Выбрать главу

– Oddałabym za nią życie – wyznała.

– Masz czas spojrzeć na dziecko? – spytała Ruby, wstając.

– Tak, chyba tak. Jade, gdyby stan Elizabeth zmienił się choćby na jotę, krzycz.

Lady Wyler podeszła do łóżeczka, w którym popiskiwało pomarszczone maleństwo. Skóra dziewczynki przestała być sina, zrobiła się różowa.

– Dziewczynka – zauważyła, odchylając płótno, w które Ruby luźno zawinęła niemowlę. – Ósmy miesiąc, może trochę więcej. Potrzebuje dużo ciepła, ale nie mogę pozwolić, żeby Elizabeth miała go za dużo. Pearl! – powiedziała głośniej.

– Słucham panią?

– Każ natychmiast napalić w pokoju dziecinnym i włożyć do łóżeczka garnek z czymś gorącym. Potem zagrzej cegłę, owiń ją w parę szmat, żeby nie parzyła. Tylko się pospiesz.

Pearl wybiegła.

– Jade – ciągnęła Margaret, wracając do łóżka Elizabeth – gdy tylko Pearl powie, że łóżeczko jest gotowe, zabierz małą do pokoju dziecinnego i połóż ją tam. Trzymaj ją w cieple, ale pilnuj, żeby łóżeczko nie było zbyt gorące. Jesteś za nią odpowiedzialna. Ja nie mogę zostawić Elizabeth, pani Costevan również. Opiekuj się tą kruszynką najlepiej, jak potrafisz, a gdyby znów zsiniała, zawołaj nas. Nell będzie musiała spać w pokoju Butterfly Wing, więc powiedz Pearl, żeby zabrała jej łóżeczko, gdy tylko przeniesiesz niemowlę do pokoiku dziecinnego.

Polecenia lady Wyler zostały wykonane w mgnieniu oka. Jade zamieniła się miejscem z żoną sir Edwarda i podeszła do łóżeczka. Ruby zawinęła dziecko i podała je Chince. Jade z niemym podziwem spojrzała na wymęczoną maleńką twarzyczkę.

– Moja dziecinka! – zagruchała, delikatnie tuląc tobołek. – To moja dziecinka.

Wyszła, zostawiając lady Wyler i Ruby po obu stronach wąskiego łóżka, na które przeniosły Elizabeth, gdy zaczęły się bóle porodowe.

– Myślę, że śpi – powiedziała Ruby, przenosząc wzrok z nieruchomej postaci na zmęczoną twarz akuszerki.

– Ja też tak sądzę, ale musimy jej pilnować, Ruby.

– Elizabeth nie może mieć więcej dzieci – bardziej stwierdziła, niż spytała Ruby.

– To prawda.

– Margaret, znasz się trochę na tych sprawach, prawda? – spytała Ruby, robiąc wszystko, żeby to pytanie nie zabrzmiało obraźliwie. – Chodzi mi o to, że dużo widziałaś i dużo robiłaś.

– O tak, Ruby. Czasami wydaje mi się, że aż za dużo.

– Ja też.

Po tym wstępie Ruby zamilkła i zaczęła przygryzać wargę.

– Zapewniam cię, Ruby, że nie zaskoczy mnie nic, co powiesz – rzekła łagodnie lady Wyler.

– Nie, nie chodzi o mnie – zapewniła Ruby, przekonana, że to tylko ona lubi szokować. – Chodzi o Elizabeth.

– W takim razie… mów.

– Ściśle rzecz biorąc, o… seks – wybuchnęła Ruby.

– Pytasz, czy Elizabeth może mieć stosunki?

– I tak… i nie – przyznała Ruby – ale to dobry początek.

Wiemy, że Elizabeth nie może ryzykować następnej ciąży. Czy to oznacza, że musi za wszelką cenę unikać współżycia?

Margaret Wyler zmarszczyła czoło, zamknęła oczy i westchnęła.

– Chciałabym odpowiedzieć na twoje pytanie, Ruby, ale nie umiem. Gdyby miała pewność, że nie zajdzie w ciążę, mogłaby prowadzić normalne życie małżeńskie, ale…

– Och, to „ale”! – zawołała Ruby. – Miałam niegdyś burdel, a kto może lepiej znać wszystkie sztuczki, które pozwalają uniknąć ciąży, niż właścicielka burdelu? Zimna woda, odpowiednie dni cyklu, stosunek przerywany. Problem polega na tym, że niekiedy wszystkie te sposoby zawodzą. Wtedy pozostaje tylko dawka sporyszu w szóstym tygodniu i modlitwa, żeby to zadziałało.

– No to znasz odpowiedź na swoje pytanie. Jedynym absolutnie pewnym sposobem jest zrezygnowanie ze stosunków.

– Cholera – mruknęła Ruby, a potem się wyprostowała. – Jej mąż czeka na parterze. Co mam mu powiedzieć?

– Niech zaczeka jeszcze godzinę – zaproponowała lady Wyler. – Potem, jeśli stan Elizabeth się nie zmieni, będziesz mogła mu powiedzieć, że jego żona przeżyje.

