– Tak.
Szli dalej. Zorza wieczorna przybierała na sile i głębi. Oblewała ich twarze i dłonie. Graeber przyglądał się mijanym ludziom, ale teraz patrzył na nich inaczej niż poprzednio; każdy miał swój własny los. “Łatwo jest potępiać i być odważnym, gdy człowiek nic nie ma – pomyślał. – Ale gdy już coś posiada, świat od razu się zmienia. Miłość czyni życie lżejszym i cięższym, a czasem nie do zniesienia. Odwaga zaś, choć wciąż ta sama, przybiera inny charakter i inną nazwę i właściwie dopiero teraz się zaczyna." Odetchnął głęboko. Miał wrażenie, jakby wrócił do schronu z długiego, niebezpiecznego patrolu na nieprzyjacielskim terenie; był teraz nie mniej zagrożony niż przedtem, ale jednak czuł się na chwilę bezpieczny.
– Dziwne – powiedziała Elżbieta. – Chyba jest już wiosna. Idziemy zrujnowaną ulicą i choć to zupełnie nieprawdopodobne, a jednak wydaje mi się, że czuję zapach fiołków…
XVIII
Bóttcher pakował swoje rzeczy. Koledzy zebrali się wokół niego.
– Doprawdy ją znalazłeś? – spytał Graeber.
– Tak, ale…
– Gdzie?
– Na ulicy – odparł Bóttcher. – Stała po prostu na rogu Bierstrasse i Kellerstrasse, obok dawnego sklepu z parasolami. W pierwszej chwili nawet jej nie poznałem.
– A gdzie była przez cały czas?
– W jakimś obozie koło Erfurtu. Posłuchajcie tylko! Stoi zatem obok sklepu z parasolami, a ja jej nie widzę. Przechodzę koło niej, a ona mnie woła: “Otto! Nie poznajesz mnie?" – Bóttcher przerwał i rozejrzał się po izbie. – Bo też, koledzy, jak można poznać kobietę, która straciła osiemdziesiąt funtów wagi?
– Jak się nazywa obóz, w którym była?
– Nie wiem. Zdaje się, że obóz leśny numer dwa. Mogę ją zapytać. Ale słuchajcie wreszcie! Gapię się więc na nią i mówię: “Alma, to ty?" “Ja, Otto – odpowiada – wiesz, miałam takie przeczucie, że przyjedziesz na urlop, i dlatego wróciłam". A ja wciąż jeszcze gapię się na nią. Kobieta, dawniej okazała jak perszeron, stoi tu, wychudzona, ledwo sto dziesięć funtów zamiast blisko dwustu, sam szkielet, suknie na niej wiszą jak na tyce do grochu! – Bóttcher westchnął.
– Jakiego właściwie jest wzrostu? – spytał Feldmann, zaciekawiony.
– Co?
– Jakiego wzrostu jest twoja żona?
– Mnie więcej metr sześćdziesiąt. Bo co?
– To znaczy, że ma teraz swoją normalną wagę.
– Normalną wagę? Człowieku, co ty wygadujesz? Nie dla mnie! Dla mnie jest chuda jak szkapa! Co mnie obchodzi twoja przeklęta normalna waga! Ja chcę mieć żonę taką jak dawniej, okazałą, z tyłkiem, na którym można było orzechy tłuc, a nie z zadkiem nędznym jak ziarnko kawy. Po to ja walczę? Za coś takiego?
– Walczysz za naszego ukochanego fuhrera i za naszą drogą ojczyznę, a nie za wagę rzeźną twojej żony – powiedział Reuter. – Po trzech latach pobytu na froncie powinieneś o tym wiedzieć.
– Waga rzeźna? Kto tu mówi o wadze rzeźnej? – Bóttcher spoglądał wściekle i bezradnie od jednego do drugiego. – To była żywa waga! A z całą resztą możecie mnie pocałować w…
– Milcz! – Reuter uniósł ostrzegawczo rękę. – Myśl sobie, co chcesz, ale nie mów tego! I bądź zadowolony, że twoja żona jeszcze żyje!
– Przecież jestem zadowolony! Ale czyż nie mogłaby żyć i nadal pozostać tęga jak dawniej?
– Ależ Bóttcher! – powiedział Feldmann. – Możesz ją przecież znowu utuczyć.
– Tak? A czym? Tą odrobiną, którą się dostaje na kartki?
– Wystaraj się o coś na lewo.
– Łatwo wam mówić! Wy tylko dajecie dobre rady! – oświadczył Bóttcher rozgoryczony. – Ale mnie zostały już tylko trzy dni urlopu. Jak mam ją utuczyć w ciągu tych trzech dni? Choćby kąpała się w tranie i jadła siedem razy dziennie, może przytyć najwyżej o kilka funtów, a cóż to jest? Koledzy, jestem w rozpaczliwym położeniu!
