Выбрать главу

Tam

6 października 1999

Cześć, Błoniarki trzy,

Jak dawno nie pisałam kartek. Tylko te emalie i emalie! No ale teraz nie mam w domu Internetu, więc piszę ręcznie. Powrót do źródeł. Jestem więc w BXL, tak tu w skrócie nazywają Brukselę. Mieszkamy w malutkim, całkowicie zielonym mieszkanku z antresolą i kuchenką. jest bardzo przyjemnie, zwłaszcza że jedynie okno -(zielone) olbrzymie – wychodzi na taras-dach. Można więc będzie w ciepłe dni (ileż ich jeszcze będzie?) siedzieć na tym dachu z widokiem na drzewo i stare kamienice po drugiej stronie ogrodu. Czuje się, że Bruksela lubi swoich mieszkańców; już pierwszego dnia dobrze się tu poczułam, tak jakbyśmy się znały od dawna Bruksela i ja. Ma coś w sobie z Paryża, ale nie jest taka męcząca. Na razie odkrywam nowe dzielnice, ulice, domy. Przyzwyczajam się do nowego otoczenia, do nowego stylu życia.

Mam jednak dużo wolnego czasu i myślę, jak go wykorzystać. Zobaczymy – jest tyle rzeczy do odkrycia.

Całuję mocno, napiszcie parę słów – Tam

12 października 1999

Drogie Paciorki!

Po wielu dość burzliwych dniach układania sobie życie w Brukseli nadszedł czas refleksji, co oznacza kilka słów do znajomych. Bruksela wydaje się miastem wymarzonym dla cudzoziemców, człowiek od razu dobrze się w nim czuje. Wokół istna wieża Babel, stoisz na przystanku, a tam ludzie rozmawiają w pięciu różnych językach i nikt się nie dziwi. Nie dziwią się też ekspedientki w sklepach, że co klient to inny akcent. Lubię już to miasto, gdzie co krok to dom art nouveau, urokliwe knajpki, restauracje, a przede wszystkim targi staroci, gdzie można znaleźć dokładnie wszystko: od starej deski klozetowej do srebrnych talerzyków. BXL jest znana z handlu starociami.

Nasza dzielnica jest cudowna, pełna stylowych domów. Snuję się więc po tych miejscach. Dziwię się, że stojąc zamyślona przed przejściem dla pieszych, widzę, ze kierowca czeka cierpliwie, aż ruszę. Dziękuję mu więc, kłaniam się w pas i widzę, że jego dziwi moja wdzięczność. Nie wie, że przybywam z kraju, gdzie człowiek za kierownicą to pan nad pany, przejeżdżający po piętach, byle szybciej, szybciej. Odkrywam więc miasto, zapisałam się na kurs angielskiego i niemieckiego. Niedługo zacznę znowu chodzić na jogę. Szukam też stażu – na razie po omacku, ale wierzę, że coś znajdę. Najgorsza jest jednak pogoda – cóż, krótko mówiąc, sporo pada, i to taka „bździna”, jak mówi tu nasza koleżanka Polka Jagoda. Na szczęście dzisiaj „bździna” przestała padać i wyszło, tak mi się przynajmniej wydaje, słońce. A więc czas ruszać w miasto!

Svenek pracuje całymi dniami, mówi, że rozszerza jakąś Unię, ale tak naprawdę to nie wiem, o co chodzi. Wczoraj zaczął przebąkiwać o tym, że miasto piękne, perspektywy pracy super, więc może zostaniemy. Ktoś nas ostatnio zapytał: „Zaczęliście już tęsknić za Polską?”, na co Mac stanowczo odpowiedział: „NIE”. Zaszokowało mnie to trochę, bo tak sobie myślałam, że pobędziemy czas jakiś na zgniłym zachodzie i wrócimy. A TU TAKI KLOPS! Może to za krótki czas, by wiedzieć, czego się tak naprawdę chce.

Fajne są też tu mieszkania. Prawie wszystkie w starych domach, niesamowite, każde z nich jest inne. Wynajęcie kosztuje tyle co w Warszawie, jeśli oczywiście chcesz zamieszkać na dłużej. Krótkie pobyty, takie jak nasz, to więcej opłat i większy czynsz. Nasze mieszkanko jest bardzo urokliwe: maty salonik, antresola z łóżkiem, kuchenka, łazienka, wspaniale okno i taras. Niestety z powodu „bździny” nie możemy z niego korzystać. Ale może nadejdą jeszcze cieplejsze dni?

