Выбрать главу

Alexander powiedział kiedyś, że jestem miła, ale to nieprawda – karciła siebie. Jestem najgorszą z kobiet, złą matką. Matki powinny radzić sobie ze swoimi dziećmi, tymczasem ja nie umiem się uporać z żadną ze swoich córeczek. O ile Anna jest dla mnie raczkującym tłumoczkiem, o tyle Nell bardziej przypomina przerażającą istotę wyższą, z którą absolutnie nie mogę się dogadać. Jeśli daję jej lalkę, natychmiast przeprowadza na niej operację: bierze ostry nóż, rozkrawa jej brzuch i wyjmuje to, co jest w środku, wygłaszając naukowe komentarze dotyczące stanu jej wnętrzności. Potem wychodzi i ogląda realistycznie namalowane części ciała w okropnym atlasie anatomicznym, z którym Alexander nigdy się nie rozstaje, „ponieważ rysunki wykonał Albrecht Durer”, kimkolwiek on jest. Innym razem wstaje o północy z łóżka, idzie z teleskopem od Alexandra na płaski dach i patrzy w niebo albo opowiada o czyimś pierścieniu. Urodziłam miniaturkę Alexandra i bezmyślną główkę kapusty. Co gorsza, nie lubię zajmować się żadną z nich. Kocham je tylko dlatego, że je urodziłam, że są cząstką mnie.

W przypadku Anny nikt nie wie, o czym ona myśli, o ile w ogóle potrafi myśleć, chociaż Jade zaklina się, że tak. Niemniej do pewnego stopnia Nell jest jeszcze gorszym potworem niż Anna: władczym, niespokojnym, aroganckim, zdecydowanym, niezwykle ciekawym wszystkiego i pozbawionym cienia strachu. Chociaż oczy ma błękitne, nie czarne, to kiedy patrzy na mnie spod spiczastych brwi, wydaje mi się, że spogląda na mnie Alexander. Ma sześć lat i uważa, że jej matka jest niewiele inteligentniejsza od Anny. Nie cierpi, gdy się ją przytula; nie lubi, gdy się ją całuje, i z pogardą podchodzi do kobiecych zajęć. Na ostatnie urodziny dałam jej kufer swoich starych ubrań, żeby mogła się bawić w przebieranki. Kufer stoi nietknięty, a gdy go dostała, spojrzała na mnie pogardliwie, chociaż każda inna dziewczynka w jej wieku uznałaby go za skrzynię skarbów! Jakby chciała powiedzieć: Mamusiu, za kogo ty mnie uważasz, za idiotkę w rodzaju Anny?

Kocham obie córeczki, ale nie potrafię polubić żadnej z nich: Nell, ponieważ jest genialna, Anny, gdyż czuję obrzydzenie do tego, co robi.

Och, dobry Boże, gdzie popełniłam błąd? Czego mi brakuje?

Kiedy Elizabeth powiedziała coś na ten temat Ruby, ta tylko szyderczo prychnęła:

– Prawdę mówiąc, Elizabeth, zbyt surowo się oceniasz! Ludzie tacy jak ja często miewają mocny żołądek i nie przeszkadza im brud ani bałagan. Łatwiej mi to znieść, ponieważ dorastałam w brudzie i bałaganie. Ty, jak sądzę, wychowywałaś się w nieskazitelnie czystym szkockim domu, gdzie wszystko bez przerwy było myte i odkurzane. Nikt nie wymiotował po zbyt dużej ilości alkoholu, nie brudził po pijanemu, nie czekał z umyciem naczyń, póki nie obrosną pleśnią, ani nie zostawiał w domu śmieci, żeby zgniły… Jezu, Elizabeth, ja dorastałam w szambie! Skoro masz słaby żołądek, nic nie możesz na to poradzić. Nie jesteś w stanie nad nim zapanować, kotku, niezależnie od tego, jak bardzo byś się starała. Jeśli chodzi o Nell, zgadzam się z tobą: jest swego rodzaju potworem. Nigdy nie będzie osobą, którą wszyscy od razu polubią; podejrzewam, że raczej będzie wszystkich odpychać. Cierpisz, ponieważ jesteś niewykształcona, a Alexander wyraźnie dał ci to odczuć. Ja też nie kończyłam szkół, ale gdy go spotkałam, nie byłam niedojrzałą, szesnastoletnią dziewczyną. Głowa do góry i przestań mieć do siebie pretensje. Twoja miłość do dzieci jest o wiele ważniejsza niż lubienie ich.

