Выбрать главу

Między miastem a podnóżem góry znajdowała się część przemysłowa z torami kolejowymi, maszynami, silnikami, rafinerią, dziesiątkami baraków z blachy falistej i dymiących kominów. Złoto nadal płynęło, w takiej samej ilości, ale przybyła gazownia, budynek z prądnicą i chłodnia. Do Kinross sprowadzano z Bathurst mleko i mięso, a z Sydney ryby i owoce.

Co stałoby się z tą kolonią, gdyby nie tacy ludzie jak Alexander czy król chłodni Sam Mort? W Anglii prawdopodobnie zniknęliby w tłumie, ale tu, w Nowej Południowej Walii, zaangażowali się w pewne przedsięwzięcia i doskonale prosperowali. Ciekawe, co powiedziałby mój dziadek skazaniec Richard Morgan i moja również ukarana w ten sposób matka, gdyby mogli zobaczyć, co się stało z krainą, do której niegdyś zostali zesłani? Wystarczy tylko spojrzeć na mnie, Ruby Costevan: najpierw utrzymankę staruszka, potem właścicielkę burdelu, a teraz dyrektora spółki. Mężczyźni nic na to nie poradzą. Biorą sprawy w swoje ręce i wszystko zmieniają. Zwłaszcza Alexander Kinross i Samuel Mort. Tak myślała Ruby w drodze do swojego eleganckiego hotelu.

Czas upływał. Sprawy publiczne nie wyglądały zbyt zachęcająco. Wszystko z powodu przywar mężczyzn sprawujących władzę. Mieszkańcy Kinross irlandzkiego pochodzenia byli oburzeni, gdy premier, sir Henry Parkes, przemawiając w parlamencie, poinformował jego członków, że należy powstrzymać imigrację z Irlandii. Uznał, że w ten sposób łatwiej mu będzie zdobyć przychylność Wielkiej Brytanii i ugruntować dominację protestantyzmu. Chciał zapewnić prymat protestanckiej nauce i etyce, dlatego uważał, że nie można faworyzować Irlandczyków i katolików, ponieważ to zniszczyłoby status quo. Jego zdaniem w Nowej Południowej Walii już teraz było ich zbyt wielu. Głupie wystąpienie premiera jedynie pogłębiło rosnącą przepaść między irlandzkimi katolikami a ich protestanckimi kuzynami z innych części Wysp Brytyjskich, spotęgowało również rozłam między klasą robotniczą i wyższymi sferami, ponieważ Irlandczycy i katolicy w znacznej mierze byli robotnikami. Ktoś coś przebąkiwał również o „hordach Mongołów i Tatarów”, którzy w ogóle nie byli chrześcijanami. Bigoteria i nietolerancja powszechne wśród tak wysoko postawionych osób jak premier świadczyły jedynie o tym, że te same poglądy wyznają szerokie rzesze, a politycy wolą ludzi dzielić niż jednoczyć.

W styczniu tysiąc osiemset osiemdziesiątego pierwszego roku w Sydney odbyła się konferencja międzykolonialna. Postanowiono przedyskutować na niej sprawę ograniczenia imigracji Chińczyków i napisać petycję do rządu brytyjskiego z prośbą, by australijskie kolonie nie musiały dostosowywać się do pojednawczej polityki Londynu wobec Chin. W petycji protestowano również przeciwko decyzji rządu Zachodniej Australii o pomocy chińskim imigrantom, którzy zechcą pracować na farmach i jako służący w domach.

Sung wraz z kilkoma wybitnymi chińskimi biznesmenami postanowił zaprezentować chiński punkt widzenia na tę sprawę i zwrócić uwagę konferencji na fakt, że głupotą jest drażnienie wielomilionowego kraju, który znajduje się tak blisko od rozległej, niemal bezludnej krainy.

„…Jeśli dotychczas przypadkowe akty przemocy, nienawiści i zazdrości uznane zostaną za słuszne i zgodne z prawem, możliwe, że w końcu przeforsujecie swoje stanowisko; jeżeli jednak usankcjonujecie przemoc w imię wyższych celów, nie doprowadzicie do niczego dobrego, wasza reputacja na forum międzynarodowym zostanie nieodwracalnie pogrzebana, a flaga, z której słusznie jesteście dumni, przestanie być sztandarem wolności i nadziei na ucieczkę przed prześladowaniami i będzie kojarzona z fałszem i zdradą”.