– Dlaczego? Jeśli chodzi o tłuszcz, masz jeszcze tę grubą szynkarkę.
– W tym właśnie sęk. Myślałem, że jak wróci moja żona, od razu o tamtej zapomnę. Jestem domatorem i nie uganiam się za babami. A teraz szynkarka bardziej mi się podoba.
– Bo masz diablo płytką naturę – powiedział Reuter.
– Wcale nie jestem płytki! Przeżywam wszystko zbyt głęboko, to mój błąd. Inaczej byłbym zupełnie zadowolony. Ale tego wy, bałwany, nie rozumiecie!
Bóttcher podszedł do swojej szafki i wrzucił resztę rzeczy do tornistra.
– A gdzie będziesz mieszkał z żoną? – spytał Graeber. – Masz jeszcze swoje dawne mieszkanie?
– Nie, skądże! Zbombardowane! Ale raczej wolę gnieździć się w jakiejś zrujnowanej piwnicy, niż zostać tu choćby jeden dzień dłużej. Całe nieszczęście w tym, że żona mi się już nie podoba. Kocham ją jeszcze, bezwarunkowo, przecież dlatego wziąłem z nią ślub, ale taka, jaka jest, po prostu mi się nie podoba. Nic na to nie poradzę. Co mam robić? Ona to, naturalnie, odczuwa.
– Jak długo masz jeszcze urlop?
– Trzy dni.
– Nie mógłbyś przez te kilka dni udawać?
– Kolego – odparł Bóttcher spokojnie – może kobieta potrafi w łóżku udawać. Mężczyzna – nie. Wierzaj mi, byłoby już lepiej, gdybym odjechał nie spotkawszy jej wcale. A tak to tylko oboje się męczymy.
Wziął swoje rzeczy i poszedł.
Reuter popatrzył za nim. Potem zwrócił się do Graebera:
– A ty? Jakie masz plany?
– Idę do komendy garnizonu. Dla pewności dowiem się jeszcze, czy nie potrzebują dodatkowych dokumentów.
Reuter wyszczerzył zęby.
– Pech twojego kolegi Bóttchera nie przeraża cię, co?
– Nie. Mnie przerażają zupełnie inne rzeczy.
– Smród – powiedział pisarz w komendanturze. – Na froncie smród. Wiesz, co się robi w takiej sytuacji.
– Kryje się – odparł Graeber. – O tym wie każde dziecko. Ale co mnie to obchodzi! Mam urlop.
– Tobie się tylko zdaje, że masz urlop – poprawił go pisarz. – Ile to dla ciebie warte, jeśli ci pokażę rozkaz, który dzisiaj nadszedł?
– To zależy.
Graeber wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i położył na stole. Czuł ucisk w dołku.
– Smród – powtórzył pisarz. – Ciężkie straty. Trzeba niezwłocznie wysłać uzupełnienia. Urlopników, których nie zatrzymują tu ważne powody, mamy natychmiast odesłać z powrotem. Rozumiesz?
– Tak. Jakie są te ważne powody?
– Śmierć najbliższych, konieczność uregulowania pilnych spraw rodzinnych, ciężka choroba…
Pisarz sięgnął po papierosy.
– Ulotnij się! Stań się niewidzialny. Jeśli cię nie znajdą, nie będą cię mogli odesłać z powrotem. Unikaj koszar jak zarazy. Zamelinuj się gdzieś aż do końca urlopu. Wtedy się zgłosisz.
Co ci mogą zrobić? Ukarać, że nie podałeś nowego adresu? I tak idziesz na front – i basta.
– Żenię się – powiedział Graeber. – Czy to powód?
– Żenisz się?
– Tak. Dlatego tu przyszedłem. Chciałbym się dowiedzieć, czy potrzebne są do tego jeszcze jakieś dokumenty prócz książeczki wojskowej?
– Ślub! To może być powód. Może, powiedziałem. – Pisarz zapalił papierosa. – Może być powód. Ale po co masz ryzykować. Jako żołnierz frontowy nie potrzebujesz specjalnych dokumentów. A jeślibyś potrzebował przyjdź do mnie; załatwię ci od ręki, tak że nikt nic nie zmiarkuje. Masz porządny mundur? W tych łachach nie możesz przecież brać ślubu.
– Czy tutaj dałoby się coś wymienić?
– Idź do magazyniera. Powiedz mu, że się żenisz. I powiedz, że ja cię przysyłam. Masz jeszcze trochę dobrych papierosów?
– Nie. Ale może mi się uda zdobyć jeszcze paczkę.