Выбрать главу

– Tak, pere.

– Zostaw tę sprawę mnie.

Trzy tygodnie do jej grand festival, czasu niewiele. Trzy tygodnie, aby znaleźć jakiś sposób zatamowania jej wpływu. Występuję przeciwko niej w kazaniach w kościele, lecz bez skutku, tylko narażam się na śmieszność. Czekolada, mówią ludzie, nie jest sprawą moralności. Nawet Clairmontowie uważają moją twardą postawę za trochę nienormalną: ona się mizdrzy niby to zaniepokojona, że jestem przepracowany, a on po prostu się uśmiecha. Sama Yianne Rocher niczym się nie przejmuje. Bynajmniej nie usiłując włączyć się w społeczność, afiszuje się swoją obcością, impertynencko woła do mnie "dzień dobry" przez cały rynek, zachęca takie osoby jak Armande do wybryków i wciąż oblegają ją dzieci coraz bardziej rozhukane za jej sprawą, i wszędzie się wyróżnia. Gdy inni idą ulicą, ona biegnie. Jej włosy wciąż rozwiewa wiatr, nosi odzież w dzikich kolorach – pomarańczowym, żółtym – w grochy i w kwiaty. Papudze na wolności wróble nie dadzą przetrwać rozdrażnione jaskrawością papuziego upierzenia. Tutaj ona jest akceptowana, ludzie odnoszą się do niej z sympatią, nawet z rozbawieniem. Cudaczność, która gdzie indziej wywołałaby marszczenie brwi, tolerują, bo to właśnie Yianne. Nawet Clairmont nie opiera się jej urokowi, a antypatia jego żony, niemająca nic wspólnego z wyższością moralną, wynika wyłącznie z zazdrości, co raczej nie świadczy o Caro dobrze. Przynajmniej Yianne Rocher nie jest hipokrytką, nie używa słów Bożych, aby się wywyższać. Wszelako to spostrzeżenie – sugerujące przychylność czy nawet sympatię, na jaką człowiek z moją pozycją nie może sobie pozwolić – stanowi jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Ja nie mogę mieć żadnych sympatii. Gwałtowna antypatia czy sympatia są jednakowo niestosowne. Muszę być bezstronny ze względu na Kościół i na tę społeczność. Im przede wszystkim muszę być wierny.

26

środa, 12 marca

Nie rozmawialiśmy z Muscatem już od kilku dni. Josephine, która przez pewien czas nie chciała wychodzić z Praline, teraz daje się namówić na wypad beze mnie do piekarni albo do kwiaciarni po drugiej stronie rynku. Nie chce jednak pójść do Cafe de la Republique po swoje rzeczy, więc pożyczyłam jej trochę moich. Dzisiaj jest w niebieskim swetrze i sarongu w kwiaty, wygląda świeżo,ładnie. W ciągu tych kilku dni zmieniła się, wyraz wrogości nie pojawia się nawet przelotnie na jej twarzy, zniknęły też odruchy obronne. Wydaje się wyższa, szykowniejsza, bo już się nie garbi i nie ma na sobie tylu warstw ubrania, bardzo ją pogrubiających. Prowadzi sklep, kiedy ja pracuję w kuchni, i już ją nauczyłam hartować i mieszać różne gatunki czekolady, a także zrobić niektóre prostsze rodzaje pra-linek. Ma sprawne, szybkie ręce. Ze śmiechem przypominam jej zręczność rewolwerowca, jaką się wykazały pierwszego dnia naszej znajomości.

Ona się rumieni.

– Nigdy bym niczego tobie nie zabrała! – Jej oburzenie jest wzruszająco szczere. -Yianne, nie myślisz chyba, że

ja bym…

– Oczywiście, że nie.

– Ty wiesz, że ja…

– Oczywiście.

Ona i Armande, chociaż dawniej prawie się nie znały, bardzo się zaprzyjaźniły. Staruszka przychodzi teraz codziennie, czasami, żeby porozmawiać, czasami po trąbkę swoich ulubionych trufli morelowych. Często przychodzi z Guillaume'em, jak zawsze stałym gościem. Dzisiaj był tutaj Luc i we trójkę nad czajnikiem czekolady i ekierkami długo siedzieli razem w kącie, do kuchni dolatywały ich okrzyki i śmiechy.

Przed samym zamknięciem wszedł Roux, rozejrzał się ostrożnie, nieśmiało. Po raz pierwszy zobaczyłam go tak z bliska od czasu pożaru. Zmienił się zdumiewająco. Jest szczuplejszy, włosy ma przylizane do tyłu, na jednej ręce brudny bandaż, jedna strona posępnej obojętnej twarzy jeszcze rozogniona, jak gdyby fatalnie przypiekło go słońce.

Był zaskoczony widokiem Josephine.

– Przepraszam. Myślałem, że Yianne jest… – Odwrócił się raptownie, żeby wyjść.

– Nie. Proszę. Ona jest na zapleczu. – Josephine jest o wiele swobodniejsza, odkąd pracuje w sklepie, ale teraz wydawała się przerażona, być może, jego wyglądem.

