Выбрать главу

Tamara już umie z nami żartować i pilnuje mamy, która przyjechała z Zielonej, żeby nie wychodziła zbyt często na papierosa. Wspaniale, że mama jest z nami. Śpij dobrze, Tamarko.

2 września 2000

Tamara ma raka. Przyszły wyniki. Tym większa szkoda, że chirurgom nie udało się wszystkiego usunąć. Lewa nerka jest zagrożona. Dlatego doktor Bondue chce jak najszybszej atakować. Już w poniedziałek Tamara ma być poddana nowej chemioterapii. Niecały tydzień po operacji. Wczoraj doktor powiedział, że Tamara dostanie jeszcze raz taką samą chemioterapię jak poprzednio. Trzy substancje. Jedną z nich jest taksol, ekstrakt palmy z Hawajów. Przed południem zadzwoniłem do onkologa w Aachen. Przedstawiłem mu krótko sytuację. Doktor Weinberg podzielił opinię doktora Bondue. Po południu jednak dowiedziałem się, że doktor Bondue zmienił zdanie. Twierdzi, że trzeba spróbować inną substancję, bardziej agresywną. Już zamówił ją na poniedziałek. Nie podobają mi się takie nagłe zmiany. Ale nie mamy wyboru. Czas leci i Tamara wyjdzie dopiero za tydzień.

Tamara powoli odzyskuje siły. Znowu ćwiczy z rehabilitantką. Ciągle tą samą. Widać, że się przejmuje chorobą Tamary. Mama Tamary towarzyszy jej przez dzień. Ja przychodzę po pracy. Po dziewiątej wracamy piechotą do domu. Obecność mamy nam bardzo pomaga. Tamara zawsze chciała, żeby mama przyjechała na tydzień do Brukseli – planowała, że będą obie chodzić po sklepach, zwiedzać miasto, że zaprosi ją do dobrej restauracji. To już drugi pobyt mamy w Brukseli. I tym razem spędza go w szpitalu.

4 września 2000

Jestem podłączona do kroplówki w szpitalu, który już tak dobrze znam. Ten ból to nie było nic innego, jak rak, który umieścił się tuż koło lewej nerki. Pierwsze badania nic nie wykazały, dopiero tomografia: szary zarys guza zmierzającego do nerki. Czasu nie było wiele: w piątek lekarz powiedział, w poniedziałek do szpitala, we wtorek operacja. Otworzyli mi cały brzuch, wyjęli guza, zeszyli.

Nie było nawet czasu myśleć o Irlandii, marzeniach, przepadającym bilecie i w ogóle. Nie wiem, czy będę mogła zrobić ten staż w komisji. Czy wytrzymam po chemio 8 godzin w pracy. A jednocześnie chcę to zrobić wbrew wszystkiemu i wszystkim. Żeby udowodnić temu rakowi, że nie ma miejsca dla niego w moim ciele. Codziennie to powtarzam: odejdź, chorobo, odejdź, raku, to już koniec, chcę normalnie żyć. I cały czas myślałam, że tak będzie, a tu ból, którego lekarze od razu nie sklasyfikowali. Nie wiem, czy to ich wina. We wtorek jedziemy z Maćkiem do Aachen na konsultację z niemieckim lekarzem.

Macuś jest cały czas przy mnie, oddany całą duszą, całym ciałem. Uważny na każde moje słowo, na każdy gest. Ten mój mąż! Ten mój ukochany, najdroższy mąż! Wczoraj na krótko przytuliliśmy się do siebie na szpitalnym łóżku. Poczułam jego ciepło i moją nieograniczoną miłość do niego, potrzebę bycia tak „pupa przy pupie”. Zasnąć w jego objęciach. Tak lubię Maćkowy zapach.

Przyjechała mama, jeszcze przed operacją, którą miałam 28 sierpnia. Jest jeszcze jeden-dwa dni tutaj, potem pojedzie. Kochany skrzat – nagotował za dziesięciu. Gołąbki, pierogi, zupy różne.

Zaczyna działać taki środek usypiający, żebym łatwiej znosiła chemio. Widać to po piśmie.

Czy jestem załamana? Dzisiaj zaczął się zbyt piękny dzień, by taką być. Wczoraj niedziela była gorsza, cisza, każdy z rodziną, a ja w szpitalu. Graliśmy z Maćkiem i mamą w karty.

Boże, wiem, że Ty wypuszczasz te radosne promienie słońca, miej mnie w swojej opiece.

Aniele Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy.