Prawdę mówiąc, nowa dekada, na którą tak bardzo liczył Alexander, zaczęła się w atmosferze rozgoryczenia i uraz między różnymi grupami australijskiego społeczeństwa. Kobiety zaczęły protestować, że nie mają równego dostępu do edukacji, a zrobiły to tak skutecznie, że uniwersytet w Sydney postanowił zacząć je przyjmować na wszystkie wydziały – oczywiście, z wyjątkiem medycyny. Sama myśl, że przygotowana pod względem medycznym kobieta mogłaby dotykać penisa i moszny, była zbyt przerażająca.

Większość mieszkańców Kinross czytała gazety (do których dołączyły teraz „Daily Telegraph” i tygodnik z komentarzami „Bulletin”), w związku z tym szeroko dyskutowano na temat powyższych opinii i wydarzeń. Zdaniem Ruby i właścicieli pubów w miasteczku wredni purytanie mieli w parlamencie zbyt dużą władzę: przeszła ustawa, która nakazywała, by od poniedziałku do soboty zamykano hotele i bary o jedenastej w nocy, a w niedziele lokale te w ogóle nie miały prawa działać. Jak wielu właścicieli w całym stanie Ruby poinformowała Komisję ds. Alkoholu, że licencje na sprzedaż trunków zgodnie ze starym prawem są ważne do czerwca tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego roku i do czerwca tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego roku ma zamiar przestrzegać dawnych godzin otwarcia. Tak też robiła.

Dla Elizabeth jedynym wyznacznikiem upływu czasu były urodziny. W sylwestra tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego roku Nell ukończyła sześć lat, a szóstego kwietnia tegoż roku Anna – pięć. Elizabeth czuła się tak, jakby brała udział w jakimś wielkim spektaklu, wystawianym przez bezduszny, przyziemny osiemnastowieczny teatr komiczny, tyle że nie była to sztuka zabawna. Nell poszerzyła swój słownik o długie, trudne wyrazy, zaczynała się też orientować w algebrze i trygonometrii, Anna nie nauczyła się jeszcze chodzić i wciąż mówiła tylko „mama”, „Jade”, „Nell” i „dolly”. Mimo to młodsza z sióstr przygotowała wszystkim ogromną niespodziankę; w piąte urodziny z piskiem przeraczkowała przez cały pokój dziecinny, śmiejąc się do zachwyconej Jade.

Elizabeth wykonywała swoje obowiązki sumiennie, ale też nie zachwycała się przesadnie postępami córki. Jade wyraźnie nie miała nic przeciwko wyrażaniu swego zachwytu, więc Elizabeth dręczyły wyrzuty sumienia; w końcu to ona była matką. Oczywiście wiedziała, że Anna na zawsze przypieczętowała jej małżeństwo z Alexandrem. Podczas długich tygodni w łóżku spędzonych przed urodzeniem Anny Elizabeth myślała, że jeśli uda jej się zaoszczędzić część ogromnych pieniędzy, które dawał jej Alexander, pewnego dnia będzie mogła od niego odejść, wrócić do Szkocji i zamieszkać tam w jakiejś chatce jako powszechnie szanowana stara panna. Była przekonana, że dzieci doskonale sobie bez niej poradzą; Nell już dawała sobie radę. Teraz, przyglądając się Annie, Elizabeth widziała w niej swoje przeznaczenie. Jak mogłaby opuścić biedną, bezradną, maleńką istotkę, która przez całe życie będzie ciężarem dla innych? Nie mogła. Po prostu nie mogła. To oznaczało, że kochała Anne, chociaż nie lubiła na nią patrzeć.

Och, jak bezsensowne było siedzenie na maleńkim krzesełku, na poziomie Anny, i ciągłe powtarzanie tych samych słów: „siusiu”, „kupka” i „mniam – mniam”! Czasami Elizabeth miała wrażenie, że oszaleje z powodu kompletnej bezowocności takiego postępowania. Tymczasem cudownie przyziemna Ruby bez problemu tolerowała upośledzenie umysłowe u dzieci i wady u mężczyzn. Ani razu się nie skrzywiła – nawet gdy Anna zaśliniła od góry do dołu jej drogą suknię, zwymiotowała na nią albo poplamiła, w przypływie szczęścia wycierając w nią buźkę. Elizabeth w takich samych sytuacjach musiała wybiegać z pokoju, pokonując mdłości i potworne obrzydzenie. Wmawiała w siebie, że brak jej zwyczajnej przyzwoitości i humanitaryzmu, że nawet skurcze żołądka i obrzydzenie mogą dowodzić miłości do Anny, chociaż uczucie to nie potrafi stłumić przerażenia na widok upośledzonego umysłowo dziecka.