Выбрать главу

Czytam w Internecie raporty medyczne o substancjach, które doktor Bondue lub doktor Thomala biorą pod uwagę. U pacjentek, które miały nawrót choroby, różnica między jedną i drugą substancją polega jedynie na tym, że jedne żyją średnio trzy miesiące dłużej niż inne. Świetnie. Wiemy, że sytuacja jest bardzo poważna. Ja dzięki lekturom i rozmowom z lekarzami, Tamara dzięki swojej intuicji. Przecież zawsze wcześniej niż lekarze czuła i wiedziała, co się dzieje w jej organizmie.

Jutro pójdziemy do okulisty. Już dwa tygodnie minęło i Tamara dalej źle widzi.

26 listopada 2000

Niedziela wieczór. Tamara się już położyła. Przez cały dzień była jakaś nieobecna, śpiąca, między światem realnym i tym, którego nie znam. Kiedy śpi, czasem bardzo mocno drży jej ręka.

Tygodnie, dni, godziny pod znakiem cierpienia. Tak dużo się dzieje i zarazem tak mało się wydarza. Dni są podobne do siebie, nasze życie jednak się zmienia. „Straciłam kontakt ze światem, żyję we własnym świecie. Nie mogę ci tego wytłumaczyć”.

W czwartek okulistka skonstatowała, że wzrok Tamary rzeczywiście znacznie się pogorszył. Według niej to się zdarza po chemioterapii. Czułem jej konsternację. Fatalny stan fizyczny Tamary. Nasza tragedia. Jakie to musi być przykre dla Tamary. Jak to odczuwa, kiedy nie ma siły, kiedy już nie panuje nad własnym ciałem.

Ostatnio, kiedy musieliśmy czekać pół godziny przed gabinetem doktora Bondue, Tamara mówiła, że nie wytrzyma, że nie może tak długo siedzieć na niewygodnych krzesłach, że wraca do domu. W końcu położyła mi głowę na kolanach. Było jej zupełnie obojętne, co myśleli lekarze, pielęgniarki i pacjenci. Jak to musi być, kiedy nagle codziennie wracają wymioty. Tamara zupełnie nie ma apetytu, zmusza się do kromki chleba. Schody do naszego mieszkania na trzecim piętrze stają się dla niej wielkim wyzwaniem. Czasami ćwiczy jogę. Mówi, że niektóre pozycje sprawiają jej ulgę i ból w plecach ustaje. Patrzę, jak ćwiczy na podłodze. Taka chuda. Taka słaba. Taka dzielna.

Wczoraj odebraliśmy okulary Tamary. Optyk mieści się w granicach jej możliwości: trzysta metrów od nas. Obsługiwała nas młoda, sympatyczna kobieta. Wracając Tamara wyrzuciła z siebie rozpacz: „Ta kobieta była taka szczęśliwa! Taka radosna! Pełna życia! Kiedy ja po raz ostatni byłam szczęśliwa? Tak długo już nie miałam dobrych wieści”. W takich momentach czuję się bezsilny. Co odpowiedzieć?

Przynajmniej skończył się ten koszmar z oczami. Tamara może znowu oglądać telewizję i czytać. Ale na razie tylko śpi. Do Esehweiler chce zabrać drugi dziennik Bridget Jones.

Nadzieja. Modlitwa. Nadzieja.

28 listopada 2000

Niedobry sen? Nie. A jednak nie mogę uwierzyć w to, co wczoraj powiedział nam doktor Thomalla. Przyjechaliśmy rano z moją mamą do szpitala. Po raz drugi oddział onkologiczny. Tamara jest bardzo osłabiona. Nie wierzę, by w takim stanie mogli ją poddać nowej chemioterapii. Czekamy w pokoju na wizytę doktora Thomalli. Tamara śpi, my czytamy. Kiedy doktor się zjawia, jesteśmy świadkami dramatycznej sceny. Lekarz chce się dowiedzieć od Tamary, jak się czuje. Pyta, czy dawka morfiny jest wystarczająca, aby ją uwolnić od bólu, co ją boli itd. Tamara nie umie mu odpowiedzieć. Nie rozumie pytań. Odpowiedzi nie pasują do pytań. Ja znam wszystkie odpowiedzi, ale doktor Thomalla chce to usłyszeć od niej. Do tej pory Tamara zawsze doskonałe umiała się porozumieć po niemiecku z lekarzami. Tym razem myli nawet słowa jutro i wczoraj.

Rozumiem, co się dzieje. Tamara złożyła w doktorze Thomalli tak dużo nadziei. Tyle rzeczy chce mu przekazać, że teraz wszystko plącze się jej w głowie. Jedno wielkie wołanie o pomoc. Do tego jeszcze efekt morfiny i zmęczenia. Lekarz widocznie sam jest przestraszony tym, co widzi. W końcu mówi to, czego się spodziewaliśmy: Tamara jest na razie zbyt słaba na chemioterapię. Przez dwa dni będzie dostawała kroplówkę z substancjami odżywczymi. Dopiero w środę lub w czwartek chemioterapia. Po rozmowie jak zwykle wyprasza nas, bo będzie rozmawiać z drugą pacjentką.

