Выбрать главу

– Czapeczka – powiedziała Elżbieta. – Prosta złota czapeczka ściśle przylegająca do głowy.

XXIV

W oknie stały gwiazdy. Dzikie wino wiło się wokół małego czworokąta, a kilka zwisających gron chwiało się na wietrze jak ciemne wahadło bezgłośnego zegara.

– Ja nie płaczę naprawdę – powiedziała Elżbieta. – A jeśli płaczę, nie zwracaj na to uwagi. To nie ja, to tylko coś we mnie, co pragnie się wydostać. Nieraz nie pozostaje człowiekowi nic prócz łez. To nie żal, jestem szczęśliwa.

Leżała w jego ramionach z głową przytuloną do jego piersi. Szerokie łóżko ze starego, ciemnego drzewa orzechowego miało wysokie, wygięte oparcie. W kącie pokoju stała orzechowa komoda, a pod oknem stół z dwoma krzesłami. Na ścianie wisiała oszklona gablotka, a w niej stary wianek ślubny ze sztucznego mirtu, obok zaś lustro, w którym to ciemno, to jasno odbijały się winne grona i rozwiane blade światło zza okna.

– Jestem szczęśliwa – powiedziała Elżbieta. – W ciągu ostatnich tygodni tyle się wydarzyło, że nie mogę wszystkiego ogarnąć. Próbowałam, ale nie potrafię. Dzisiejszej nocy musisz mieć do mnie wiele cierpliwości.

– Chciałbym cię wywieźć z miasta gdzieś na wieś.

– Wszystko mi jedno, gdzie będę, jak odjedziesz.

– To wcale nie wszystko jedno. Wsie nie są bombardowane.

– Kiedyś wreszcie przestaną nas bombardować. Z miasta i tak nic już prawie nie zostało. Póki pracuję w fabryce, nie mogę wyjechać. Szczęśliwa jestem, że mam ten zaczarowany pokój. I panią Witte. – Oddychała spokojnie. – Zaraz dojdę ze sobą do ładu. Nie myśl, że to histeria, jestem szczęśliwa. Ale to niepewne szczęście. Niejednostajne, krowie szczęście.

– Krowie szczęście – powiedział Graeber. – Któż tego pragnie?

– Nie wiem. Sądzę jednak, że mogłabym cieszyć się nim przez dłuższy czas.

– Ja również. Nie chcę się tylko do tego przyznać, bo na razie jest dla nas nieosiągalne.

– Dziesięć lat spokojnego, dobrego, jednostajnego mieszczańskiego, krowiego szczęścia – sądzę nawet, że przez całe życie też nie byłoby tego za wiele!

Graeber zaśmiał się.

– To dlatego, że prowadzimy tak przeklęcie interesujące życie. Nasi przodkowie myśleli inaczej, łaknęli przygód i nienawidzili swego krowiego szczęścia.

– My nie. My staliśmy się znowu skromnymi ludźmi, którzy mają skromne pragnienia. – Elżbieta spojrzała na niego. – Chcesz już spać? Spać przez całą noc bez przerwy? Kto wie, kiedy znowu będziesz miał taką okazję, jeżeli jutro wieczorem odjeżdżasz?

– Wyśpię się w drodze. Kilka dni potrwa, nim dojadę na miejsce.

– Będziesz miał czasem łóżko?

– Nie. Od jutra w najlepszym razie dostanę od czasu do czasu pryczę lub siennik ze słomą. Człowiek szybko się do tego przyzwyczaja. To nie takie straszne. Zbliża się lato. Rosja tylko w zimie jest wstrętna.

– Może będziesz musiał tam przeżyć jeszcze jedną zimę.

– Jeśli nadal będziemy się tak cofać, to zimą znajdziemy się w Polsce, a może nawet w Niemczech. Tam nie ma takich mrozów. Zresztą, do tego zimna jestem już przyzwyczajony.

“Teraz zapyta, kiedy znów przyjadę na urlop – pomyślał. – Chciałbym już to mieć za sobą. Musi o to zapytać, a ja muszę odpowiedzieć; żeby to już prędzej minęło. Mam uczucie, że jestem tu już tylko małą cząstką mojej istoty, ta zaś jakby obnażona była ze skóry, a mimo to nie dawała się zranić. A jednak jest bardziej wrażliwa niż otwarta rana". Spojrzał na kołyszące się za oknem winne grona i na przemykające w lustrze srebrne i szare smugi i wydawało mu się, że gdzieś zupełnie blisko kryje się jakaś tajemnica, która musi się za chwilę odsłonić.

Potem usłyszeli wycie syren.

– Zostańmy tutaj – powiedziała Elżbieta. – Nie chce mi się ubierać i biec do schronu.

– Dobrze.

