Выбрать главу

Wstała i stanęła nad nim.

– Musisz zapłacić, Samie O'Donnellu.

– Co takiego? O co chodzi?

– Wszystko w swoim czasie – odparła i wróciła na krzesło.

Ruszyła się dopiero wtedy, gdy otworzył usta, żeby krzyknąć. Włożyła mu między zęby małą kulę z korka, potem zawiązała kawałek materiału na ustach, żeby utrzymać kulę w środku. Nie mógł krzyczeć; całą energię pochłaniało oddychanie przez napięte, poruszające się niespokojnie nozdrza.

Jade podeszła ponownie do łóżka, tym razem z cienkim nożem do filetowania.

– Zrujnowałeś życie mojej dziecinki – oświadczyła, zaciskając palce na uchwycie noża. – Zgwałciłeś niewinne dziecko, Samie O'Donnellu. – Uśmiechnęła się szyderczo. – Och, wiem, co byś mi powiedział! Że sama o to prosiła, sama tego chciała. Tylko że jest to kobieta o umyśle kilkuletniego dziecka. Zgwałciłeś niewinne, bezbronne dziecko, i teraz za to zapłacisz.

Z zakneblowanych ust dobiegło gorączkowe mamrotanie, głowa Sama jak piłka skakała z boku na bok, a ciało podrygiwało, ale Jade nie zwracała na to uwagi. Uniosła nóż, przesunęła nim przed oczami Sama i uśmiechnęła się jak tygrysica.

Wybałuszonymi ze strachu oczami śledził ruchy Chinki… Co ona zrobiła, że nie może ich zamknąć? Że nie jest w stanie oderwać wzroku, że musi patrzeć, jak Jade przesuwa się o pół metra w dół łóżka i lewą ręką ujmuje jego genitalia? Nie spieszyła się, połaskotała go nożem, nacięła skórę aż do pojawienia się kropelek krwi, potem odsunęła ostrze i znów wróciła do łaskotania. Najpierw obcięła mosznę, potem członek. Sam walił głową i bezgłośnie wył, cierpiąc potworne katusze. Położyła swoje trofeum na klatce piersiowej Sama, żeby się tam wykrwawiło, a potem cofnęła się z penisem i moszną w lewej ręce oraz ociekającym krwią nożem w prawej. Krew tryskała, ale nie tak gwałtownym strumieniem jak z obciętej ręki czy nogi. Sam O'Donnell mógł tylko bezradnie patrzeć na czerwoną dziurę w swoim kroczu, w miejscu, gdzie kiedyś miał genitalia, i obserwować, jak powoli wycieka z niego życie, póki mgła nie zasnuła jego wciąż otwartych oczu.

Jade siedziała przez całą noc, trzymając w ręce swój cenny skarb, tymczasem uwodziciel Anny powoli wykrwawiał się na śmierć. Gdy przez szczeliny w okiennicach wdarły się pierwsze promienie światła, Jade drgnęła, wstała z krzesła i podeszła do łóżka, by spojrzeć na twarz Sama O'Donnella. Widać było tylko białka, knebel przesiąknięty był śliną i łzami.

Chinka wyszła, zamknęła za sobą drzwi i spojrzała na psa. Leżał sztywny obok zatrutego mięsa, które dla niego zostawiła. Żegnaj, Samie, żegnaj, Roverze!

Jade zeszła wąską ścieżyną do Kinross i poszła prosto na posterunek policji. Rzuciła nóż i genitalia na stół.

– Zabiłam Sama O'Donnella – oznajmiła sparaliżowanemu z grozy posterunkowemu – ponieważ zgwałcił moją Anne.

4. URODZINY I ŚMIERĆ

Jak zwyczajny małomiasteczkowy policjant z Nowej Południowej Walii powinien zareagować w takiej sytuacji? – zastanawiał się sierżant Stanley Thwaites, patrząc na galaretowate ochłapy. Leżały na stole i bardziej fascynowały go niż nóż i młoda Chinka, która usiadła w kącie na ławce. Jądra w swoich woreczkach właściwie niczego nie przypominały, tylko penis wyglądał dokładnie tak, jak powinien. W końcu policjant uniósł powieki i spojrzał na Jade, która siedziała spokojnie z opuszczoną głową i rękami złożonymi na kolanach. Oczywiście, wiedział, że jest to opiekunka Anny Kinross. W każdą niedzielę cierpliwie czekała przed kościołem Świętego Andrzeja, aż lady Kinross wyjdzie po mszy ze swoją upośledzoną córką. Przypomniał sobie nawet, że Chinka nazywa się Jade Wong.

– Nie będziesz sprawiać nam kłopotów, Jade? – spytał. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.