Znajomych jest tu sporo: z Paryża, Berlina, Warszawy. Poznajemy nowych ludzi – urzekł nas zwłaszcza pewien Szkot, który bardzo przypomina naszego przyjaciela Irlandczyka Macartana. I ten sam akcent po francusku! Próbuję z nim konferować po angielsku – trochę mi wstyd, że tak słabo znam ten język. Tu wszyscy ludzie mówią minimum trzema językami! Trzeba ich więc dogonić, my Polacy nie możemy być gorsi. Nasza koleżanka Jagoda jednak godnie reprezentuje kraj – zna pięć języków. Ale też Unia Europejska to jej życie i przyszłość. Chce tu zostać i być urzędnikiem.

Bruksela jest idealnym miejscem wypadu na weekendowe wycieczki. Blisko stąd do Francji, Anglii, Holandii. Możemy odwiedzać przyjaciół. Mamy już zaplanowane weekendy w Luksemburgu, w Oksfordzie i w Strasburgu.

Dobra. To koniec. Wysyłam kartkę z trzema panami, bo ich lubię. Mają takie myślące twarze. Następna kartka będzie z Brukselką.

Całuję mocno, mocno – TAM

Z ostatniej chwili: bździna znów jest między nami. A już zaczęłam się niepokoić!

Wieczorem w pralni gramy w karty. Nikt w BXL nie ma pralki – są za to takie publiczne przybytki, gdzie trzeba przyjść z ciuchami, proszkiem, zapłacić, wyprać, wysuszyć, włożyć na siebie i wrócić do domu. Idziemy tam dzisiaj z Jagodą i innymi BRUDASAMI.

Love – Tam

Tamara

5 stycznia 2000

Na początku 2000 roku mam 31 lat. Ten pamiętnik będzie może wspomnieniem po mnie, a może przeczytamy go kiedyś ze Svenem i popłaczemy sobie trochę nad naszym szczęściem, a może nieszczęściem. Sama nie wiem. Nie boję się śmierci, widziałam ją w snach, raz w nocy siedzącą na fotelu. A może były to tylko ubrania? Nagle za oknem wyszło słońce, jakby chciało powiedzieć: hej, głowa do góry, czemu piszesz tak smutno?

Brukselska pogoda. Chmury, deszcz. Dzisiaj słońce ocknęło ludzi z marazmu, zaczęli patrzeć na siebie nawzajem, na otoczenie. Szłam ulicami i byłam szczęśliwa, że jest ziemia, są ludzie i piękne brukselskie domy. Nawet zapomniałam o tym, że idę do szpitala na pobranie krwi. Znowu szpital…

Już nawet nie wiem, jak to bolało. Czasami trochę, czasami bardzo. Przy siadaniu bardzo. Kiedy się zaczęło, też nie wiem. Rok, dwa, trzy lata temu? RAK rozwija się powoli, choć konsekwentnie, i nie boli. A mnie bolało. Zwykła, rutynowa wizyta u ginekologa. Nic nie widzi, jakieś zaczerwienienie. Potem pojechałam do Brukseli, do Svena. Pięć miesięcy w tym deszczu – co ja tu będę robiła, myślałam. Pojechaliśmy do Kyera do Anglii, tam pierwsze bóle, okres, ból. Potem dziesięć dni okresu bez przerwy, w pewien czwartek bóle nie do wytrzymania. Wymiotuję. Wybrałam się wtedy na zwiedzanie Brukseli, gdzie złapało mnie w połowie drogi, ledwie wróciłam do domu. Dlaczego zwymiotowałam z bólu?

Zaczęłam szukać lekarza ginekologa. Dobrego. Może ktoś w parlamencie wie coś na ten temat. Jest – doktor Deleuse, nie muszę długo czekać na wizytę. Ginekolog zobaczyła nagromadzoną krew. „To chyba było poronienie. Niech pani nie będzie smutna, bo znaczy to tylko, że może pani zajść w ciążę. A to coś bardzo ważnego. Niech pani wróci za miesiąc i po następnej miesiączce zaczniemy się leczyć”.

Boli coraz bardziej, teraz to już nie tylko okresy, ale cały czas. Próbuję nie myśleć o bólu, czekam do następnego okresu, który trwa znowu bardzo długo. Svenek mówi: „Zamów lekarza”. Ja zwlekam, ktoś odpowiada: U doktor Deleuse nie ma miejsc przed styczniem. Dzwonię bezpośrednio do niej. Zgoda, 10 grudnia wieczorem. Dziesięć dni czekania.

10 grudnia

proszę Svena, żeby poszedł ze mną do doktor Deleuse. Przeczucie? Doktor Deleuse nie waha się tym razem – to torbiel ponad pięciocentymetrowa. Trzeba do szpitala, trzeba wyciąć. Operacja, trzy dziury w brzuchu, zobaczą, co jest grane. W przyszłym tygodniu czy po świętach? Najszybciej.