Potem natknęła się na sadzawkę. Odkryła ją, jadąc w górę rzeki, podczas próby namówienia upartej Crystal, żeby szła korytem strumienia tam, gdzie trudno było posuwać się do przodu jego brzegiem. Tego dnia Elizabeth bardziej niż zazwyczaj pragnęła uwolnić się od wszelkich ograniczeń. Po odkryciu sadzawki przestała jeździć gdzie indziej.
Jeziorko znajdowało się w zagłębieniu, dzięki czemu było stosunkowo głębokie. Dopływ świeżej wody zapewniał maleńki wodospad, który spadał po ogromnym głazie między paprociami i długim mchem, jakiego nie ma w Szkocji. Woda okazała się tak czysta, że widać było każdy kamień na dnie, a także – o dziwo! – ryby i małe krewetki przezroczyste jak najlepsze szkło. Elizabeth mogła nawet obserwować, jak szybko biją im czerwone serduszka – maleńkie jak główki szpilki. Chociaż wokół sadzawki rosły drzewa, w południe promienie słońca tańczyły na powierzchni i zamieniały ją w czyste, płynne złoto. Wszystko, co żyło, przychodziło tu, żeby się napić. Elizabeth znalazła wygodne miejsce dla Crystal, wystarczająco daleko od jeziorka, by nie płoszyła fruwających, chodzących i pełzających gości, potem odkryła niewielki głaz, na którym mogła wygodnie usiąść i oddać się marzeniom.
Sadzawka należała do niej i tylko do niej. Wstęp do buszu na górze mieli tylko państwo Kinrossowie, a nawet gdyby ktoś wtargnął na teren prywatny, nigdy nie znalazłby sadzawki. Znajdowała się zbyt daleko w górę strumienia, prowadziła do niej zbyt trudna droga.
Nikt nie był w stanie powiedzieć, co myśli Alexander. Domownicy odnosili wrażenie, że postanowił w uprzejmy i cywilizowany sposób rozmawiać ze swoją żoną, ale właściwie rozmawiali tylko przy stole i po obiedzie, ograniczając się do pogawędek dotyczących kopalni, pory roku, kilku nowych pomysłów Alexandra, tego, co wyczytali w gazetach: na przykład, że sir Henry Parkes awansował na stanowisko szefa rządu, a pan John Robertson został kawalerem Orderu Świętego Michała i Świętego Jerzego.
– Sir John Robertson – powiedziała zamyślona Elizabeth. – Jestem trochę zaskoczona, że królowa obdarzyła go tytułem szlacheckim. Nie należy do Kościoła anglikańskiego, nie cieszy się zbyt dobrą opinią wśród kobiet. To zazwyczaj bardzo pogrąża mężczyzn w jej oczach.
– Wątpię, by ktoś poinformował Wiktorię, że Robertson jest kobieciarzem – stwierdził Alexander oschle. – Natomiast jego tytuł szlachecki wcale mnie nie dziwi.
– Dlaczego?
– Ponieważ kariera polityczna Johna Robertsona dobiegła końca. Zazwyczaj w takich okolicznościach każdy człowiek pisze petycję do królowej z prośbą o nadanie mu tytułu. Jest to sygnał, że pora wycofać się ze sceny politycznej.
– Naprawdę?
– Tak, moja droga. Zapewne zauważyłaś, że gdy dwie osoby rządzą na zmianę, nie ma prawdziwej opozycji. Zapamiętaj moje słowa, Robertson wkrótce przejdzie na emeryturę. Prawdopodobnie dożywotnio będzie zasiadał w izbie wyższej i pełnił funkcję marszałka. Domeną Parkesa pozostanie izba niższa. – Alexander prychnął. – Tak!
– Przecież Parkes też ma tytuł szlachecki – zaoponowała Elizabeth – i nic nie wskazuje na to, by i on miał zamiar przejść na emeryturę.
– To dlatego, że Parkes ma zbyt spuchniętą głowę. – Alexander się uśmiechnął. – Niczego nie widzi oprócz swojej opuchlizny. Oczywiście, to tylko metafora. Sir Henry jest nadęty. Zawsze był i zawsze będzie. Co więcej, prowadzi zbyt wystawny tryb życia – to niebezpieczne u polityka, który nie dysponuje własnym majątkiem. Robertson jest bogaty, Parkes w porównaniu z nim to nędzarz. O ironio, jako członek parlamentu nic nie zarabia, ale przecież są dodatkowe fundusze, korzyści uboczne związane ze stanowiskiem premiera… – Wzruszył ramionami. – Są pewne sposoby i środki, Elizabeth.
– Polubiłam go, gdy był tu na kolacji.
