“Jedzenie – pomyślał Graeber. – W czasie wojny wyobrażenia o szczęściu zawsze związane są z jedzeniem".
– A może i tam nie będziemy mogli pojechać? – spytała.
– Chyba nie. Napadliśmy na Holandię bez uprzedzenia i zniszczyliśmy Rotterdam. Widziałem ruiny. Nie pozostał prawie ani jeden cały dom. Trzydzieści tysięcy zabitych. Obawiam się, że nas tam nie wpuszczą, Elżbieto.
Milczała przez jakiś czas. Potem uniosła nagle szklankę i cisnęła ją na podłogę. Szkło zabrzęczało i rozprysło się.
– Nigdzie nie możemy już jechać! – krzyknęła. – Po cóż więc marzymy! Nigdzie! Jesteśmy uwięzieni, odosobnieni i wyklęci!
Graeber usiadł na łóżku. W drgającym wapiennym świetle padającym z ulicy oczy jej błyszczały jak przejrzysty kryształ. Przechylił się ponad nią i spojrzał na podłogę. Odłamki szkła ciemno połyskiwały obrzeżami.
– Musimy zapalić światło i pozbierać je – powiedział. – Inaczej pokaleczymy sobie nogi. Poczekaj, zamknę najpierw okno.
Przeszedł przez poręcz łóżka. Elżbieta zapaliła światło i sięgnęła po szlafrok. W blasku lampy stawała się wstydliwa.
– Nie patrz na mnie – powiedziała. – Sama nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Zazwyczaj nie jestem taka.
– Właśnie że taka jesteś. I masz rację. Nie pasujesz do tego otoczenia. Toteż bez skrupułów możesz od czasu do czasu coś stłuc.
– Chciałabym wiedzieć, do czego pasuję.
Graeber zaśmiał się.
– Czy ja wiem? Może do cyrku lub do barokowego pałacu, lub między stylowe meble, albo do namiotu. W każdym razie nie do tego białego panieńskiego pokoju. A ja pierwszego wieczoru sądziłem, że jesteś bezradna i potrzebujesz opieki!
– Bo tak też jest.
– Tacy jesteśmy wszyscy. Ale dajemy sobie radę również bez opieki i pomocy.
Rozłożył gazetę na podłodze, a drugą zgarniał odłamki szkła. Spojrzał przy tym na tytuły. Dalsze skracanie frontów. Ciężkie walki pod Orłem. Zwinął gazetę i wrzucił ją do kosza na papiery. Ciepłe światło pokoju wydawało się nagle podwójnie ciepłe. Z ulicy dobiegało stukanie i zgrzyt świdrów brygady porządkowej. Na stole stały podarki Bindinga. “Nieraz myśli się o wielu sprawach równocześnie" – przeszło mu przez głowę.
– Uprzątnę szybko ze stołu – powiedziała Elżbieta. – Nie mogę już na to patrzeć.
– Gdzie chcesz to postawić?
– W kuchni. Ze schowaniem możemy zaczekać do jutrzejszego wieczoru.
– Jutro wieczorem niewiele z tego zostanie. Ale co będzie, jeśli pani Lieser wróci wcześniej?
– No to wróci wcześniej.
Graeber spojrzał na Elżbietę zaskoczony.
– Sama się sobie dziwię, jak bardzo zmieniam się z każdym dniem – powiedziała.
– Nie z każdym dniem, z każdą godziną.
– A ty?
– Ja również.
– Czy to dobrze?
– Tak. A jeśli nawet niedobrze, to też nie ma znaczenia.
– Nic już nie ma znaczenia, prawda?
– Chyba ma.
Elżbieta zgasiła światło.
– Możemy znów odsłonić grobowiec.
Graeber otworzył okno. Natychmiast wleciał wiatr. Firanki zafalowały.
– Oto księżyc – powiedziała Elżbieta.
Tarcza jego wynurzała się mglista i czerwona nad zniszczonym dachem przeciwległego domu. Była jak potwór wżerający się w ulicę rozżarzonym pyskiem. Graeber wziął dwie szklanki i napełnił je do połowy koniakiem. Jedną podał Elżbiecie.
– Wypijmy teraz to. Wino nie smakuje w ciemności.
Księżyc wzniósł się wyżej, bardziej dostojny i złocisty. Przez jakiś czas leżeli w milczeniu. Elżbieta odwróciła głowę.
– Jacy my właściwie jesteśmy? – spytała. – Szczęśliwi czy nieszczęśliwi?
Graeber zastanowił się.
– Jedno i drugie. Tak już chyba musi być. Wyłącznie szczęśliwe są dzisiaj tylko krowy. Zresztą może i one już nie. Może już tylko kamienie.
