Выбрать главу

Stockmann parsknął śmiechem.

– Czego się śmiejesz? – spytał go Arnold.

– Przyszło mi na myśl, co by to było, gdyby tej nocy rąbnęli w szpital ciężką bombę – tak w sam środeczek, że zostałaby z nas tylko marmolada; po cóż zaprzątaliśmy sobie głowy tymi wszystkimi troskami?

Graeber wstał. Zauważył, że kibicowi brak obu nóg. “Mina albo odmrożenie" – pomyślał machinalnie.

– Gdzie nasza obrona przeciwlotnicza? – warknął na niego Arnold. – Całej potrzebujecie na froncie? Tutaj prawie nic nie ma.

– Na froncie też nie.

– Co?

Graeber spostrzegł, że popełnił błąd.

– Na froncie czekamy na nowe, tajne bronie – powiedział. – Mają to być prawdziwe cuda.

– Do ciężkiej cholery, co ty wygadujesz? Tak wygląda, jakbyśmy przegrywali wojnę! Nic z tego! Myślisz, że chcę siedzieć w jakimś zasranym wózku i sprzedawać zapałki, jak ci po pierwszej wojnie? Mamy zagwarantowane prawa! Fuhrer nam je obiecał! – Arnold, wzburzony, cisnął karty na stół.

– Nastaw radio – powiedział kibic do Mutziga. – Muzykę!

Mutzig przekręcił gałkę. Z głośnika wydarł się potok blaszanych słów. Kręcił dalej.

– Zostaw to! – zażądał Arnold gniewnie.

– Po co? Przecież to tylko gadanie.

– Zostaw, mówię ci! To przemówienie partyjne. Gdyby każdy stale tego słuchał, byłoby teraz z nami lepiej.

Mutzig westchnął i pokręcił gałką z powrotem. W izbie rozległ się ryk hurapatriotycznego przemówienia. Arnold słuchał zaciskając usta. Stockmann dał znak Graeberowi i wzruszył ramionami. Graeber podszedł do niego.

– Wszystkiego dobrego, Stockmann – szepnął. – Muszę już iść.

– Masz coś lepszego do roboty, prawda?

– Nie. Ale już muszę iść.

Ruszył ku wyjściu. Spojrzenia pozostałych biegły za nim. Czuł się, jakby był nagi. Szedł przez salę powoli; sądził, że w ten sposób mniej będzie drażnił amputowanych. Wiedział jednak, że mu się przypatrują. Mutzig pokusztykał z nim do drzwi.

– Przyjdź znowu – powiedział w półmroku szarego korytarza. – Dzisiaj miałeś pecha. Na ogół jesteśmy znacznie weselsi.

Na ulicy zmierzchało już; Graebera znowu ogarnął strach o Elżbietę. Przez cały dzień starał mu się wymknąć. Ale teraz w tym niepewnym świetle strach skradał się ku niemu ze wszystkich kątów.

Poszedł do Pohlmanna. Starzec otworzył mu natychmiast, jakby na kogoś czekał.

– Ach, to pan!

– Tak. Nie będę pana długo zatrzymywał. Chciałbym tylko o coś pana zapytać.

Pohlmann otworzył drzwi.

– Niech pan wejdzie. Lepiej nie stać na dworze. Ludzie nie powinni wiedzieć…

Przeszli do pokoju z lampą. Graeber poczuł świeży zapach dymu z papierosa. Pohlmann nie miał papierosa w ręku.

– O co pan chciał mnie zapytać?

Graeber obejrzał się.

– Czy to jedyny pokój, jaki pan ma?

– Dlaczego?

– Nie jest wykluczone, że będę musiał ukryć kogoś na kilka dni. Czy mógłbym go tu sprowadzić?

Pohlmann milczał.

– To nie jest ktoś poszukiwany. Chciałbym się tylko zabezpieczyć. Prawdopodobnie wcale to nie będzie potrzebne. Boję się o kogoś. Ale może to tylko urojenie.

– Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie?

– Bo nie znam nikogo innego.

Graeber sam dokładnie nie wiedział, dlaczego przyszedł. Czuł jedynie, że na wszelki wypadek musi poszukać kryjówki.

– Kto to jest?

– Dziewczyna, z którą chcę się ożenić. Jej ojciec jest w obozie koncentracyjnym. Boję się, że ją również zabiorą. Ona nic nie zrobiła. Zresztą, może sobie to wszystko tylko uroiłem.

– Nic nie jest urojeniem w dzisiejszych czasach, a przezorność zawsze lepsza niż żal poniewczasie. Może pan dysponować tym pokojem, kiedy go pan będzie potrzebował.

Graeber poczuł, jak wzbiera w nim fala ciepła; odetchnął z ulgą.