– Owszem, jest czarujący. Podoba mi się jego podejście do edukacji dzieci w naszym stanie, natomiast nie ufam jego chwiejnej naturze. Sir Henry jest jak chorągiewka na wietrze.
Pod koniec stycznia tysiąc osiemset siedemdziesiątego ósmego roku, kiedy Anna miała dziesięć miesięcy, Nell znalazła ojca w bibliotece.
– Tatusiu – zapytała, wdrapując się na kolana Alexandra – co dolega Annie?
Zaskoczony, obrócił twarzą do siebie dwuletnią córeczkę i bacznie się jej przyjrzał. Nell była coraz bardziej podobna do niego. Miała takie same spiczaste, czarne brwi i przeciągłe spojrzenie, które może niezbyt pasowało do małego dziecka, ale w przypadku dorosłej kobiety było niezwykłe, interesujące i atrakcyjne. Zaskakująco błękitne oczy bacznie się wszystkiemu przyglądały. W tej chwili wyrażały zmartwienie i obawę – jak u osoby dorosłej, nie dwulatki.
– A jak myślisz, co dolega Annie? – spytał, nagle zdając sobie sprawę, że bardzo rzadko widuje młodszą córeczkę.
– Na pewno coś – oznajmiła Nell z pełnym przekonaniem. – Pamiętam, że w jej wieku już mówiłam, ponieważ zapamiętałam wszystko, co mi powiedziałeś i co ja powiedziałam tobie, tatusiu. Wszystko! Tymczasem Anna nawet nie siada. Jade to ukrywa. Podnosi Anne, gdy wejdę, żeby się z nią przywitać, ale ja to widzę. Oczy Anny nie funkcjonują tak, jak powinny, są rozbiegane. Dużo się ślini. Ja siadałam na nocniczku, żeby zrobić kupkę, ale Anna nie umie tego zrobić. Och tatusiu, jest taką kochaną okruszynką i moją młodszą siostrzyczką! Niestety, coś jej dolega, naprawdę.
Alexander poczuł, że zaschło mu w ustach. Oblizał więc wargi i starał się udawać, że wcale się nie martwi, tylko jest zaskoczony.
– Która godzina? – spytał.
Uczył Nell odczytywać czas ze starego zegara, który stał w rogu biblioteki. Nigdy się nie pomyliła. Teraz też.
– Szósta, tatusiu. Za chwilę Butterfly Wing zacznie mnie szukać. – Zachichotała.
– W takim razie może chociaż raz to ty poszukałabyś Butterfly Wing i zaskoczyła ją? – spytał Alexander, stawiając Nell na podłodze. – Jeżeli jest szósta, muszę porozmawiać z mamą. Za godzinę ciocia Ruby przychodzi na kolację.
– Och, nie chcę iść do łóżka! – zawołała Nell. – Kocham ciocię Ruby niemal tak samo jak Butterfly Wing.
– Bardziej niż mamę? Bardziej niż mnie?
– Nie, nie, oczywiście, że nie! – Nell wpadła na nowy pomysł. – Wszystko jest względne, tatusiu, dobrze o tym wiesz.
– Zmykaj, mała mądralo – powiedział ojciec z rozbawieniem, delikatnie popychając Nell.
Alexander postanowił odszukać Elizabeth, wcześniej jednak skierował kroki do pokoiku dziecinnego, do którego po urodzeniu się Anny Nell już nie wróciła, ponieważ lady Wyler uznała, że hałaśliwa mała istotka będzie uniemożliwiała staranną opiekę nad słabiutkim wcześniakiem. Nell przeniosła się do Butterfly Wing, ale ostatnio naciskała, żeby dano jej własny pokój.
Kiedy Alexander zastanowił się nad tym wszystkim, zdał sobie sprawę, że Jade prawie w ogóle nie opuszcza pokoju dziecinnego – ani w dzień, ani w nocy. Opiekę nad Elizabeth zostawiła Pearl i Silken Flower, a sama całkowicie poświęciła się Annie. Robiła to bardzo subtelnie, niemal niewidocznie. Którego ojca – zastanawiał się Alexander – interesuje niemowlę, nawet jeśli sam je spłodził? Zwłaszcza gdy jest to druga dziewczynka? Nell była inna – żywa, inteligentna, ciekawa, ruchliwa, wszędzie było jej pełno. Nigdy, nawet jako noworodek, nie pozwalała mu się ignorować. Zaciskała paluszki na jego palcu, wlepiała oczka w twarz ojca, gaworzyła, uśmiechała się, gruchała. Tymczasem Anna całkowicie zniknęła z pola widzenia, nie było jej widać ani słychać. Alexander zawsze czuł się niemile widziany w pokoju dziecinnym.