Przydałby się deszcz – pomyślała Elizabeth w pewien majowy poranek tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego roku. Wsiadła na Crystal i pokonała cztery i pół kilometra, jakie dzieliły dom od sadzawki. Tylko dzięki sadzawce udaje mi się jeszcze pozostać przy zdrowych zmysłach. Bez niej tkwiłabym w zamknięciu w miejscu, w którym muszę robić to, czego nie lubię. Gdyby nie sadzawka, nie wiedziałabym nawet, że istnieje coś takiego jak wewnętrzny spokój. Jedynie użalałabym się nad sobą. A to najgorsze z przestępstw, ponieważ prowadzi do nudy, wyimaginowanych ran i braku wrażliwości na uczucia innych ludzi. Kimkolwiek jestem, cokolwiek mnie spotyka, myślę tylko o sobie. Mogłam powiedzieć ojcu „nie”. Najwyżej by mnie zbił i odesłał do Murraya. Mogłam odmówić Alexandrowi. Jego jedynym wyjściem byłoby wtedy odesłanie mnie do domu w hańbie. Ruby ma rację, zbyt dużo zastanawiam się nad sobą i swoimi wadami. Muszę myśleć o sadzawce. Wtedy zapomnę.

Prowadziła klacz drożyną, która teraz była już tak dobrze wydeptana, że każdy mógł nią podążyć, gdyby tylko chciał albo gdyby mu na to pozwolono. Elizabeth nigdy nie przyszło jednak na myśl, że sadzawkę może odwiedzać ktokolwiek oprócz niej.

Mniej więcej trzysta metrów od jeziorka Elizabeth usłyszała beztroski, wesoły męski śmiech. Nie przestraszyła się, jedynie stanęła. Zsiadła z Crystal i przywiązała klacz do gałęzi drzewa, poklepała białą, lśniącą sierść i cicho ruszyła przed siebie. Była wściekła: jak ten człowiek śmiał bezprawnie wejść na prywatny teren Kinrossów? Ani cienia strachu, za to rozwaga. To ona kazała Elizabeth najpierw sprawdzić, kim jest intruz. Jeśli, na przykład, okaże się, że sadzawkę odkryła jakaś grupa opryszków, Elizabeth wróci niezauważona po własnych śladach i pojedzie konno do domu, żeby skorzystać z nowej zabawki, którą Alexander zainstalował tuż przed wyjazdem. Był to telefon, który łączył Kinross House z posterunkiem policji w Kinross i domem Summersów. Linia telefoniczna nie prowadziła w inne miejsca, ale umożliwiała uzyskanie natychmiastowej pomocy. Istniała jeszcze możliwość, że to grupka tubylców, ale na tym terenie aborygeni niezwykle rzadko podchodzili do osad białych ludzi. Co więcej, bali się kopalni; wokół setkami kilometrów ciągnął się niezamieszkany busz, a nieliczni rdzenni mieszkańcy Australii strzegli swoich plemion przed zepsuciem białych.

W pobliżu nie było spętanych koni ani śladu bandytów czy aborygenów. Na skale, która sterczała nad sadzawką jak pochylona łopata, stał tylko jeden mężczyzna. Był zwrócony plecami do Elizabeth, mimo to zaparło jej dech w piersiach, zwolniła i zatrzymała się. Mężczyzna był nagi, miał rozjaśnioną światłem złocistą skórę i długie, czarne włosy, które opadały aż do pasa. Chińczyk? Odwrócił się, uniósł ręce nad głowę, śmignął i niemal bezszelestnie zniknął pod powierzchnią wody. Przez moment Elizabeth widziała jego twarz. Znała ją tak dobrze jak własne odbicie w lustrze. Lee Costevan. Lee Costevan wrócił do domu. Ugięły się pod nią kolana, opadła na ziemię, a potem zdała sobie sprawę, że gdy młodzieniec wypłynie, by zaczerpnąć powietrza, zobaczy ją. Och, co za konfrontacja! Jakie zażenowanie dla obojga! Co ona mu powie? Poderwała się i w ostatniej chwili zdążyła się ukryć wśród gałęzi.

Niemal z bólem obserwowała, jak Lee z radością wychylił się z wody niczym jedna z ryb, które żyły w sadzawce, potem odgarnął mokre włosy z twarzy, bez trudu wywindował się na skałę, rozejrzał wokół, oczarowany, i położył się w słońcu na plecach. Elizabeth stała w tym samym miejscu, nieruchoma jak jaszczurka, póki nie zdecydowała się na powrót. Potem zaczęła uciekać.

Jakimś cudem udało jej się wrócić do domu – jak, nie wiedziała. Jej oczy, myśli i duszę wypełniał obraz pięknego, cudownego ciała, które nie miało żadnych skaz; mięśni, które gładko poruszały się pod skórą; twarzy, na której wyryta była czysta radość. Przez całe życie Elizabeth marzyła o wolności, ale nigdy wcześniej nie spotkała jej w ludzkiej postaci. Było to niezapomniane przeżycie. Rewelacja.

Lee Costevan wrócił do domu.

7. NOWY RODZAJ BÓLU

Elizabeth zdążyła się jedynie wykąpać i włożyć popołudniową sukienkę, gdy pojawiła się Ruby.