Выбрать главу

Dobra robota.

Udawałam, że tego nie zauważyłam. Panie wyszły. Josephine została sama przed ladą. Niby to patrząc na wystawę, przerzuciła nerwowo, ale ostrożnie parę bombonierek. Zamknęłam oczy. Jej myśli, które odbierałam, były złożone, niepokojące. Raptownie przelatywały przez głowę szeregiem obrazów: dym, garść błyskotek, zakrwawiona pięść. Pod tym roztrzęsiony ukryty nurt udręki.

– Madame Muscat, czym mogę służyć? – zapytałam łagodnie. – Czy może pani chce tylko się rozejrzeć?

Mruknęła coś niedosłyszalnie i odwróciła się, żeby wyjść.

– Chyba wiem, co pani lubi. – Sięgnęłam pod ladę, wyciągnęłam taką samą, ale większą srebrzystą paczuszkę, jaką ona zwędziła. Paczuszkę owiązaną białą wstążką z naszytymi maleńkimi żółtymi różyczkami.

Spojrzała na mnie spłoszona. Posunęłam ku niej po ladzie ten prezent.

– Od firmy – powiedziałam. -W porządku. To pani ulubione.

Josephine Muscat odwróciła się i uciekła.

5

Sobota, 15 lutego

Wiem, dzisiaj nie dzień mojej wizyty. Jednak muszę się wypowiedzieć, mon pere. Piekarnia otwarta od wczoraj. Tylko że to nie jest piekarnia. Gdy obudziłem się wczoraj o szóstej rano, osłony były już zdjęte, markiza i okiennice na swoich miejscach i okno wystawowe otwarte. Ten dość odrapany stary dom, zwyczajny jak wszystkie inne wokoło, można by teraz określić: czerwono-złota konfitura na olśniewająco białym tle. Czerwone geranium w skrzynkach okiennych. Girlandy z kolorowej bibułki okręcone na poręczach. I nad drzwiami dębowy szyld: ręcznie wypisane czarne litery:

La Celeste Praline Chocolaterie Artisanale

Rzecz jasna, to śmieszne. Taki sklep mógłby się podobać w Marsylii czy w Bordeaux – nawet w Agen, gdzie z każdym dniem jest więcej turystów. Ale w Lansquenet-sous-Tannes? I to na początku tradycyjnego okresu samo-wyrzeczenia? Koncepcja wydaje się przewrotna, może jest przewrotna rozmyślnie. Zobaczyłem tę wystawę z bliska dzisiaj rano. Na białej marmurowej półce ułożone rzędem niezliczone bombonierki, trąbki ze srebrnego i złotego papieru, rozety, dzwonki, kwiaty, serca i długie skręty różnobarwnych wstążek. W szklanych dzbankach i naczyniach są czekoladki, pralinki, całuski, trufelki, bakalie, owoce kandyzowane, piramidki orzechów laskowych, muszle z czekolady, skrystalizowane płatki róż i fiołki… W cieniu na pół spuszczonej żaluzji połyskują jak skarby w głębinie morza, czy też w jaskini Aladyna, że użyję tych przesłodzonych frazesów. Pośrodku wystawy skomponowana scena. Domek Baby-Jagi, ściany z pain d'epices w polewie czekoladowej z detalami ze srebrzystego i złocistego lukru, dachówki z florentynek; ściany porasta dziwne dzikie wino z cukru i czekolady, marcepanowe ptaki śpiewają na czekoladowych drzewach… a sama Baba-Jaga, ciemna czekolada od czubka spiczastego kapelusza do skraju długiej peleryny, na pół stoi, na pół siedzi okrakiem na miotle, zrobionej ze ślazu z długimi skręconymi korzeniami jak ten, który wisi w kramach, gdzie sprzedają słodycze na zapusty. Z mojego okna widzę to jej okno wystawowe niczym oko przymrużone chytrze, konspiracyjnie.

Z powodu sklepu i towaru w tym sklepie Caroline Clair-mont nie dotrzymała postnego ślubowania. Spowiadała się u mnie wczoraj z dziewczęcą zadyszką wprost dyskredytującą jej żal za grzechy.

– Och, mon pere, tak strasznie żałuję! Ale co mogłam zrobić, kiedy ta urocza Rocher była taka miła? To znaczy, wcale nie miałam takiego zamiaru, a potem było już za późno, chociaż jeżeli ktoś powinien zrezygnować z czekolady… To znaczy, od zeszłego roku czy dwóch lat, jestem w biodrach jak balon, aż wolałabym umrzeć…

– Dwie zdrowaśki! – Boże, ta kobieta. Przez kratki konfesjonału widziałem jej pełne uwielbienia oczy. Na moją raptowność zareagowała, udając skruchę.