Czekam z mamą na korytarzu. Doktor Thomalla wychodzi i ku naszemu zdziwieniu kieruje się do nas zamiast do sąsiedniego pokoju. Z poważną miną zaczyna mówić opanowanym głosem: „Państwo sami widzą, jak bardzo pogorszył się stan pani Tamary. Przykro mi, ale muszę powiedzieć, że nie widzę szans na wyleczenie. Myśl o wyzdrowieniu byłaby wielką iluzją. Musicie się państwo z tym pogodzić”.

Pustka w mojej głowie. Świat się zawalił. Po raz trzeci. Pierwszy raz kiedy dowiedzieliśmy się od doktor Deleuse, że Tamara ma raka. Drugi raz kiedy doktor Bondue powiedział nam o nawrocie. Również i teraz nie chcę przyjąć tego, co słyszę. Nie jestem przygotowany na te słowa. Wiedziałem, że jest bardzo źle. Ale zawsze zajmowałem się aktualnymi zadaniami. Jak pomóc Tamarze w walce z bólem, jak sprawiać jej przyjemność, jak zachęcić do jedzenia. Po to, żeby czuła się lepiej. Były momenty, kiedy ulegałem zwątpieniu. Ale zawsze zwyciężała nadzieja. Przecież niezwykłe wyzdrowienia się zdarzają. Pewnie chciałem wierzyć. Potrzebna mi była nadzieja, abym mógł wytrwać w tej walce i wspierać Tamarę. I teraz ta brutalna pewność: nie ma nadziei. Tamara umiera. Są rzeczy, które człowieka przerastają. Czuję łzy w oczach. Ale muszę dokończyć rozmowę z doktorem Thomallą. Muszę wiedzieć, co będzie: „Już żadna chemioterapia? Czy Tamara tu zostanie? Ile mamy jeszcze czasu?”

Nagle widzę, że Tamara wychodzi ze swego pokoju. Chce zobaczyć, dlaczego po wizycie lekarza nie wracamy do niej. Chce także nabrać wody do butelki. My stoimy na końcu korytarzu przy oknie. Czuję się jak zdrajca. Tamara patrzy na nas. Tylko przez chwilę obserwuje sytuację. Zauważa nasze zażenowanie, nasz smutek. Wystarczy. Wszystko rozumie. Nie musi pytać, o czym mówimy. Kto inny podszedłby do nas, zażądał wyjaśnienia. Istnieją wszelkie powody, aby mogła się czuć oszukana. Nie Tamara. Spokojnym krokiem idzie w drugim kierunku po wodę, wraca, patrzy jeszcze raz na nas i znika w pokoju.

Doktor Thomallą: „Chciałbym zapytać, czy pana żona naprawdę chce być poddana jeszcze jednej agresywnej chemioterapii. Będzie jej ciężko. Może już ma dość wymiotów i anemii. Może chce tylko mieć spokój. To byłoby całkowicie zrozumiałe. Jeżeli jednak chce walczyć, zastanowię się nad właściwą substancją. Mam kilka pomysłów. Może uda nam się przez jakiś czas powstrzymywać raka. Jest jeszcze trzecia możliwość: Możemy podawać słabszą chemię, taką bardzo symboliczną. Nie chcemy, aby pani Tamara myślała, że już nic dla niej nie robimy”.

Odpowiadam mu, że Tamara jest zdecydowana na nową chemioterapię. Nie chce się poddawać. Pytam, co będzie. „Nie można przewidzieć dalszego rozwoju. Trudno powiedzieć, ile czasu zostało. Kilka tygodni lub miesięcy. Jeśli stan ogólny pani Tamary się poprawi dzięki kroplówce, będzie miała za dwa dni chemioterapię i po weekendzie może wrócić do domu. Tam będzie jej najlepiej”.

Koniec rozmowy. Zostajemy sami na korytarzu. Jak to dobrze, że mama jest ze mną. Chciałbym się gdzieś z nią wypłakać. Ale musimy wracać do Tamary. Czeka na nas. Próbujemy się trzymać w garści. Pukam do drzwi, wchodzimy. Tamara patrzy na nas badawczo. „O czym doktor Thomallą z wami rozmawiał?” Nie jestem w stanie powiedzieć prawdy. Twierdzę, że to my chcieliśmy z nim porozmawiać. I że przy okazji zapytał, czy Tamara na pewno chce mieć nową chemię i dalej się męczyć. „Chcę!

Chcę walczyć do końca!” Przez moment wydaje mi się, że nie docierają do niej nasze emocje. Nasz smutek. Że jest zbyt zmęczona, aby pojąć, co widziała na korytarzu. Nagle wstaje z łóżka, podchodzi do mojej mamy, obejmuje ją: „Moja druga mamo, nie bądź smutna”. Wie. Rozumie. Ale próbuje nas pocieszyć. Wygląda na to, że wciąż jest silniejsza niż my.