Na początku grudnia, po pięciu miesiącach schadzek, Sam O'Donnell nagle zdał sobie sprawę, że Anna jest w ciąży. Wyglądała tak jak matka Sama, a jej brzuch nie był już płaski. Jezu Chryste! To była ostatnia wyprawa Sama na górę. Nie miał pojęcia, czy Anna wciąż go wypatruje, modlił się jednak, by nigdy nie spotkali się twarzą w twarz.
Dopisywało mu szczęście. Gdy tuż po Nowym Roku po Kinross rozeszła się wieść, że ktoś uwiódł biedną Anne Kinross i zmajstrował jej dziecko, Sam O'Donnell postanowił przeczekać burzę. Gdyby wyjechał z miasteczka, ktoś mógłby się domyślić prawdy, więc przysiadł cicho. Nie zmienił jednak swoich obyczajów. Był zbyt przebiegły, by zrezygnować z nagłych wymówek: „Wrócę za trzy godziny, pani Nagle, muszę pomóc pani Murphy”, tyle że teraz były prawdą, a nie wymysłem. Sam O'Donnell nie miał złudzeń. Gdyby oskarżono go o stosunki z Anną Kinross, zostałby zlinczowany.
Szedł wąską ścieżyną do szopy Jade Wong z zapałem wygłodzonego człowieka, który właśnie zobaczył kromkę chleba. Może w porównaniu z Anną ten chleb był już nieco czerstwy, ale i tak miły i bardzo potrzebny. Samowi O'Donnellowi od jakiegoś czasu bardzo brakowało, jak to powiedział Bede Talgarthowi, „drobnego fiku – miku”.
Mimo to się nie spieszył. Prawie cały dzień ciężko pracował, nie chciał tracić ani odrobiny więcej siły i energii, niż było to konieczne, na wspinaczkę na trzystumetrowe zbocze. Gdy dotarł na górę, słońce dotykało szczytów zachodnich wzgórz. Sam natychmiast zauważył, że Jade powiedziała prawdę. Podwórko na tyłach domu było puste, a z kuchni dobiegały rozmowy i śmiechy Chińczyków. Machnięciem ręki kazał psu zostać na zewnątrz, a potem uniósł zasuwę czerwonych drzwi i wszedł do środka. Unosił się tam dziwny, niezbyt miły zapach, który przebijał się przez egzotyczną woń. Sam podejrzewał, że tak właśnie pachną chińskie pokoje. Dlaczego nie otworzyła okiennic? Żeby nie zobaczono światła? To nie miało sensu, skoro mieszkała w tej norze.
– Co jest na ścianach? – spytał, patrząc na obicie.
– Nie wiem – odparła, zdejmując przykrywkę z dzbanka na herbatę.
Na stole, na kuchence spirytusowej, stał duży parujący czajnik.
– Dlaczego w oknach są kraty?
– To klatka tygrysa.
Błyskawicznie omiótł spojrzeniem całe wnętrze, ale doszedł do wniosku, że Jade żartuje. Dlaczego nie otworzyła okien, tylko zapaliła lampy? Była dziwna, ale skoncentrował się na jej wyglądzie. Nie miała płaszcza i była piękna, naprawdę piękna! Jakby czytając w jego myślach, stopę w pantofelku na wysokim obcasie oparła na krześle i poprawiła szew pończochy. Od razu położył tam dłoń, przesunął ją po gładkim jedwabiu, a potem nieco wyżej, pragnąc dotknąć nagiego ciała, jeszcze bardziej jedwabistego niż pończocha. Po pokonaniu następnych centymetrów natknął się na wilgotną, nagą szparę. Jade Wong nie nosiła pruderyjnych reform. Podskoczyła i zadrżała; uśmiechnęła się do niego, wydęła wargi i delikatnie odsunęła jego rękę.
– Nie, Sam, wszystko po kolei. Najpierw musimy napić się herbaty. Tak każe obyczaj – wyjaśniła.
Uniosła dzbanek i nalała do dwóch małych miseczek stosunkowo jasny płyn. Jedną miseczkę od razu wyciągnęła w stronę Sama.
– Nie ma uszka, poparzę się – zaoponował.
– Herbata jest schłodzona do odpowiedniej temperatury. Wypij, Sam – namawiała Jade, sącząc swoją herbatę. – Musisz wypić wszystko, inaczej nasza wspólna noc będzie pozbawiona uroku.
Oho, chiński eliksir miłości! Chociaż nie miał tak dobrego smaku jak zwyczajna herbata indyjska, nie był też wcale taki zły. Sam wypił, pochłonął nawet drugą miseczkę, którą nalała mu Jade.