– To także nie ma znaczenia, prawda?
– Nie.
– Czy cokolwiek ma jeszcze znaczenie?
– Tak. – Graeber patrzył w zimne, złociste światło, powoli wypełniające pokój. – Nie jesteśmy już umarli – powiedział. – I nie jesteśmy jeszcze umarli.
XVI
Była niedziela rano. Graeber znalazł się na Hakenstrasse. Zauważył, że w wyglądzie ruin coś się zmieniło. Zniknęła wanna oraz resztka schodów; wzdłuż muru przekopano wąską dróżkę wiodącą na podwórze, a stamtąd, w bok, w stronę szczątków domu. Wydawało się, jakby rozpoczęła tu pracę brygada porządkowa.
Przecisnął się przez odgruzowane wejście do na poły zasypanego pomieszczenia, w którym rozpoznał dawną pralnię domową. Dalej prowadził ciemny, niski korytarz. Graeber zapalił zapałkę i oświetlił wnętrze.
– Co pan tu robi? – krzyknął nagle ktoś za nim. – Niech pan natychmiast wyjdzie!
Obejrzał się. W ciemności nie mógł nikogo dojrzeć, więc zawrócił. W pralni stał mężczyzna wsparty na kulach. Miał na sobie cywilne ubranie, na które narzucił wojskowy płaszcz.
– Czego się pan tu kręci? – parsknął.
– Ja tutaj mieszkam. A pan?
– Tutaj mieszkam j a i nikt poza tym, zrozumiano? A pan na pewno nie! Po co pan tu myszkuje? Żeby kraść?
– Człowieku, nie denerwuj się – powiedział Graeber spoglądając na Icule i wojskowy płaszcz. – Moi rodzice mieszkali tutaj i ja również, póki nie poszedłem do Prusaków. Teraz już jesteś zadowolony?
– Każdy tak może mówić.
Graeber ujął kalekę za kule, odsunął go ostrożnie na bok i wyszedł z korytarza.
Na dworze spostrzegł jakąś kobietę nadchodzącą z dzieckiem. Za nią szedł drugi mężczyzna z kilofem w ręku. Kobieta wyszła z czegoś w rodzaju szopy skleconej za domem; mężczyzna zbliżał się z drugiej strony. Otoczyli Graebera.
– Co się stało, Otto? – spytał kalekę mężczyzna z kilofem.
– Przyłapałem go. Myszkował tutaj. Twierdzi, że jego rodzice tu mieszkali.
Mężczyzna z kilofem zaśmiał się ochryple.
– I co jeszcze?
– Nic – odparł Graeber. – Tylko tyle.
– Nic innego nie wpadło ci do głowy? – Mężczyzna ważył kilof w ręku i nagle uniósł go do góry. – Zmykaj! Liczę do trzech. Bo ci łeb rozwalę. Raz…
Graeber doskoczył z boku i uderzył. Gdy mężczyzna upadł, wyrwał mu kilof z ręki.
– Tak będzie lepiej. A teraz wołajcie policję, jeśli chcecie! Ale chyba nie chcecie, co?
Mężczyzna podniósł się powoli. Z nosa kapała mu krew.
– Nie radzę ci próbować jeszcze raz – powiedział Graeber. – U Prusaków nauczono mnie walki wręcz. A teraz powiedzcie, co wy tutaj robicie.
Kobieta wysunęła się do przodu.
– Mieszkamy tutaj. Czy to przestępstwo?
– Nie. A ja przyszedłem, bo moi rodzice tutaj mieszkali. Może to jest Przestępstwo?
– Prawdę mówisz? – spytał kaleka.
– No chyba! Co tu można ukraść?
– Wystarczy dla kogoś, kto nie ma nic – odparła kobieta.
– Ale nie dla mnie. Przyjechałem na urlop i znów wracam na front. Widzieliście tę kartkę przed bramą na ulicy? Tę, na której ktoś poszukuje rodziców? To właśnie ja.
– To ty? – spytał kaleka.
– Tak, ja.
– To co innego. Rozumiesz, kolego, że człowiek staje się podejrzliwy. Zostaliśmy zbombardowani i ulokowaliśmy się tutaj. Gdzieś przecież trzeba mieszkać.
– Sami odkopaliście to wszystko?
– Częściowo. Inni nam trochę pomogli.
– Kto?
– Znajomi, którzy mają narzędzia.
– Znaleźliście trupy?
– Nie.
– Na pewno nie?
– Na pewno. My w każdym razie nie. Może dawniej ktoś tu był, ale my nie znaleźliśmy żadnych.