Zostajemy do wieczora. Tamara jest zmęczona. Omawiamy dalsze plany. Ja wrócę, jak planowaliśmy, do Brukseli. Mama zostaje do soboty. W piątek przyjadę na weekend, w sobotę dołączy do nas Ania, która będzie towarzyszyć Tamarze po weekendzie. Później wrócimy razem do Brukseli.
Dopiero w hotelu mama obejmuje mnie i długo płaczemy razem.
Dzisiaj rozmawiałem z Tamarą tylko przez telefon. Przez cały dzień ma kroplówkę. Wieczorem mama opowiadała mi, jak Tamara ją zaskoczyła:
„Co za kobieta! Taki numer! Wyobraź sobie. Po południu mówi mi, że idzie się myć. Przez dłuższy czas nie wraca z łazienki. Słychać wodę. Niepokoję się. W końcu pukam do drzwi. Mówi, żebym weszła.
Nie wierzę własnym oczom. Z zadowoloną miną leży w wannie. Nie do wiary. Prosi mnie, żebym jej rozmasowała bolące plecy”. Wczoraj sam próbowałem pocieszyć Tamarę tym, że ma do dyspozycji wannę, której nam brakuje w Brukseli. Podobno już rano kąpała się bez wiedzy lekarzy. Cała moja Tamarka: kiedy czegoś chce, nie da się powstrzymać. Moja mama: „Wcześniej Tamara nawet chciała pójść ze mną na kawę i ciasteczko do szpitalnej kantyny. Już wkładała szlafrok i nagle powiedziała, że jest zbyt zmęczona. I położyła się znowu do łóżka”.
Wieczorem w domu nagle zauważam na półce pamiętnik Tamary. Otwieram pierwszą stronę. Na początku 2000 roku mam 31 lat. Ten pamiętnik będzie może wspomnieniem po mnie, a może przeczytamy go kiedyś ze Svenem i popłaczemy sobie trochę nad naszym szczęściem, a może nieszczęściem. Sama nie wiem. Rozumiem, że nie wolno mi go czytać bez Tamary. Kiedy zamykam notatnik, zauważam, że jeszcze coś jest napisane na ostatniej stronie. Moja wola. Też nie przeczytam. Ale teraz wiem, że muszę zabrać pamiętnik do szpitala.
29 listopada 2000
Kolejna hiobowa wieść i wciąż nadzieja.
Rozmowa telefoniczna z doktorem Thomallą dziś po południu przynosi następny cios: „Wczoraj mieliśmy wrażenie, że stan pani Tamary się poprawił. Czuła się lepiej po kroplówkach. Dzisiaj jednak jej stan się pogorszył. Narzekała na silne bóle, bardzo cierpiała. Musieliśmy powiększyć dawkę morfiny. Już nie dostaje tabletek co osiem godzin. Ma kroplówkę. Podłączyliśmy ją do aparatury, która stale utrzymuje pewien poziom morfiny. Absolutnym priorytetem jest dla nas walka z bólem, żeby nie musiała niepotrzebnie cierpieć. Pani Tamara dzisiaj kilka razy niecierpliwie pytała, kiedy będzie poddana chemioterapii. Nie chcemy, aby myślała, że już nic dla niej nie robimy. Jako lekarz również nie mogę się pogodzić z tym, że nie ma już szans na wyzdrowienie. Ale dopiero kiedy będziemy mieli ból pod kontrolą, można myśleć o jakiejkolwiek chemii, agresywnej lub symbolicznej. Zobaczymy. Zdarzają się przypadki, kiedy nawet morfina nie jest w stanie uśmierzyć bólu spowodowanego przez ucisk guza na nerwy. Muszę to panu powiedzieć. Wszystko wskazuje na to, że ze względu na silny ból pana żona już nie będzie mogła opuścić szpitala. Nie sposób zagwarantować jej odpowiedniej opieki poza szpitalem. Staramy się znaleźć jedynkę dla pani Tamary, aby rodzina mogła być z nią przez cały czas. Dzisiaj zrobiliśmy USG. Guz, który trzy tygodnie temu mierzył już dwanaście centymetrów, dalej urósł. Odpycha lewą nerkę i uciska żołądek. Stąd te wymioty. Żołądek nie ma już miejsca, aby przyjąć pokarm. Jelita też nie do końca pracują poprawnie”.
Dwanaście centymetrów! Lekarka, która wtedy badała Tamarę, tego nam nie powiedziała. Pytam doktora Thomallę, czy istnieje bezpośrednie zagrożenie życia Tamary. Jego zdaniem może nastąpić niedrożność jelita, co spowoduje śmierć. Niedrożność jelita? I wtedy już nic nie da się robić? „Można teoretycznie operować. Zrobić sztuczne jelito. Może chirurdzy by się zgodzili. Ale gdyby to była moja żona, oszczędziłbym jej tego”.
Sytuacja mnie przerasta: Dwa dni temu Tamara pojechała na kolejną chemioterapię. Wtedy powiedziano mi, że już nie wyzdrowieje. Ale wróci po chemii do Brukseli. Dziś dowiaduję się, że już nigdy nie będzie ze mną w naszym mieszkaniu. Nigdy już nie będzie leżeć obok mnie w naszym łóżku.