– Nie, sierżancie.

– Czy jeśli nie założę ci kajdanek, będziesz próbowała uciekać?

– Nie, sierżancie.

Z westchnieniem podszedł do telefonu, który wisiał na ścianie, zdjął słuchawkę i kilkakrotnie nacisnął widełki.

– Połącz mnie z lady Kinross, Aggie! – krzyknął.

Zbyt wiele uszu – pomyślał; Aggie podsłuchuje wszystkie rozmowy.

– Mówi sierżant Tliwaites. Chciałbym rozmawiać z lady Kinross.

Gdy Elizabeth podeszła do telefonu, spytał po prostu, czy może jak najszybciej się z nią spotkać. Lepiej, żeby Aggie jeszcze przez jakiś czas o niczym nie wiedziała.

Sierżant szybko zebrał odpowiednią grupkę. Jeśli na górze rzeczywiście jest jakieś ciało, będzie potrzebował przynajmniej dwóch ludzi… no i doktora Burtona, na wypadek gdyby Sam O'Donnell jeszcze żył. W Kinross nie było koronera, funkcję tę pełnił doktor Parsons z Bathurst, ponieważ to tam znajdował się sąd okręgowy.

– W Kinross House był wypadek, doktorze – huknął, starając się zagłuszyć głośny oddech Aggie. – Spotkajmy się przy kolejce… Nie, nie ma czasu na śniadanie.

Grupka policjantów wyruszyła w drogę z noszami i Jade. Przy kolejce spotkali niezadowolonego doktora Burtona. Gdy jechali w górę, Tliwaites powtórzył lekarzowi, co wyznała Jade, powiedział również o dowodzie, który rzuciła na stół na posterunku policji. Burton z osłupieniem przyjrzał się Chince, jakby nigdy wcześniej nie widział jej na oczy. Wyglądała tak jak zawsze – jak lojalna i kochająca chińska pokojówka.

W Kinross House powitała ich Elizabeth.

– Jade! – krzyknęła skonsternowana. – Co się stało?

– Zabiłam Sama O'Donnella – wyjaśniła Jade spokojnie. – Zgwałcił moją maleńką Anne, więc musiałam go zabić. Potem poszłam na posterunek i oddałam się w ręce policji.

W pobliżu stało krzesło; Elizabeth ciężko na nie opadła.

– Musimy to sprawdzić, lady Kinross. Gdzie on jest, Jade?

– W szopie za domem, sierżancie. Pokażę wam. W pobliżu drzwi leżał martwy pies.

– Nazywa się Rover – oświadczyła Jade, szturchając zwierzę nogą. – Otrułam go.

Bez cienia strachu czy wyrzutów sumienia wprowadziła mężczyzn do chaty.

Tylko jeden z dwóch posterunkowych jadł śniadanie; wyrzucił je z siebie, gdy zobaczył to, co znajdowało się na łóżku. Pościel i materac tak dokładnie wchłonęły krew Sama O'Donnella, że na podłodze widać było tylko krople, które kapnęły z noża Jade. Wcześniejszy fetor znacznie przybrał na sile: woń kadzidełka i starych odchodów wymieszała się z zapachem zakrzepłej krwi. Zasłoniwszy dłonią usta, doktor Burton na chwilę pochylił się nad ciałem.

– Nie żyje – powiedział, a przypomniawszy sobie słowo z czasów studiów dodał: – Ekspirował.

– Eks… co?

– Wyzionął ducha. Na skutek upływu krwi. Wykrwawił się na śmierć, Stan.

Sierżant ponownie ciężko westchnął.

– No cóż, nie ma tu żadnych tajemnic, ponieważ morderczyni sama przyznała się do winy. Jeśli zgodzi się pan, doktorze, napisać raport dla koronera z Bathurst, chciałbym, żebyśmy przełożyli go na nosze i odtransportowali do zakładu pogrzebowego Marcusa Cobhama. Trzeba będzie szybko go pochować, bo inaczej zasmrodzi całe Kinross. Brakuje tu powietrza. – Odwrócił się do Jade, która ani na chwilę nie odrywała wzroku od Sama O'Donnella i nie przestawała się uśmiechać. – Jade, jesteś pewna, że to ty go zabiłaś? Nim odpowiesz, dobrze się zastanów, ponieważ tym razem masz świadków.

– Tak, sierżancie, zabiłam go.

– A co z jego… hm… brakującymi częściami? – spytał doktor Burton, który czuł, że kurczą mu się genitalia i traci w nich czucie.

Sierżant podrapał się po nosie.

– Uważam, że ponieważ należą do niego, powinny powędrować razem z nim do Marcusa. Nie można ich przyczepić z powrotem, ale wciąż są jego.