Widziałam Anioła Stróża tuż koło mnie dzisiaj rano. Kobieta, która przyszła na jakąś operację (jednodniową). Taki spokój i czar od niej bił. Cały czas się uśmiechała.

Bądźcie ze mną wszystkie moce tego świata, a rak niech odejdzie daleko ode mnie!!!

6 września 2000

Jestem po chemio. Innej niż tamta sprzed pół roku. Bardzo dużo wymiotowałam, wczoraj cały dzień i poprzednią noc. Dzisiaj czuję się już w miarę dobrze, choć jestem słaba. Nic nie jadłam wczoraj.

Postanowiłam żyć z dnia na dzień. Każdy dzień osobno, nie myśleć o przyszłości. Dzisiaj jest cudownie, może mogłoby być czasami lepiej, ale widać takie życie. Ja chciałabym tylko, i o to proszę Boga, żyć, żyć, żyć.

Bruksela zalana deszczem. Powinnam być w Dublinie, robić drugi tydzień kursu angielskiego. Niestety, nawet nie wiadomo, czy będę mogła zacząć staż w komisji. Mam nie myśleć o przyszłości!

7 września 2000

Drogi Svenie,

jest nam bardzo przykro z powodu listu, który otrzymaliśmy. Niestety nie przynosi dobrych wiadomości, a takich oczekiwaliśmy. Wasz pobyt w Bretanii dał nam nadzieję na poprawę sytuacji i sądziliśmy, ze najtrudniejsze już za wami. Uśmiechnięta twarz Tamary i jej entuzjazm dla najprostszych codziennych spraw, a szczególnie chęć prowadzenia normalnego życia, pomimo całego cierpienia, strachu i niepewności, jakiego doświadczyliście przez tę chorobę, wywarty na nas wrażenie i dały nam lekcję pokory i odwagi. Bardzo trudno znaleźć właściwe słowa otuchy, ale wiedzcie, że Denise, Malo, Philippe i ja myślimy o was. Trzymajcie się – to łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale wierzę w wasz optymizm, który pomoże wam wygrać walkę o życie! Czekamy na wieści,

Ściskam was i do zobaczenia – Emeline

Sven

12 września 2000

Pojechaliśmy dzisiaj na konsultację u doktora Weinberga do Aachen. Jest to jeden z trzech onkologów, którzy mają tam gabinet. Pacjenci przychodzą tu na konsultację, na badania i nawet na chemioterapię. Tamarze podobała się przyjemna atmosfera, wcale nieprzypominająca szpitala.

Doktor Weinberg budzi nasze zaufanie. Uważnie słucha, pyta, ogląda całą dokumentację (rentgnogramy, raporty, wyniki analiz). Niestety wyklucza możliwość dalszego leczenia u niego: „Jeden z trzech składników nowej chemioterapii jest bardzo szkodliwy dla nerek. Nie pozwala to na przeprowadzenie następnego zabiegu ambulatoryjnie, bo później musi pani być przez dwa dni pod stałą opieką lekarską. Dziwi minie, że pani lekarz w Brukseli nic państwu o tym nie powiedział. Powinien się teraz sumiennie panią opiekować”.

Ostatnie słowa powtórzył jeszcze raz, zobaczywszy katastrofalne wyniki analizy krwi. Okazało się, że nowa chemia zniszczyła prawie wszystkie białe krwinki. U zdrowego człowieka ich poziom wynosi między 4000 i 10 000. Tamara ma zaledwie 300. Doktor Weinberg nam wyjaśnia: „Oznacza to, że organizm jest teraz bezbronny w przypadku jakiejkolwiek infekcji. Musi pani bardzo uważać”. Przepisuje Tamarze zastrzyki zawierające substancję, która sztucznie produkuje białe krwinki. Później w aptece dowiemy się, że jedno opakowanie zawierające pięć zastrzyków kosztuje równowartość tysiąca złotych. Kasa chorych to pokrywa.

Doktor Weinberg poleca nam szpital w Eschweiler, 15 kilometrów od Aachen. Sam skontaktuje się z oddziałem onkologicznym. Jeżeli tamtejsi lekarze podzielą jego opinię, zarezerwuje łóżko dla Tamary na następną chemioterapię.

Wracamy pociągiem do Brukseli. Przestraszeni słowami onkologa, czym grozi każda infekcja, robimy wszystko, żeby Tamara nie siedziała w przeciągu. A więc czeka ją niemiecki szpital. Nie mamy wyboru. Dwa tygodnie po operacji Tamara jest dalej taka słabiutka, że wyprawa autobusem, pociągiem i taksówką kompletnie ją wykańcza. W styczniu o wiele szybciej odzyskała siły.