Roux zawahał się.

– Pani jest z kawiarni – powiedział w końcu. – Pani jest…

– Josephine Bonnet – przerwała mu. – Obecnie mieszkam tutaj.

– Ach tak.

Wyszłam z kuchni. Jeszcze patrzył na nią, zastanawiając się nad czymś, odczytałam to z jego jasnych oczu. Ale nie rozwinął tematu, a Josephine z zadowoleniem wycofała się do kuchni.

– Dobrze Roux znowu cię widzieć – powiedziałam mu wprost. – Chciałam cię prosić o przysługę.

– Mnie?

On potrafi temu zaimkowi nadać duże znaczenie. Zawarł w nim grzeczność, niedowierzanie, podejrzliwość. I czekał jak zdenerwowany kot, gotów się rzucić.

– Potrzebne są naprawy w tym domu, nie wiem, czy chciałbyś… -Trudno było sformułować to odpowiednio, przecież by nie przyjął żadnej propozycji, w której mógłby się dopatrzyć miłosierdzia.

– Nie ma w tym udziału naszej przyjaciółki, Armande? – zapytał tonem lekkim, ale niemiłym. Odwrócił się w stronę Armande siedzącej z Guillaume'em i wnukiem. -Znów ukradkowa dobroczynność? – zawołał złośliwie.

Kiedy z powrotem odwrócił się do mnie, miał twarz bez wyrazu.

– Nie przyszedłem tu, żeby prosić o pracę. Przyszedłem, żeby zapytać, czy nie widziałaś kogoś kręcącego się koło mojej łodzi tamtej nocy.

Potrząsnęłam głową.

– Niestety, Roux. Nie widziałam nikogo.

– Dobrze. – Odwrócił się do drzwi. – Dziękuję.

– Słuchaj, zaczekaj! – zawołałam za nim. – Możesz przynajmniej napić się czekolady.

– Kiedy indziej – nieomal burknął. Czułam, jak jego gniew szuka czegoś, żeby się wyładować.

– Nadal jesteśmy twoimi przyjaciółmi – powiedziałam, kiedy doszedł do drzwi. – Armande i Luc, i ja. Usiłujemy ci pomóc.

Odwrócił się raptownie. Ponury. Oczy miał jak ostrza sierpów.

– Zrozumcie, wy wszyscy – powiedział cicho z nienawiścią, akcentem tak marsylskim, że słowa były ledwie zrozumiałe. – Nie potrzeba mi niczyjej pomocy. W ogóle nie powinienem zadawać się z wami, od tego się zaczyna. Jestem tu tak długo, bo myślałem, że może się dowiem, kto podpalił moją łódź.

I wyszedł, zataczając się niezdarnie w drzwiach przy gniewnym dźwięczeniu dzwonka.

Kiedy wyszedł, wszyscy popatrzyliśmy na siebie.

– Ci rudzi mężczyźni – powiedziała Armande ze współczuciem. – Uparci jak muły. Josephine była wstrząśnięta.

– Okropny człowiek – powiedziała. – Ty nie podpaliłaś |jego łodzi. Jakim prawem on tak cię traktuje? Wzruszyłam ramionami.

– Czuje się bezradny, miota się, nie wie, kogo winić -wyjaśniłam jej. -To naturalna reakcja. I wydaje mu się, |że proponujemy mu pomoc, bo litujemy się nad nim.

– Nie cierpię scen. – Josephine się wzdrygnęła, oczywiście myśląc o swoim mężu. – Chwała Bogu, że sobie poszedł. Teraz chyba wyjedzie z Lansquenet?

Potrząsnęłam głową.

– Nie sądzę – powiedziałam. – Ostatecznie dokąd miałby pojechać?

– 

27

Czwartek, 13 marca

Wczoraj po południu poszłam do Les Marauds, żeby porozmawiać z Roux. Znów daremnie. Zastałam drzwi tej rudery zamknięte na kłódkę od wewnątrz, wszystkie okna zasłonięte okiennicami. Wyobrażałam sobie, jak on ze swoją wściekłością zaszył się w mroku. Wołałam go i na pewno słyszał, ale się nie odzywał. Chciałam zostawić mu kartkę na drzwiach, szybko jednak się rozmyśliłam. Jeżeli raczy przyjść, to na własnych warunkach.

Anouk była ze mną, miała papierową łódkę, którą jej zrobiłam z okładki magazynu.

Kiedy stałam pod drzwiami Roux, pobiegła na brzeg rzeki i puściła tę łódkę na wodę, przytrzymując ją giętką długą gałęzią. Roux się nie pokazywał, więc zdecydowałam się wrócić do La Praline, gdzie Josephine już zaczęła robić couverture na następny tydzień. Anouk została nad rzeką.

– Uważaj na krokodyle – powiedziałam jej poważnie.

Uśmiechnęła się do mnie spod żółtego beretu. Z trąbką w jednej ręce i z witką w drugiej zaczęła alarmująco i niemelodyjnie śpiewać. Przeskakiwała z nogi na nogę, coraz bardziej podniecona.