Rodzice Tamary chcą ją zabrać do Polski, do domu. Za późno. Z daleka trudno sobie wyobrazić, że nagle zrobiło się aż tak źle. Sami zobaczą, jak przyjadą w sobotę. Ja jutro pojadę do Eschweiler. Gdybym tylko o tym wszystkim wiedział wcześniej. Zostałbym od razu z Tamarą.
30 listopada 2000
Moja najukochańsza Tamarko,
Chcę z tobą rozmawiać, ale na razie nie mogę, piszę więc ten list. Siedzę przy twoim łóżku, patrzę na ciebie, trzymam twoją rękę. Kiedy rozmawialiśmy rano przez telefon, rozumiałaś jeszcze, co do ciebie mówię i jakoś odpowiadałaś słabym głosem na moje pytania. Ale twój stan tymczasem się pogorszył, już nie reagujesz na moje słowa. Nie wiem, czy to efekt morfiny, czy ten guz zabiera ci tyle energii. Oczy masz zamknięte. Ciężko oddychasz. Twój brzuch jest mocno spuchnięty i twardy. Doktor Thomalla mówi, że jesteś bardzo daleko. A ja wierzę, że czujesz moją obecność i rozumiesz, co do ciebie mówię.
Jest wieczór – moja mama pojechała do hotelu, na oddziale spokój, tylko siostry nocne są na nogach. Przeczytałem przy tobie twój pamiętnik, historię twojej walki: cierpienie, nadzieja, rozpacz, wiara. Dlaczego Pan Bóg ci nie pomógł?
Tak bardzo chciałbym móc z tobą rozmawiać! Nigdy nie mówiliśmy o śmierci, o tym, co będzie po niej. Towarzyszyła nam przez cały rok, ale nie podjęliśmy tego tematu otwarcie. Mój poseł Martin Schulz powiedział mi kiedyś: „Będzie, co ma być. Najważniejsze, żebyście byli ze sobą szczerzy”. Czy byliśmy szczery? Trudno powiedzieć. Każde pragnęło chronić ukochaną osobę. Kilka razy chciałem rozmawiać o śmierci. Nie miałem odwagi. Jak byś to odebrała? Absolutnie nie chciałem, byś odniosła wrażenie, że już nie wierzę w twoje wyzdrowienie. Po lekturze pamiętnika wiem, jak często myślałaś o śmierci. Dopiero teraz wiem, że nawet się jej nie boisz. Bywało, że mówiłaś mi wprost:
„Ja chyba umieram”. Wtedy odpowiadałem, że musimy wierzyć w wyzdrowienie. Żeby człowiek pozostał człowiekiem, nie cierpiał, musi mieć nadzieję. Bo bez nadziei nie sposób żyć.
Może lepiej, że teraz nie możemy rozmawiać. Co powiedzieć? I tak między nami wszystko zostało powiedziane. Panuje wielka cisza. Gdybyśmy mogli rozmawiać, chyba nie byłbym tak opanowany. Jak w ogóle można się pożegnać?
Kocham cię ponad życie. Nie chcę cię stracić. Nie mogę się pogodzić z tym, że masz odejść z tego świata.
Śpij spokojnie, kolorowych snów. Będę spał obok ciebie.
l grudnia 2000
Moja kochana Tamarko,
Noc była niespokojna. Kiedy zaczynałaś bardzo chrapliwie oddychać, pomagałem ci usiąść, abyś mogła odkaszlnąć. Wtedy na moment otwierałaś oczy, patrzyłaś zdziwiona, nie widząc mnie, i łapałaś moje ręce. Z godziny na godzinę z większym trudem oddychałaś. Tętno biło ci bardzo szybko, jakbyś biegała, a ty leżałaś bez ruchu. Rano doktor Thomalla tylko krótko spojrzał na ciebie. Na korytarzu powiedział mi: „Ostatnia walka się zaczęła. Według mnie pana żona nie przeżyje następnej nocy. Nie sądziłem, że to nastąpi tak szybko. Damy jej już tylko płyny, żadnych środków wzmacniających. Należy jej pozwolić odejść. Przykro mi”.
Przyjechałaś w poniedziałek na kolejną chemię i teraz, w piątek, jesteś bliska śmierci. Tak trudno mi było rozmawiać z twoją mamą. Do tej pory, nie będąc na miejscu, nie mogła uwierzyć, że sytuacja jest tak dramatyczna. Przed południem ona i Ania rozmawiały z tobą przez telefon. Trzymałem słuchawkę blisko twojego ucha. Słyszałem, jak mówiły do ciebie. Słyszałem ich płacz. One słyszały tylko twój ciężki oddech. Pomyślałem, że jeżeli nie doczekasz ich przyjazdu, przynajmniej mogą jeszcze raz z tobą rozmawiać, wyrazić swoją troskę i powiedzieć ci, jak bardzo cię kochają… Teraz są w drodze, będą tutaj za dziesięć godzin.