– Oczywiście, mon pere.

– I pamiętaj, dlaczego w wielki post pościmy. Nie z próżności. Nie po to, by zaimponować znajomym. Nie po to by zmieścić się latem w modne drogie suknie. – Rozmyślnie byłem brutalny. Ona wszak tego chce.

– Tak, ja jestem próżna, prawda? – Krótki szloch, łezka, delikatnie starta rożkiem batystowej chustki. – Po prostu próżna idiotka.

– Pamiętaj o naszym Panu. O Jego ofierze. O Jego pokorze. – Czułem jej perfumy z jakichś kwiatów, zbyt mocne w tym zamkniętym mroku. Zastanawiam się, czy to pokusa. Jeśli tak, jestem z kamienia. – Cztery zdrowaśki.

Ogarnia mnie jakaś rozpacz, ściera duszę, po trochu ją zmniejsza. Podobnie katedrę mogą z biegiem lat niszczyć osady kurzu i piachu. Czuję, jak ta rozpacz kruszy moją stanowczość, moją radość, moją wiarę. Chciałbym przeprowadzić ich przez ciężkie próby, przez głuszę. A cóż ja tu mam? Ospały pochód kłamców, oszustów, łakomczuchów, żałośnie samych siebie zwodzących. Bitwa Dobra ze Złem ogranicza się do grubej kobiety, która stoi przed sklepem z czekoladą i pyta sama siebie: Wejdę? Nie wejdę? Głupio niezdecydowana. Diabeł jest tchórzem, nie pokazuje swego oblicza. Jest bezcielesny, rozprasza się i milionami cząstek przenika, wpełza niegodziwie w ludzką krew, w ludzkie dusze. Ty, mon pere, i ja urodziliśmy się za późno. Przemawia do mnie surowy, czysty świat Starego Testamentu. Wówczas my, ludzie, wiedzieliśmy, na czym stoimy. Szatan wkraczał między nas ciałem. Podejmowaliśmy trudne decyzje, poświęcaliśmy nasze dzieci w imię Boga. Kochaliśmy Boga, lecz bardziej lękaliśmy się Jego gniewu.

Myślę, że nie potępiam Yianne Rocher. Co więcej, raczej wcale o niej nie myślę. Ona jest tylko jednym z destrukcyjnych wpływów, jakie dzień w dzień muszę zwalczać. Myślę wszelako o tym sklepie z karnawałową markizą, o tym zmrużeniu oka będącym kpiną z samozaparcia, kpiną z wiary… Odwracając się od drzwi, aby powitać parafian, widzę ruch. Skosztuj mnie. Spróbuj. Posmakuj. W ciszy pomiędzy zwrotkami psalmu słyszę klakson ciężarówki dostawczej, która tam podjeżdża. Mówiąc kazanie – nawet kazanie, mon pere – milknę w pół zdania pewny, że szeleszczą papierki czekoladek.

Dziś w kazaniu użyłem słów mocniejszych niż zwykle, chociaż wiernych było niewielu. Jutro każę im za to zapłacić. Jutro, w niedzielę, gdy sklepy będą zamknięte.

6

Sobota, 15 lutego

Szkoła skończyła się dziś wcześnie. O dwunastej zaroiło się na rynku od taszczących swoje szkolne torby kowbojów i Indian w dżinsach i jaskrawych kurtkach z kapturami. Niektórzy ze starszych uczniów za podniesionymi kołnierzami ćmili niedozwolone papierosy i mijając La Celeste Praline, nonszalancko rzucali okiem na wystawę. Jeden chłopiec szedł sam, nadzwyczaj poprawny w szarym płaszczu i berecie, ze szkolnym cartable akurat szerokości jego małych ramion. Przez długą chwilę wpatrywał się w wystawę, ale szyba w słońcu błyszczała, toteż nie mogłam dojrzeć wyrazu jego twarzy. Kiedy podeszło czworo dzieci w wieku Anouk, ruszył szybko dalej. Dwa nosy otarły się o szybę, po czym dzieci zbiły się w gromadkę, pogrzebały w kieszeniach i zebrały swoje zasoby. Chwila wahania i decyzja, kogo wydelegować. Udawałam, że jestem bardzo zajęta czymś za ladą.

– Madame? – Malec, trochę umorusany, przyglądał mi się podejrzliwie. Rozpoznałam kilku z parady w tłusty wtorek.

– No, zgaduję, że chcesz kupić cukierki arachidowe. -Minę miałam poważną, bo takie kupno słodyczy to poważna sprawa. – Słusznie. Podzielić się nimi łatwo, nie topnieją w kieszeniach i można kupić – pokazałam rozłożonymi rękami – och, co najmniej tyle za pięć franków. Dobrze zgadłam?