– Dziękuję. Serdecznie dziękuję.

Pohlmann uśmiechnął się. Wyglądał teraz mniej zgrzybiałe niż zazwyczaj.

– Dziękuję – powtórzył Graeber. – Mam nadzieję, że nie będę tego potrzebował.

Stali przed rzędami książek.

– Niech pan sobie wybierze, którą pan chce – powiedział Pohlmann łagodnie. – Książka pomaga nieraz przetrzymać wieczór.

Graeber potrząsnął głową.

– Mnie nie. Ale chciałbym jedno wiedzieć: jak można pogodzić te książki, tę poezję, tę filozofię – z nieludzkim okrucieństwem SA, obozami koncentracyjnymi i mordowaniem niewinnych ludzi?

– Tego nie można pogodzić. One tylko istnieją w tym samym czasie. Gdyby żyli autorzy tych książek, większość z nich siedziałaby także w obozach koncentracyjnych.

– Może.

– Chce się pan żenić?

Starzec zdjął z półki jakiś tom.

– Nie mogę dać panu nic innego. Niech pan weźmie tę książkę. To nie do czytania, to obrazki, tylko obrazki. Nieraz, gdy nie mogłem już czytać, oglądałem je całymi nocami. Obrazki i wiersze – tak było stale, póki miałem naftę. Potem, w ciemności, pozostawała już tylko modlitwa.

– Tak – odparł Graeber bez przekonania.

– Wiele o panu myślałem. I myślałem także o tym, o czym mi pan mówił ostatnio. Na to nie ma odpowiedzi. – Pohlmann urwał, a po chwili dodał cicho: – Jest tylko jedna. Trzeba wierzyć. Wierzyć. Cóż innego nam pozostaje?

– W co?

– W Boga. I w dobro, które tkwi w ludziach.

– Czy pan nigdy nie wątpił?

– Owszem, często. Jakżebym inaczej mógł wierzyć?

Graeber poszedł w stronę fabryki. Zerwał się wiatr i gnał strzępiaste chmury tuż nad dachami. Pluton żołnierzy obładowanych paczkami maszerował w półmroku przez plac. Droga ich prowadziła na dworzec i dalej – na front. “Niewiele brakowało, a znalazłbym się wśród nich" – pomyślał Graeber. Przed zburzonym domem spostrzegł ciemno wznoszącą się lipę i nagle w ramionach swoich i mięśniach poczuł takie samo silne tętnienie życia, jakiego doznał, gdy drzewo to zobaczył po raz pierwszy. “Dziwne. Współczuję Pohlmannowi i on nie może mi w niczym pomóc, ale zawsze, gdy od niego wracam, odczuwam życie głębiej i bliżej niż zwykle".

XIX

Pani dokumenty? Proszę chwileczkę zaczekać.

Urzędnik zdjął okulary i spojrzał na Elżbietę. Następnie wstał powoli i poszedł za drewniane przepierzenie, oddzielające okienko od większej sali.

Graeber obejrzał się. Za nimi stał tłum ludzi. Droga do wyjścia była zatarasowana.

– Idź w stronę drzwi – powiedział cicho do Elżbiety. – Zaczekaj tam. Jeśli zobaczysz, że zdejmuję czapkę, natychmiast idź do Pohlmanna. Nie troszcz się o nic, idź natychmiast, ja tam przyjdę.

Elżbieta zawahała się.

– Idź! – powtórzył niecierpliwie. – Możliwe, że ten stary cap po kogoś poszedł. Nie wolno nam ryzykować. Zaczekaj na ulicy.

– Może potrzebne mu tylko jakieś dodatkowe informacje?

– Zaraz się przekonamy. Powiem, że poczułaś się źle i wyszłaś zaczerpnąć powietrza. Idź, Elżbieto!

Stał przy okienku i patrzył za nią. Odwróciła się i uśmiechnęła. Potem zniknęła w tłumie.

– Gdzie jest panna Kruse?

Graeber drgnął.

– Zaraz przyjdzie. Czy wszystko w porządku?

Urzędnik skinął głową.

– Kiedy państwo chcecie wziąć ślub?

– Jak najprędzej. Pozostało mi już niewiele czasu. Mój urlop kończy się wkrótce.

– Jeśli państwo chcecie, możecie zaraz się pobrać. Papiery są gotowe. Z żołnierzami wszystko jest proste i szybko idzie.

Graeber spostrzegł, że urzędnik trzyma w ręku dokumenty i uśmiecha się. Graeber poczuł nagle, że słabnie. Krew uderzyła mu do głowy.

– Wszystko załatwione? – zapytał i zdjął czapkę, aby otrzeć pot z czoła.