Minęła następna godzina, nim Ruby najpierw cicho zapukała, a potem weszła do biblioteki w ponurą, zieloną kratę Murrayów.

Siedział tam, gdzie zwykle – przy dużym oknie, z którego roztaczał się widok na Kinross i odległe wzgórza. Jeszcze nie zapadła noc. Chociaż Elizabeth przeżyła poważny kryzys, ostatnie dziewięć godzin ciągnęło się w nieskończoność. Alexander trzymał na kolanach książkę, jego twarz oświetlał ostatni promyk zachodzącego słońca, a on tymczasem patrzył niewidzącym wzrokiem na groźne niebo. Słysząc pukanie Ruby, drgnął i niezgrabnie poderwał się na nogi.

– Udało jej się – oznajmiła Ruby łagodnie, ujmując jego dłoń. – Chociaż jeszcze nie ma całkowitej pewności, Margaret i ja wierzymy, że Elizabeth wyzdrowieje. Masz następną córeczkę, kochanie.

Opadł gwałtownie na krzesło. Ruby przyciągnęła sobie drugie, usiadła naprzeciwko niego i zdobyła się na uśmiech. Alexander się postarzał, posiwiał, jakby mimo posiadanej siły i władzy w końcu spotkał potężniejszego przeciwnika i przegrał walkę.

– Jeżeli tylko jesteś w stanie skądś to wytrzasnąć, Alexandre, marzę o wypaleniu cygara i wypiciu ogromnego kielicha koniaku – oznajmiła. – Nie mogę zamknąć drzwi, ponieważ lada chwila Margaret może znów mnie potrzebować, ale mogę pić i palić, strzygąc uchem.

– Oczywiście, kochanie. Jesteś moją miłością, wiesz? – zapewnił ją, wyjmując cygaro i zapalając je za nią. – Nie mogę mieć więcej dzieci – ciągnął, podchodząc do szatki i nalewając dwa ogromne kieliszki koniaku – tak brzmi wyrok. Och, biedna Elizabeth! Może teraz w końcu będzie miała trochę spokoju! Zacznie cieszyć się życiem. Bez Alexandra w łóżku.

– Takie jest nasze wspólne zdanie – powiedziała Ruby, biorąc kieliszek.

Wypiła ogromny łyk i nabrała powietrza w płuca.

– Jezu, jakie to dobre! Nie chciałabym już nigdy więcej przeżyć czegoś takiego. Twoja żona przeżyła horror, na szczęście nie czuła bólu. Czy to nie wspaniałe? Tylko dzięki temu udało mi się to wszystko jakoś przetrwać. Nawet mając dziecko, człowiek nie wie, jak to jest. Lee przyszedł na świat bez żadnych problemów.

– Ile on teraz ma lat? Dwanaście? Trzynaście?

– Zmieniasz temat, Alexandrze. Szóstego czerwca skończy trzynaście lat. Urodził się w zimie. Bóg mi świadkiem, łatwiej w zimie chodzić z dużym brzuchem. W Hill End bywało wystarczająco gorąco.

– Zostanie moim spadkobiercą! – oznajmił Alexander, sącząc koniak.

– Alexandrze! – Ruby wyprostowała się na krześle i zrobiła okrągłe oczy. – Masz dwie spadkobierczynie!

– Dziewczynki. Co prawda Charles twierdzi, że dziewczęta mogą wprowadzić do rodziny dużo lepszych mężczyzn niż synowie; mężczyzn, którzy mogliby nawet zmienić nazwisko na Kinross, ale i bez tego chyba zawsze wiedziałem, że Lee będzie dla mnie kimś więcej niż synem mojej kochanki.

– A na którym koniu miałby jeździć?

– Słucham?

– Nieważne. – Ruby wsunęła nos do kieliszka. – Kocham cię, Alexandrze, i zawsze będę cię kochać, ale uważam, że nie powinniśmy mówić takich rzeczy, gdy twoja żona walczy ze śmiercią. Tak nie… można.

– Nie zgadzam się. Myślę, że Elizabeth też by się nie zgodziła. Oboje jesteśmy zgodni, że nasze małżeństwo było błędem, ale sam ściągnąłem na siebie to nieszczęście. Tylko ja zawiniłem, nikt inny. Kiedyś, dawno temu, śmiertelnie zraniono moją dumę, dlatego chciałem udowodnić dwóm wrednym staruchom, że Alexander Kinross może zostać panem świata. – Uśmiechnął się. Nagle wyglądał na pogodzonego z losem. – Jednak mimo pomyłki, jaką okazało się nasze małżeństwo, uważam, że uratowałem Elizabeth przed gorszym nieszczęściem, jakie spotkałoby ją w szkockim Kinross. Ona tego nie dostrzega, ale tak wygląda prawda. Teraz, kiedy na dobre zostałem wyrzucony z jej łóżka, będzie jej łatwiej. Będę traktował ją z pełnym szacunkiem i honorem, ale moje serce należy do ciebie.