Potem dostał to, na czym tak bardzo mu zależało. Jade rozpięła guziczki z boku sukienki i zebrała materiał w fałdy, by zdjąć go przez głowę. Sam z zachwytem przyjrzał się jej nagiemu ciału: delikatnym czarnym włosom łonowym, pięknemu brzuchowi, cudownym piersiom.
– Nie zdejmuj pończoch – poprosił, szamocząc się z własnym ubraniem.
Palce były bardziej niezgrabne niż zazwyczaj.
– Oczywiście – zgodziła się.
Podeszła do łóżka i położyła się na nim, po czym włożyła jeden kciuk do ust, a kiedy zaczęła głośno go ssać, jej wargi utworzyły „O”. Sarnie oczy Jade bez zmrużenia wpatrywały się w Sama.
– Chcę zobaczyć twoją cipkę, mała Chinko – sapnął.
Gdy posłusznie rozsunęła nogi, podszedł do łóżka. Był nagi, ale członek nie stał tak sztywno i prosto, jak powinien. O Jezu, co się dzieje? Sam odniósł wrażenie, że nagle uleciało z niego powietrze. Opadł na brzeg łóżka i położył się bezwładnie jak przekłuty balon. Z całych sił starał się walczyć z opadającymi powiekami, próbował uszczypnąć Jade w sutek, ale nie mógł. Oczy mu się zamknęły. Najpierw chwila drzemki, potem będzie się z nią kochał, aż zadrżą ściany. Tak, tylko wcześniej odrobinę się zdrzemnie…
Jade odczekała kilka minut, następnie sięgnęła do niewielkiej szuflady obok łóżka i wyjęła z niej gazę oraz buteleczkę z chloroformem. Położyła mu gazę na ustach i nosie, po czym zaczęła kropla po kropli nasączać ją płynem. Przez chwilę Sam próbował walczyć, ale laudanum wystarczająco go uspokoiło, by środek usypiający odniósł efekt. Po jakimś czasie ciało Sama całkowicie zwiotczało. Jeszcze kilka kropli dla pewności, potem Jade zdjęła gazę z twarzy swojej ofiary i wyciągnęła spod łóżka ciężką skórzaną kurtkę. Z zadziwiającą jak na kobietę energią i siłą włożyła ręce i tułów Sama w kaftan bezpieczeństwa domowej roboty, mocno zacisnęła paski na plecach, a pozostałe przypięła do żelaznych prętów, które łączyły górną część łóżka z podłogą. Skórzanymi ochraniaczami mocno owinęła kostki mężczyzny, zapięła je i przywiązała do poręczy łóżka.
Wszystko to zrobiła w taki sposób, żeby O'Donnell był przymocowany w pozycji półsiedzącej. Jego ramiona i górna część klatki piersiowej zostały uniesione za pomocą kilku pasów. Gdy Sam odzyska przytomność, będzie spoglądał z góry na swoje leżące na łóżku ciało. Pozostało do wykonania jeszcze jedno zadanie: Jade wzięła igłę i nitkę, uniosła jedną powiekę, podciągnęła ją do góry, aż do brwi, i zeszyła razem kilkoma szybkimi ściegami. Tak samo postąpiła z drugim okiem.
Obeszła pokój, zapaliła wszystkie lampy i przycięła im knoty, żeby dawały jasne światło, bez dymu. Włożyła swoje codzienne czarne spodnie i bluzę, usiadła na krześle i czekała. Sam oddychał, ale chrapliwie, a otwarte oczy nic nie widziały. Obudził się dopiero po półtorej godziny. Wtedy zaczęły męczyć go torsje, ale ponieważ od lunchu niczego nie jadł, a miał wspaniałe trawienie, nic z siebie nie wyrzucił.
Przez chwilę bezskutecznie usiłował uwolnić się od dziwnego ciężaru, potem napotkał wzrok Jade, która siedziała na krześle. Uspokoił się, zrezygnował z szamotania się z prowizorycznym kaftanem bezpieczeństwa, nadal jednak jak przez mgłę zastanawiał się, dlaczego nie może się uwolnić z krępujących go więzów. Nigdy w życiu nie widział czegoś takiego, co w tej chwili spowijało go od szyi po pas, trzymało mu skrzyżowane ręce i miało zaszyte na końcach rękawy, wskutek czego nie mógł wysunąć palców. Nie był również w stanie uwolnić nóg – jego kostki przywiązane były do poręczy łóżka. Ani zamrugać oczami… Dlaczego nie może mrugać oczami?
– Co się dzieje? – sapnął, próbując skupić wzrok na Jade. – Co się dzieje?