie będzie mogła urodzić dziecka, nie ocierając się przy okazji o śmierć.
Odsunął się, przerażony, że okazał aż taką słabość, i wytarł twarz dłonią.
– Och Ruby, co mogę zrobić?
– Jak wyglądają ostatnie perły mądrości sir Edwarda?
– Uważa, że jeśli uda jej się przeżyć poród, nie powinna więcej zachodzić w ciążę.
– Właśnie to samo powiedziałam, prawda? Nie sądzę, by ta wiadomość złamała jej serce.
– Nie musisz być taka złośliwa!
– Pogódź się z tym, Alexandrze. Zrezygnuj z dziwnej walki, której nie możesz wygrać.
– Wiem – powiedział sztywno, włożył kapelusz i wyszedł. Po jego zniknięciu Ruby krążyła niespokojnie po swoim buduarze. Właściwie niczego nie była już pewna, wiedziała tylko jedno – że wciąż go kocha. Jeśli czegokolwiek pragnął lub od niej potrzebował, dawała mu to. Niemniej jej uczucie do Elizabeth było coraz silniejsze i to stanowiło poważną zagadkę. Powinna z pogardą podchodzić do problemów dziewczyny, jej słabości, a także smutnego i biernego usposobienia. Może odpowiedź leżała w fakcie, że Elizabeth była taka młoda – miała niewiele ponad osiemnaście lat, spodziewała się drugiego dziecka i znów musiała stawić czoło śmierci. Prawdę mówiąc, nigdy nie żyła pełnią życia.
Przypuszczalnie czuję to, co czułaby jej matka – pomyślała Ruby. Co za ironia losu! Jej matka, która sypia z jej mężem. Och, jak bardzo chciałabym, by Elizabeth była szczęśliwa! Chciałabym, żeby znalazła mężczyznę, którego będzie mogła pokochać. Tylko tego pragnie, tylko tego potrzebuje. Nie bogactwa, nie życia w luksusach. Mężczyzny, którego mogłaby obdarzyć uczuciem. Jedno wiem: nigdy nie pokocha Alexandra. To dla niego okropne! To rani jego szkocką dumę, stanowi dotkliwą porażkę, do której nie przywykł. Jak to się stało? Wszyscy troje: Alexander, Elizabeth i ja, poruszamy się w zamkniętym kręgu.
Kiedy następnego ranka Ruby szła odwiedzić Elizabeth, zastanawiała się, czy nie porozmawiać z nią o pogarszającej się sytuacji w jej małżeństwie, co zdaniem Ruby było główną przyczyną choroby dziewczyny. Potem, gdy weszła do pokoju przyjaciółki, zmieniła zdanie. Gdyby zaczęła o tym rozmawiać, musiałaby się sama od wszystkiego zdystansować, a to przekraczało jej możliwości. Prawdopodobnie więcej osiągnie, jeśli namówi Elizabeth do zjedzenia lunchu.
– Jak się miewa Nell? – spytała, siadając przy łóżku.
– Nie mam pojęcia. Prawie jej nie widuję – wyznała Elizabeth ze łzami w oczach.
– Och, daj spokój, złotko, poszukaj w swojej sytuacji czegoś pozytywnego. Zostało ci już tylko sześć, może siedem tygodni! Gdy będzie po wszystkim, na pewno odżyjesz.
Elizabeth zmusiła się do uśmiechu.
– Zbyt często narzekam, prawda? Przepraszam, Ruby. Masz rację, odżyję. Jeśli przeżyję. – Poruszyła ręką tak chudą, że bardziej przypominała szpon. – To mnie najbardziej przeraża: że mogę nie przeżyć porodu. Nie chcę umierać, a mimo to dręczy mnie okropne przeczucie, że nadchodzi kres.
– Zawsze coś się kończy – wyznała Ruby, ujmując dłoń Elizabeth i delikatnie ją głaszcząc. – Kiedy ciebie jeszcze tutaj nie było, Alexander pokazał nam: Charlesowi, Sungowi i mnie, żyłę złota, którą znalazł we wnętrzu góry. Charles powiedział, że to „Apokalipsa”; znasz Charlesa, wiesz, jakich słów czasami używa. Gdyby nie zawołał: „Prawdziwa Apokalipsa!”, pewnie powiedziałby: „Szok” albo: „Nie mieści się w głowie”. Alexander podchwycił to słowo, wyjaśnił, że pochodzi z greki i oznacza wielkie wydarzenie, takie jak na przykład koniec świata. Gdy napisałam o tym Lee, odpowiedział, że w rzeczywistości jest to ostatnie objawienie, chociaż wtedy nie miał jeszcze greki. Czy to nie zdumiewające? Tak czy inaczej Alexander uznał, że odkrycie złota to niewiarygodne wydarzenie i stąd w nazwie kopalni znalazła się apokalipsa. W rzeczywistości jednak to wcale nie był koniec, prawda? Raczej początek. Apokalipsa zmieniła życie wszystkich, którzy mają z nią coś wspólnego. Gdyby nie ona, Alexander nie sprowadziłby cię do Australii, ja wciąż kierowałabym burdelem, Sung byłby zwyczajnym bezbożnym żółtkiem o wspaniałych pomysłach, Charles „dzikim właścicielem”, a Kinross – miastem, które opustoszało po wyczerpaniu zasobów złota w osadzie rzecznym.
– Dla katolików Apokalipsa to Księga Objawienia – powiedziała Elizabeth – więc definicja Lee jest poprawna. Kopalnia złota Alexandra to ostatnie objawienie. Pokazała nam, kim naprawdę jesteśmy.
Dobrze, dobrze – pomyślała Ruby. Od kilku tygodni nie była taka ożywiona. Może to subtelny sposób, żeby poruszyć coś w jej wnętrzu.
– Nie wiedziałam, że to ma coś wspólnego z Biblią – wyznała z uśmiechem. – Jestem religijną ignorantką, co wszystko wyjaśnia.
– Och, ja znam Biblię.; Bardzo dobrze ją znam – od Księgi Rodzaju po Apokalipsę. Moim zdaniem nic nigdy nie zostało lepiej nazwane niż kopalnia Alexandra. Objawienie za objawieniem, od początku do końca. – Głos Elizabeth przybrał niesamowity ton, jej oczy błyszczały gorączkowo. – Są tam czterej jeźdźcy, śmierć na trupio bladym koniu i trzej inni. Trzej inni to Alexander, ty i ja, ponieważ wszyscy troje pędzimy przez Apokalipsę. To doprowadzi nas wszystkich do kresu, ponieważ nikt z nas nie jest wystarczająco młody, by to przeżyć. Możemy tylko pędzić przed siebie. A może – gdy w końcu dotrzemy do kresu – Apokalipsa nas pochłonie, na zawsze zosta – niemy jej więźniami.