Graeber podszedł do okna, odsunął stół i wyjrzał. Noc była jasna i nieruchoma. Ogród lśnił w świetle księżyca. Cudowna noc do marzeń i dobra noc do bombardowań. Ujrzał wychodzącą z domu panią Witte. Twarz jej była bardzo blada. Otworzył okno.

– Chciałam już państwa obudzić! – krzyknęła poprzez hałas.

Graeber skinął głową.

– Schron… Leibnizstrasse… – dosłyszał.

Kiwnął ręką. Zobaczył potem, że zawróciła do domu. Odczekał jeszcze minutę, ale nie wyszła powtórnie. Ona także pozostała w domu. Wcale się nie dziwił. Tak właśnie powinno być. Nie potrzebowała wychodzić – ogród i dom zdawały się chronione przez tajemniczą magię; jakby miały pozostać bezgłośne i nietknięte pośród wycia, które rozszalało się ponad nimi. Drzewa stały cicho wokół bladego srebra murawy. Krzaki nie poruszały się. Nawet winorośl za oknem przestała się kołysać. Małą wysepkę pokoju oblewało światło księżyca, tworząc nad nią szklany schron, od którego odbijał się huragan zniszczenia.

Graeber odwrócił się. Elżbieta usiadła na łóżku. Ramiona jej połyskiwały blado, a w miejscach, gdzie się zaokrąglały, otaczały je miękkie cienie. Piersi miała jędrne i śmiałe, wydawały się większe, niż były w istocie. Usta jej były ciemne, a oczy bardzo przejrzyste i niemal bezbarwne. Ręce wsparła za sobą na poduszkach i siedziała na łóżku, jakby nagle przybyła z daleka. Przez chwilę była tak samo obca, cicha i tajemnicza jak ten rozświetlony księżycem ogród na dole, który chronił ich przed końcem świata.

– Pani Witte także została w domu – powiedział.

– Chodź.

Idąc w stronę łóżka widział odbicie swej twarzy w szarosrebrzystym zwierciadle. Nie poznał jej. Była to obca twarz.

– Chodź – powtórzyła Elżbieta.

Pochylił się nad nią. Objęła go ramionami.

– Wszystko jedno, co się stanie – powiedziała.

– Nic się nie może stać – odparł. – Tej nocy nic. – Nie wiedział, skąd ma tę pewność. Łączyła się w jakiś sposób z ogrodem i światłem, i lustrem, i ramionami Elżbiety, i wielkim, rozległym spokojem, który go nagle bez reszty przepełnił.

– Nic się nie może stać – powtórzył.

Chwyciła kołdrę i zrzuciła ją na podłogę. Leżała naga; z bioder wystrzelały nogi, silne i długie, o toczonych udach; ciało jej od ramion i piersi zwężało się ku płaskiemu brzuchowi, jakby wzbierało i z obu stron spływało w trójkąt łona. Nie było to już ciało dziewczęcia, lecz młodej kobiety.

Czuł ją w swoich ramionach. Wtuliła się w niego, miał uczucie, że tysiące rąk obejmują go, trzymają i niosą. Przywarł do niej blisko i szczelnie. Nie było to już podniecenie pierwszego dnia, lecz powolny, potęgujący się żar krwi, szumiący w żyłach i spalający wszystko – słowa, granice, widnokrąg i wreszcie jego samego…

Uniósł głowę, nasłuchiwał. Powracał z daleka, nie wiedział, jak długo był nieobecny. Na dworze panowała cisza. Pomyślał, że to złudzenie, i leżał nasłuchując dalej. Nic nie słyszał – ani wybuchów, ani ognia dział przeciwlotniczych. Zamknął oczy i zapadł w sen. Potem obudził się znowu.

– Nie nadlecieli, Elżbieto – powiedział.

– Nadlecieli – szepnęła.

Leżeli obok siebie. Graeber spojrzał na kołdrę leżącą na podłodze, na lustro i otwarte okno. Początkowo sądził, że ta noc nigdy się nie skończy, ale teraz czuł, jak czas powoli spływa w ciszę. Winorośl za oknem znowu kołysała się na wietrze, jej cienie pomykały po lustrze – rozpoczął się oddalony zgiełk. Graeber popatrzył na Elżbietę. Leżała z zamkniętymi oczyma. Usta jej były otwarte, oddychała głęboko i spokojnie. Jeszcze nie powróciła. On już powrócił. Już znowu myślał. Ona zawsze dłużej była nieobecna. “I ja chciałbym się tak móc zatracić. Całkowicie i na długo". Było to coś, czego jej zazdrościł, za co ją kochał i co go trochę przerażało. Przebywała gdzieś, dokąd nie mógł za nią podążyć, a w każdym razie nie na długo; i możliwe, że to go właśnie przerażało. Poczuł się nagle osamotniony i w jakiś dziwny sposób upośledzony.